Obyś uczył... |
Poczta elektronicznaCzy przystosować nauczanie do poziomu i potrzeb przyszłych button pushers, Paweł Misiak Szanowny Panie Redaktorze! Na początku roku akademickiego, jak zawsze, na porządku dziennym staje zasadnicze pytanie: jaki sens ma cała ta praca dydaktyczna? Czy warto się męczyć, nauczając o sprawach, których sensu nie widzą słuchacze? Pytają: po co to komu? Na co się przyda cała ta wiedza? Przecież to abstrakcje oderwane od rzeczywistości, a nam potrzebna jest wiedza konkretna, praktyczna. Ale co to znaczy? Czasem okazuje się, że mają na myśli jedynie „wiedzę” o tym, jak robić pieniądze. W takich pytaniach ze strony studentów przebija chyba brak wiary w to, iż programujący nauczanie wiedzą, co czynią. Można się w tym zapewne doszukiwać związków z ogólną erozją autorytetów, z coraz powszechniejszym – jak się zdaje – egocentryzmem wśród młodego pokolenia. Ale to nie wszystko. Dodać do tego należałoby jeszcze roszczeniową postawę wobec świata, instytucji społecznych, a w szczególności wobec systemu edukacji. System kształcenia postrzegany jest jako instytucja usługowa, od której żąda się zaspokojenia określonych wymogiem. A zasadniczym wymaganiem wobec uczelni jest nie tyle udostępnienie przez nią jak najlepszej wiedzy i stymulacja rozwoju intelektualnego „klientów”, lecz wydanie dyplomu. W zasadniczych rozmowach ze studentami często daje się słyszeć opinie, że sami dobrze wiedzą, jaka wiedza będzie im najbardziej przydatna po skończeniu studiów, a w dodatku im młodsi (stażem studenckim), tym wiedzą lepiej. Przeważająca część nauczanych chce po prostu przejść wyznaczoną ścieżkę edukacyjną, by zdobyć taki czy inny tytuł zawodowy bądź naukowy, nie zastanawiając się specjalnie nad sensem i celowością takiego, a nie innego doboru nauczanych przedmiotów. Nas – nauczających różnych „niepotrzebnych” przedmiotów, zwłaszcza z dziedziny nauk podstawowych – ratuje jeszcze pewna sztywność systemu, czyli odgórne, administracyjne ustalenie reguł „gry”, wedle których na przykład przyszli inżynierowie powinni poznać język matematyki i prawa fizyki, a lekarze przynajmniej podstawy biologii i chemii. Ale co będzie dalej, w zmieniającym się coraz szybciej świecie? JUTRO ZACZYNA SIĘ DZIŚProblem należy rozpatrywać na nieco szerszej płaszczyźnie. Powiada się bowiem, że kształcenie, zwłaszcza na poziomie wyższym, powinno być skierowane ku przyszłości. Ludzie opuszczający mury uczelni z dyplomami w rękach mają stawać się główną siłą rozwojową społeczeństwa. Mówiąc inaczej, wchodzą na rynek pracy, gdzie będą (w założeniu) tworzyć wartości stanowiące podstawę wzrostu dobrobytu. Jeśli myśleć o studiach jak o przygotowywaniu do aktywności zawodowej, to należy mieć na uwadze perspektywę kilkudziesięciu lat. Obserwując zachowania ludzi łatwo dojść do wniosku, że dla większości myślenie o odleglejszej przyszłości polega zazwyczaj na ekstrapolacji stanu obecnego. Przykładem są cytowane w mediach wypowiedzi protestujących górników. Przyszłość to dla nich proste przedłużenie tego, co było dotychczas. Życie swoich dzieci widzą jako powtórzenie własnej drogi – skończyć jakąś szkołę górniczą, a potem do emerytury pracować w kopalni, najlepiej na coraz wyższych stanowiskach. Tak było dobrze dla ojców, tak też powinno być dla dzieci i wnuków. Tymczasem, o czym niejednokrotnie pozwoliłem sobie na tych łamach wspominać, świat zmienia się dość mocno i to w coraz szybszym tempie. Wygląda na to, że w przyszłości pracy będzie ubywać, a ludzi w ogóle, tych w wieku produkcyjnym w szczególności – przybywać. Dotychczas praca była podstawą do zapewnienia sobie środków utrzymania, czy szerzej – warunków do życia, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym. Jednak związek jakości, wydajności czy ilości pracy z jej wynagradzaniem, a więc pośrednio z osiąganym poziomem życia, wydaje się ulegać rozluźnieniu. Niedostatek pracy rodzi głębokie problemy i ostre konflikty, jak choćby te na Śląsku, biorące się z nieprzystawania mechanizmów funkcjonowania organizacji społeczeństwa do zmienionych warunków cywilizacyjnych. Z KONIECZNOŚCIProblemy takie opisuje dość obszernie m.in. Jeremy Rifkin w wydanej przed kilku laty, także w polskim przekładzie, książce Koniec pracy. Próbuje tam też odpowiedzieć na pytanie, jak można sobie z tym poradzić, by nie doszło do globalnego kataklizmu społecznego. Problem można sformułować następująco: jak zmienić organizację społeczeństwa, czy raczej sposób jego funkcjonowania, żeby w warunkach zmniejszającego się zapotrzebowania na ludzką pracę nie doprowadzić do ostrego podziału na tych, którzy mają pracę, a więc i środki utrzymania, oraz pozostałych, wyrzuconych na margines społeczeństwa i żyjących w ubóstwie, a nawet nędzy, wcale nie z własnej winy. Podział taki ma tendencję do utrwalania się i pogłębiania z pokolenia na pokolenie, co może prowadzić do nieobliczalnych skutków. Rifkin sugeruje dwa sposoby rozwiązania sytuacji. Pierwszy ma polegać na dzieleniu się pracą. Miałoby się to realizować przez skracanie czasu pracy z jednoczesnym zwiększaniem zatrudnienia, to znaczy podział tej samej ilości pracy do wykonania pomiędzy większą liczbę pracowników. Pracowaliby oni krócej, przy jednoczesnym zachowaniu wynagrodzeń na mniej więcej tym samym poziomie, gwarantującym utrzymanie standardu życia. Oczywiście, wzrosną tym samym koszty pracy liczone bezpośrednio, ale zmieniając odpowiednio działania państwa w sferze gospodarczej i społecznej można sprawić, że ogólne koszty społeczne, a nawet ogólne koszty firm i organizacji nie wzrosną. Pomysł polega więc na zmniejszeniu bezrobocia i tak zwanego obszaru biedy drogą pewnego interwencjonizmu państwa, zasadniczo przy zachowaniu dotychczasowych reguł funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej. I CHĘCIDrugie rozwiązanie idzie znacznie dalej, jeśli chodzi o zmianę mechanizmów funkcjonowania społeczeństwa w zakresie pracy i gospodarki. Bierze pod uwagę rosnącą rolę rozmaitych organizacji niekomercyjnych i fakt, że wykonują one często pracę społecznie użyteczną, lecz mało interesującą z gospodarczego punktu widzenia, to znaczy taką, za którą mało kto chce płacić. Bezrobotnym można by zaproponować zajęcie przy takich właśnie pracach w charakterze wolontariuszy. W wyniku następuje wzmocnienie więzi społecznych, zwłaszcza na poziomie lokalnym, a także zaspokojenie potrzeby aktywności dającej poczucie społecznej przydatności i akceptacji. Jednocześnie jednak wszystkim tym ludziom trzeba zapewnić byt i to na przyzwoitym poziomie. W tym celu należałoby generalnie zerwać związek płacy z wydajnością pracy oraz zwiększyć rolę administracji w wielu dziedzinach życia społecznego, w tym również w gospodarce. W ogólności chodzi o zorganizowanie sprawnego ściągania znacznej części dochodów z działalności komercyjnej i ich redystrybucji na poziomie poszczególnych obywateli. Krótko mówiąc, w ramach tej wizji wszyscy mają udziały w dochodzie narodowym czy globalnym, choć tylko niewielu jest zatrudnionych bezpośrednio przy jego wytwarzaniu. Przypomina to trochę stare idee socjalistycznej organizacji społeczeństwa, aliści bez nacjonalizacji, rozkułaczania i tym podobnych ekscesów. Powstaje oczywiście pytanie, jaki interes będą mieli w tych warunkach kapitaliści, którzy w dużej części napędzają rozwój cywilizacyjny świata. Otóż, już dziś widać ograniczenia rozwoju biznesu wynikające z bariery popytu. Przy obecnym poziomie rozwoju techniki wielkość i koszty produkcji dowolnych wyrobów czy świadczenia usług znacznie maleją. Cóż z tego jednak, że można wyprodukować taniej i więcej towarów, gdy ludzie nie mają ich za co kupować? Mechanizmy redystrybucji części dochodów oznaczają powiększanie siły nabywczej społeczeństwa, a co za tym idzie przyczyniają się do wzrostu popytu. PRAGMATYZM CZY CIEKAWOŚĆJeśli zgodzimy się, że edukacja ma służyć kształceniu młodych ludzi dla przyszłości – ich przyszłości, trzeba jakiś model tejże przyszłości uznać za podstawę do budowania programów edukacyjnych. Ku czemu więc mamy kształcić dziś? Jeśli nasza cywilizacja pójdzie w pierwszym z naszkicowanych powyżej, przewidywanych przez Rifkina kierunków, najbardziej pożądane będzie kształcenie typu zawodowego, czyli przekazywanie wiedzy głównie technicznej, operacyjnej. Mniej teorii i abstrakcji, więcej know-how, co już w dzisiejszych czasach oznacza m.in. uczenie obsługi urządzeń bądź programów, które wykonują zasadniczą pracę nad określonym zagadnieniem. Jeśli zaś realizować się będzie drugi kierunek, masowe studia wyższe w dzisiejszym rozumieniu raczej nie będą w ogóle potrzebne. Bardziej racjonalne z ogólnospołecznego punktu widzenia będzie wówczas, jak się wydaje, „wyławianie” najzdolniejszych jednostek na etapie nauki szkolnej i kształcenie tylko tych nielicznych członków przyszłych elit w nielicznych elitarnych instytutach. Pozostali, którzy mieliby ochotę studiować z czystej chęci poznania czy dla przyjemności, mogliby skorzystać z uczelni typu usługowego. W tych ostatnich relacja uczących i nauczanych byłaby bliska tej, jaka wiąże artystów z publicznością. Jakkolwiek będzie, z dużą dozą prawdopodobieństwa można przewidzieć, że zmienić się będzie musiało wiele. Obecnie jesteśmy, jak się wydaje, w okresie przejściowym, nauczając studentów w tradycyjnym modelu edukacyjnym, coraz gorzej przystającym do rzeczywistości takiej, jak ją widzą studenci. Czy nie w tej właśnie niekompatybilności upatrywać należy przyczyny obniżania poziomu studentów? My tu, w uczelniach, gotowi zabierać spragnionych wiedzy i zrozumienia na wielką intelektualną wyprawę do krainy najwyższych osiągnięć ludzkiej myśli, stajemy przed gromadą młodych ludzi chcących poznać jedynie proste reguły, który przycisk nacisnąć, by osiągnąć zamierzony efekt. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Czy przystosować nauczanie do poziomu i potrzeb przyszłych button pushers, czy też trwać nieugięcie na straży tradycyjnych wartości intelektualnych, narażając się na oskarżenia z góry i z dołu (władz uczelni i studentów) o brak rozeznania uwarunkowań i wymagań współczesności? A może coś pośredniego – uczyć dużo w nadziei, że mimo wszystko coś ważnego się w młodych umysłach zakorzeni, ale wymagania stawiać nie za wysokie, żeby jednak było kogo uczyć dalej? Pytania takie kołaczą mi się w głowie u progu każdego kolejnego semestru, wciąż jednak pozostają bez jednoznacznej a zadowalającej odpowiedzi. Paweł Misiak |
|
|