Recenzje |
Jak powstawał kosmos
No tak, ale skąd przekonanie, zapyta uważny czytelnik, że współczesna koncepcja zdoła odkryć przed nami tajemnicze pochodzenie wszechświata, powstałego kilkanaście miliardów lat wstecz? Jakie są ku temu przesłanki? Dlaczego wierzyć akurat w wielki wybuch? Craig J. Hogan zarzuca nas szeregiem przykładów, które świadczyć mogą o słuszności przyjętej teorii. Dowody istnieją wokół nas, trzeba tylko szeroko otworzyć oczy – przekonuje. Jasny dzień, ciemna noc, dominacja wodoru w chemicznym składzie materii wypełniającej wszechświat – takie są najważniejsze ślady tej epoki. Czy to mało? – pyta Hogan. Idźmy więc dalej. Czy w ogóle wielki wybuch był konieczny, czy musiało do niego dojść? Może to kolejna teoria, która w bliższej czy dalszej przyszłości zostanie poddana solidnej weryfikacji? Autor przekonuje, że jest to mało prawdopodobne. Po pierwsze, fizyczna próżnia w pustej przestrzeni była źródłem bardzo silnego grawitacyjnego odpychania, które spowodowało gwałtowną ekspansję Wszechświata. Do Wielkiego Wybuchu potrzebny był mikroskopijny pęcherzyk wzbudzonej próżni. Jeden mały pęcherzyk, który z pewnością byłby dla fizyków zupełnie nieinteresujący, gdyby nie to, że powstał z niego Wszechświat. Ale wielki wybuch to nie tylko „materiał” dla fizyków. Ta teoria jest w równej mierze użyteczna dla każdego z nas. Bo nasze miejsce w kosmosie jest ściśle z nią związane. To ona determinuje w znacznym stopniu naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nie znaleźliśmy się tu przecież przez przypadek. Skoro atomy pierwiastków, z których zbudowane są nasze ciała, powstały we wnętrzu gwiazd, pisze Hogan, to my też jesteśmy dziećmi kosmosu. Gdyby wszechświat był znacznie młodszy, zabrakłoby z pewnością czasu na powstanie galaktyk, syntezę ciężkich pierwiastków w gwiazdach, powstanie Układu Słonecznego i ewolucję życia. To wszystko wymusiło konieczność pojawienia się ludzi w określonym miejscu i czasie. W żadnym wypadku nie wcześniej ani później. Później zresztą byłoby jeszcze gorzej. Wyczerpujący się stopniowo zapas świeżego wodoru w gwiazdach spowoduje nieodwracalne zmiany. Gwiazdom zacznie brakować paliwa, wszechświat będzie się robił coraz ciemniejszy, wzrośnie obfitość ciężkich pierwiastków. Rozpocznie się faza kosmicznej zimy. A co będzie wtedy z nami, z naszą kulturą, inteligencją? Spokojnie – na to, by dostosować się do zupełnie nowych warunków, mamy kilka następnych miliardów lat. Czy życie wszechświata można opisać na 130 stronach? Hogan, profesor astrofizyki w Uniwersytecie Waszyngtona w Seattle, podjął to wyzwanie. Napisał książkę bogatą w treść, ale jasną w odbiorze, bo skupił się na kluczowych dla powstania i rozwoju kosmosu zdarzeniach. Zachował przy tym logikę wywodu, który prowadzi czytelnika przez kolejne etapy historii narodzin wszechświata. Sam autor nazwał książkę kosmicznym elementarzem. W pełni oddaje to jej zawartość. (mk) Craig J. Hogan, Mała Księga wielkiego wybuchu albo kosmiczny elementarz, tłum. Piotr Amsterdamski, Wydawnictwo Prószyński
Ocena efektywności
Książka składa się zasadniczo z dwóch części (choć nie jest to wyróżnione przez autora): ogólnej, która zawiera podstawowe pojęcia związane z zarządzaniem, a także opis i próbę zastosowania różnych metod analizy funkcjonowania i oceny do wyższej uczelni, oraz szczegółowej, stanowiącej aplikację metod z części pierwszej do oceny funkcjonowania wybranej uczelni, Politechniki Gdańskiej, w której autor pełni funkcję prodziekana. I tu pierwsza uwaga. Instytucja akademicka dotyczy w znacznej mierze szkół typu politechnicznego, z ich specyfiką, polegającą na tym, iż ich działalność badawcza w dużej mierze dotyczy problemów o charakterze technicznym, a więc nowość rozwiązań i ich stosowalność są widoczne niejako „bezpośrednio” i stosunkowo łatwo mogą być poddane ocenie. Szkoda, że autor nie zaznaczył tego na początku. Uniwersytety, czyli instytucje akademickie niejako wzorcowe, w których działalność badawcza dotyczy problemów podstawowych, a rozmaitość (i niejako, niepraktyczność) kierunków kształcenia jest, można rzec, przykładowa, wydają się być jeszcze trudniejsze do analizy. Najciekawszą częścią książki zdaje się być rozdział III, omawiający różne metody oceny efektywności działania wyższej uczelni. Autor przedstawia 6 takich metod. Są to: model EFQM (European Foundation for Quality Management), specjalnie opracowany w Holandii do oceny funkcjonowania szkoły wyższej, w którym założono że satysfakcja klienta zewnętrznego i wewnętrznego oraz wpływ instytucji akademickiej na otoczenie jest wynikiem odpowiedniego kierowania uczelnią, tj. zarządzania personelem, planowania oraz wykorzystywania zasobów materialnych oraz organizacji zarządzania, i tzw. strategiczna karta wyników (balanced scorecard), pozwalająca w sposób dynamiczny korygować strategię firmy i doskonalić efektywność jej funkcjonowania. Następną metodą jest rachunek kosztów działań (Activity Based Costing), który winien być w warunkach akademickich powiązany z metodą balanced scorecard. Z kolei ową analizę kosztów działań należy wesprzeć porównywaniem działania uczelni z wynikami osiąganymi przez inne szkoły wyższe (benchmarking), choć nie jest to zadanie łatwe, ze względu na daleko idącą autonomię szkół wyższych, lub też tzw. analizą atutów, słabości, szans i zagrożeń (analiza SWOT). Żadna z tych metod sama nie wystarcza do oceny efektywności działania instytucji akademickiej ze względu na jej wyjątkową złożoność. W analizie działalności PG autor zastosował metodę strategicznej karty wyników, wspieraną przez benchmarking i analizę SWOT. Marek Lechniak Krzysztof Leja, Instytucja akademicka. Strategia, efektywność, jakość, Wydawnictwo gdańskie, Gdańskie Towarzystwo Naukowe, Wydział I Nauk Społecznych, seria: Monografie.
Etyczna twarz nauki
Siódma konferencja zorganizowana przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej dotyczyła właśnie kwestii o charakterze moralnym, a skromna książka Etyka w nauce stanowi pokłosie tego spotkania. Jesteśmy obecnie świadkami dyskusji środowiska medycznego skupionego wokół kodeksu etyki lekarskiej. Jednak problem nie zawęża się jedynie do tej grupy zawodowej. Przedmiotem referatów i dyskusji są dwa zagadnienia: czy aspekt etyczny wyznacza granice tzw. postępu w nauce, oraz czy przypadki amoralnego postępowania pojawiające się w kręgu badaczy nie wpływają (wpłyną) na stosunek społeczeństwa do rozwoju nauki? Ujmując rzecz najprościej: postęp zawsze miał służyć człowiekowi – rozwój medycyny pozwolił na przedłużenie życia ludzkiego. Jednak, jak podkreśla prof. A. Paszewski w wystąpieniu o Nauce w bioetyce, coraz częściej postęp w badaniach genetycznych prowadzi do afirmacji eugeniki. Wpływowi i znani badacze (np. H. Muller) coraz częściej głoszą koncepcję „zdrowego społeczeństwa”, a zatem modyfikowanego genetycznie, tak aby wszystkie ujemne wady dziedziczne i choroby wykluczyć, tworząc „silnego, nowoczesnego” człowieka (jeszcze?). Prawa natury nie zawsze były sprawiedliwe wobec jednostek, człowiek próbował wyrównać szanse słabych i silnych, jednak znane już z historii koncepcje „czystego, zdrowego społeczeństwa” zmuszają wszystkich do postawienia nadrzędnego pytania o ocenę moralną postępowania badaczy. Owszem, istnieje tzw. eugenika pozytywna, dająca możliwość modyfikacji niektórych chorób już w stanie prenatalnym. Jednak tak głęboka ingerencja medycyny w życie człowieka wymaga dyskusji na forum światowym oraz stworzenia praw jasno określających jej stopień. Zagadnienia etyczne, związane z medycyną, biologią, pojawiły się niejednokrotnie w czasie konferencji, przykładem są wystąpienia prof. W. Szyftera, M. du Vall, ks. prof. T. Węcławskiego. Kwestie związane bezpośrednio z nauką, sposobem jej przekazywania społeczeństwu oraz funkcjonowaniem instytucji badawczych czy uniwersytetów stały się przedmiotem drugiej części dyskusji. Rozwój badań związany jest coraz mocniej z problemem ich finansowania. Środowiska akademickie wcale nie są wolne od nieetycznych poczynań (przykładem drażliwa kwestia wielu etatów naukowców w szkołach wyższych). Zmiany techniczne w sposób szczególny dotknęły środowiska naukowe. O pozytywnych i negatywnych aspektach naukowego świata wirtualnego mówili w swoich referatach M.W. Grabski i M. Niezgódka. Dlatego tak ważnymi dziedzinami w świecie współczesnym stały się etyka komputerowa (computer ethics) oraz informacyjna (information ethics). Etyka w świecie nauki nabiera nowych znaczeń. Tempora mutantur, takie są prawa natury, ale czy człowiek nie odchodzi za daleko od prawd, które określają status jego egzystencji, dając mu poczucie wolności w określeniu jakości własnego życia? Monika Szabłowska Etyka w nauce, pod red. Urszuli Sagan, Fundacja na rzecz Nauki Polskiej, Warszawa 2003, seria: Fundacji Dyskusje o Nauce.
Prowokuje do myślenia
Pobieżne zapoznanie się z treścią książki pozwala spodziewać się po niej wiele dobrego. Dokładna lektura budzi jednak mieszane uczucia. Z kilku powodów. Pierwsze rozdziały, zarysowujące panoramę udziału Kościoła w rozwoju nauki, to szybka retrospekcja dokonań Greków i Rzymian. W efekcie kompilowania cytatów z wielu dzieł, lektura momentami staje się nieznośna. Tego wywodu nie czyta się jak pasjonującej historii, przypomina on raczej zlepek wypowiedzi różnego autorstwa. Zresztą brak jednorodnej stylistyki i „cytatologia” pokutują również na dalszych stronach książki. Jeżeli nie zniechęci nas nagromadzenie wielu życiorysów ludzi Kościoła, którzy przyczynili się do rozwoju różnych dziedzin nauki, mamy szansę poznać wkład tej instytucji w rozpowszechnianie się na Zachodzie wiedzy arabskiej, przeczytać o narodzinach pierwszych uniwersytetów, ekspansji Kościoła w epoce odkryć geograficznych, a także gregoriańskiej reformie kalendarza. Uderzyć może zawartość rozdziału omawiającego katolickie uniwersytety, akademie i towarzystwa naukowe. Warto się przekonać, jak duży jest udział Kościoła w tych dziedzinach. Jest też miejsce na polonica – znajdujemy np. informacje o powstaniu w XVIII w. obserwatorium astronomicznego w Wilnie. Druga część książki, zatytułowana Na styku nauki i religii, jest kąskiem o wiele smaczniejszym. Znajdziemy tu rozważania na kontrowersyjne tematy. W świetle kościelnych doktryn i poglądów Morales przedstawia kwestię stworzenia i wieku człowieka, obszernie omawia sprawę Galileusza, zajmuje się również ewolucją gatunków oraz stosunku Kościoła i nauki do cudów. Stara się być rzetelny i obiektywny. W przypadku swoistych porachunków z historią próbuje wniknąć w atmosferę i mentalność dawnych pokoleń, przestrzega przed rozliczaniem dawnych epizodów za pomocą współczesnych kryteriów. Warto poznać zebrane przez Moralesa materiały. Komentuje je bez zacietrzewienia (choć momentami odczuwalna jest pewna gorliwość w tłumaczeniu niechlubnych kart historii Kościoła, a niektóre jej elementy są przemilczane), zestawia argumenty „za” i „przeciw”, stara się być poukładany i rzeczowy. Polski czytelnik Moralesa, który chciałby poszerzyć wiedzę na temat współistnienia Kościoła i nauki, w szukaniu dalszych materiałów musi wykazać się samodzielnością. Oprócz kilku wzmianek na temat polskich pozycji z tej dziedziny zamieszczonych we wprowadzeniu, nie znajdziemy tu polskojęzycznej bibliografii. po publikację hiszpańskiego jezuity warto sięgnąć bez względu na wyznawane poglądy. Książka zawiera bowiem dużo informacji z zakresu ogólnej wiedzy o kulturze, w tym także sporo ciekawostek. A co najważniejsze – prowokuje do rozmyślań i poszukiwań. Beata Maj Jose Mar?a Riaza Morales, Kościół i nauka. Konflikt czy współpraca?,
tłum. S. Jędrusiak, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003, seria: Wiara i
Pozostaje zagadką Nienawidzono go za ciętość języka, złośliwości i napady furii, którym
dawał upust w pismach obfitujących w ordynarne obelgi. Potrafił manipulować
opinią publiczną Rzymu, wpływać na decyzje biskupów, nadinterpretować
Pismo Święte w zależności od celu, jaki sobie wyznaczył. Nawet kiedy
postanowił wieść życie samotne na pustyni egipskiej, oddając się Bogu w
postach i modlitwach, wzbudzał tyle kontrowersji, że eremiccy sąsiedzi wnet
go stamtąd przepędzili. Skłócony z najbliższą rodziną, patrzący z pogardą
na nieuczonych syryjskojęzycznych teologów, uparty, zarozumiały, próżny i
małostkowy, traktowany niekiedy jak heretyk. Takie rysy charakteru przedstawia
J.N.D. Kelly w swojej biografii Hieronima. Autor należy do znakomitych znawców
pierwszych wieków chrześcijaństwa, a sama biografia jest wynikiem długoletnich
badań nad postacią i epoką. Dotychczas historyków zniechęcała olbrzymia
spuścizna literacka mnicha, a także liczne kłótnie i spory, które wiódł
ze współczesnymi.Hieronim pochodził z zamożnej rodziny. Rodzice, pomimo że byli chrześcijanami, nie ochrzcili go, odkładając ceremonię na czas, gdy przeminą nawałnice młodości. Zjawisko to, częste w IV i V w., powodowało przyjmowanie chrztu na łożu śmierci. Hieronim jednak przyjmuje chrzest mając 32 lata i burzliwą, obfitującą w skandale seksualne przeszłość studencką w Rzymie. Znajomość klasycznej literatury greckiej i rzymskiej zawdzięcza znakomitemu nauczycielowi Donatowi. Sam się od niej dystansuje, uważając, że to zbędny bagaż dla chrześcijanina. Pod koniec życia zmienił zdanie. Studiów filozoficznych nigdy nie podjął. Osłuchał się jednak z terminologią filozoficzną i powierzchownie zapoznał z najważniejszymi koncepcjami głównych tradycji filozoficznych. Chrześcijaninem został w Rzymie po kilkakrotnych wyprawach do katakumb. Po chrzcie czyta bardzo dużo z literatury chrześcijańskiej. Rezygnacja z kariery dyplomatycznej na dworze Walentyniana przychodzi po zapoznaniu się z Żywotem świętego Antoniego. Hieronim zostaje dyplomatą pomiędzy Kościołem wschodnim i zachodnim. Nieostrożność języka spowoduje, że uwikła się w doktrynalne spory ariańskie. Uczestnictwo w sporach stanie się chlebem powszednim jego życia, a kiedy dopadnie go wyczerpanie psychiczne i choroby, zawsze znajdzie życzliwych przyjaciół, którzy pomogą mu odzyskać siły. Oni też zachęcą do tłumaczeń, których Hieronim stanie się tytanem, i którym odda swe oczy. Przerwę w sporach wykorzysta także na naukę hebrajskiego, by potem dokonać największego tłumaczenia swego życia – przełożenia na łacinę Starego Testamentu (383-404). Hieronimowi przez całe życie towarzyszyły kobiety. Nie związał się jednak z żadną z nich, chociaż w jego czasach powszechny bywał zwyczaj, że duchowni zakładali rodziny. Pod koniec życia nasilają się u niego wyrzuty sumienia z powodu grzechów młodości. Znał wszystkich wielkich swej epoki. Wielokrotnie mówił o Grzegorzu z Nazjanzu, nazywając go z dumą „swoim nauczycielem”, wspominał cenne wskazówki dotyczące interpretacji Pisma, jakie miał usłyszeć podczas pobytu w Konstantynopolu, opowiadał o prowadzonych z nim dyskusjach. Grzegorz nigdy jednak nie wspomina Hieronima ani w swoich listach, ani w wielkim poemacie autobiograficznym, który napisał po złożeniu funkcji kościelnych. Jako człowiek stanowi Hieronim intrygującą zagadkę. Nie można wątpić w szczerość jego oddania Chrystusowi, wyrzeczenie się świata, ascezę, stanowiące w jego przekonaniu nakaz ewangeliczny. Być może, jak przypuszcza Kelly, niektóre z jego sprzeczności miały źródło w pełnej niepokoju świadomości własnej zmysłowej natury. Bogdan Bernat J.N.D. Kelly, Hieronim. Życie, pisma, spory., tłum. Robert Wiśniewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2003, seria: Biografie Sławnych Ludzi.
Książki nadesłane
|
|
|