Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 1/2004

Zmieniać aby nie zmienić

Poprzedni Następny

Agora

Dążenia niektórych rektorów do jednoetatowości swoich pracowników mogą się 
źle skończyć dla szkół państwowych, bo wielu młodych, zdolnych uczonych, 
mając do wyboru sprawną, prestiżową szkołę prywatną, zatrudniającą kadrę 
z najwyższej półki, nie będzie się długo wahać.

Bohdan Jałowiecki

Rys. Piotr Kanarek

  Działalność pozorna nie jest cechą specyficznie polską, ale bardzo w naszym kraju rozpowszechnioną. Rozwijają ją szczególnie instytucje państwowe z Sejmem na czele, który stale usiłuje coś zmieniać, niewiele przy tym zmieniając. Lektura projektu, który nie dotyka żadnej z istotnych spraw, pozwala oczekiwać, że nowa ustawa niewiele zmieni w zastoinie państwowego szkolnictwa wyższego, natomiast utrudni funkcjonowanie szkół prywatnych i zantagonizuje środowisko naukowe.

Szkolnictwo prywatne było niewątpliwie największą innowacją polskiej transformacji, niespotykaną na taką skalę w żadnym innym kraju. Doprowadziło to do ograniczenia luki edukacyjnej, ułatwiło studia młodzieży z prowincji, zahamowało odpływ kadr naukowych z uczelni państwowych i instytutów naukowych do innej pracy w kraju i za granicą, zapewniło uczonym godziwe warunki życia i potencjalnie stworzyło mechanizm konkurencji. Oczywiście, przy tak szybkim rozwoju wyższych szkół prywatnych nie obyło się bez nadużyć i patologii, ale nie mogą one rzutować na bardzo pozytywną ocenę tego zjawiska. Do zwalczania patologii powołano zresztą udaną, jak się wydaje, instytucję – Państwową Komisję Akredytacyjną, która zapobiega negatywnym zjawiskom zarówno w szkołach państwowych, jak i prywatnych.

Obecnie rektorzy i senaty uczelni państwowych o dużym prestiżu z uporem godnym lepszej sprawy protestują przeciwko dwuetatowości swoich pracowników. W nowej ustawie przewiduje się nawet konieczność uzyskania zgody rektora na dodatkową pracę. Przepis ten, jako niekonstytucyjny, będzie prawdopodobnie zaskarżany.

POWSZECHNA ODPŁATNOŚĆ

Uważniejszy obserwator dyskusji na temat szkolnictwa wyższego w Polsce dochodzi do wniosku, że największymi przeciwnikami szkół niepaństwowych są pracownicy państwowych uczelni, którzy w szkołach prywatnych, z różnych względów, nie pracują. Przeciwnicy wysuwają argument, że praca na drugim etacie w szkole prywatnej odbywa się ze szkodą dla działalności w szkole państwowej. Argument ten jest oczywiście bez sensu, ponieważ obciążenie godzinowe w szkole państwowej jest, szczególnie dla profesorów, raczej małe, w szkole zaś prywatnej też niewielkie, toteż pozostaje jeszcze sporo czasu na pracę naukową w warunkach pewnej stabilizacji materialnej, bez nadmiernej troski o to, czy rodzinie wystarczy do pierwszego. Poza tym, profesor taki przekazuje swoją wiedzę większej liczbie studentów, co jest z pożytkiem dla niego i jego słuchaczy.

Znacznie ważniejszy jest jednak fakt, że projekt nowej ustawy nie podejmuje zasadniczej kwestii powszechnej odpłatności za studia. Dyskusja o szkolnictwie wyższym nacechowana jest hipokryzją. Nie podnosi się na ogół nierównych praw zaangażowanych podmiotów. Szkoły państwowe otrzymują dotacje budżetowe pochodzące z podatków i pobierają czesne od studentów wieczorowych i zaocznych, oferując im za pieniądze znacznie gorsze wykształcenie. Działają więc niejako w szarej strefie. Podobnym zjawiskiem jest tzw. telewizja publiczna, funkcjonująca z pieniędzy widzów i z reklam, które odbiera prywatnym nadawcom. Ale na tym nie koniec.

Istniejący system potęguje i utrwala nierówności społeczne, ponieważ studenci szkół prywatnych, szczególnie w mniejszych ośrodkach, pochodząc z rodzin biedniejszych, pozbawionych zarówno kapitału finansowego, jak i kulturowego, muszą płacić za swoje wykształcenie, podczas gdy ich rodzice płacą podatki, z których częściowo utrzymywane są uczelnie państwowe, w których bezpłatnie, na studiach dziennych, uczą się dzieci zamożniejszych rodzin, o wyższym kapitale finansowym i kulturowym, dzieci, którym łatwiej jest zdać konkursowy egzamin. Przykład ten pokazuje całą patologię stosunków społecznych w III Rzeczpospolitej i niezdolność elit politycznych do ich naprawienia. Uzdrowienie tej sytuacji poprzez wprowadzenie powszechnej odpłatności za studia i ustanowienie finansowanego z budżetu systemu stypendialnego, bez względu na to gdzie kto studiuje, jest pilną koniecznością.

WYNATURZENIA DEMOKRACJI

Wobec tej podstawowej kwestii kolejny problem jest już mniejszej wagi, aczkolwiek utrudnia funkcjonowanie zarówno szkół państwowych, jak i prywatnych. Nazywam go barierą tzw. pierwszego etatu. To biurokratyczny nonsens, ponieważ jest rzeczą oczywistą, że profesor będzie jednakowo dobrze (albo źle) opiekował się pracami licencjackimi czy magisterskimi na pierwszym, jak i na drugim etacie. W tym ostatnim przypadku nie będzie się jednak liczył do tzw. minimum kadrowego. Nonsensem działającym na odwrót, przeciwko szkołom państwowym, jest przepis pozwalający profesora-emeryta zaliczyć do minimum kadrowego w szkole prywatnej, ale już nie w państwowej. Równie absurdalny jest wymóg „przypisywania” publikacji do jednej tylko szkoły, chociaż jest rzeczą oczywistą, że jeżeli profesor X napisze ważną książkę, to jest ona przypisana nie do żadnej szkoły, ale do jego nazwiska i przynosi prestiż wszystkim szkołom, w których on pracuje.

Ostatnim wreszcie problemem, który poważnie utrudnia funkcjonowanie szkół państwowych, jest kolektywne zarządzanie nimi przez senaty i rady wydziałów a także pochodzących z wyboru rektorów, dziekanów, dyrektorów instytutów. Konserwatywny establishment naukowy nie chce dopuścić myśli, że szkoła wyższa jest często ogromnym przedsiębiorstwem, które powinno być zarządzane profesjonalnie. Trudno sobie wyobrazić korporację, w której sprawy codziennego zarządzania są rozstrzygane przez głosowanie. Uczelnią wyższą powinien kierować jednoosobowo menedżer, kontrolowany przez kilkuosobową radę nadzorczą, złożoną z przedstawicieli: właściciela (państwa), pracowników, studentów oraz użytkowników (np. samorządu terytorialnego). Senaty i rady wydziału są potrzebne jako ciała doradcze, zajmujące się treścią procesu dydaktycznego i nadawaniem stopni naukowych. Przewody doktorskie i habilitacyjne powinny być przeprowadzane poza uczelnią, w której pracuje kandydat, a recenzenci – losowani z ogólnopolskiej listy specjalistów z danej dziedziny. Do jury należy także zapraszać specjalistów z zagranicy. W ten sposób ograniczy się działanie układów i zmniejszy liczbę grzecznościowych recenzji.

Obecna sytuacja wynaturzonej demokracji zmusza pracowników uczelni do omijania różnych raf. Przytoczmy dwa przykłady. Profesor ma zdolnego studenta, którego doprowadza do magisterium, cechy osobowościowe oraz zainteresowania młodego człowieka odpowiadają profesorowi, chce go więc zatrudnić jako asystenta. Nic prostszego, ale tylko pozornie. Profesor musi zwrócić się do rektora o zgodę na ogłoszenie konkursu, trzeba powołać komisję konkursową, której werdykt zatwierdza rada wydziału. Oczywiście, wszyscy biorący udział w tej grze z góry wiedzą, że konkurs wygra ów młody człowiek, a nie obcy, choćby formalnie bardziej kwalifikowany kandydat z zewnątrz, bo mimo zbiurokratyzowania szkół wyższych istnieją jeszcze na szczęście nisze, gdzie liczą się relacje mistrz – uczeń.

Drugi przykład jest jeszcze bardziej absurdalny. Tytularny profesor po kilku latach pracy, ze znacznie powiększonym dorobkiem, ubiega się o stanowisko profesora zwyczajnego. Mógłby go, po odpowiednich opiniach, mianować minister na wniosek rektora. Nic podobnego – trzeba ogłosić konkurs na to stanowisko, a kandydaturę musi zaopiniować senat w głosowaniu. Czy można sobie wyobrazić, że ten konkurs wygra kto inny niż wzmiankowany profesor, który w dodatku jest dyrektorem instytutu? Na stanowisko dyrektora można by ogłaszać konkursy, ale tego się nie robi i dyrektora, na odmianę, wybierają pracownicy.

WYMUSIĆ ZMIANY

Projekt nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym nie zajmuje się żadną z tych najważniejszych dla szkolnictwa wyższego spraw. Polskie państwowe szkoły wyższe otwierają się na konkurencję europejską w znacznym stopniu nieprzygotowane. Są źle zarządzane, często przez rektorów nie mających dostatecznych kompetencji w dziedzinie kierowania wielkimi przedsiębiorstwami, i skrajnie nieelastyczne, ponieważ procesy decyzyjne ciągną się przez różne ciała kolektywne w nieskończoność. I tak np. w jednym z uniwersytetów decyzja o połączeniu trzech małych instytutów na wniosek ich dyrektorów – a więc sprawa zupełnie niesporna – zabrała rok, wędrując po kilku komisjach senackich i była kilkakrotnie omawiana w senacie. Jest rzeczą oczywistą, że decyzja taka powinna być podjęta przez rektora w ciągu pięciu minut.

Projekt nowelizacji ustawy, sankcjonując istniejącą praktykę, ogranicza jeszcze bardziej wewnętrzną konkurencję, pozostawiając władzom uczelni decyzję o dożywotnim zatrudnieniu adiunktów. W ten sposób radykalnie zostanie zmniejszona możliwość przyjmowania do pracy młodych, zdolnych ludzi i przekreślona szansa na odmłodzenie kadr naukowych.
Szkoły państwowe będą narażone na konkurencję ze strony uczelni zagranicznych oraz polskich szkół prywatnych, dużo sprawniej zarządzanych i szybko reagujących na potrzeby rynku, z atrakcyjniejszą ofertą edukacyjną dla studentów i lepszymi warunkami dla pracowników. Dążenia niektórych rektorów do jednoetatowości swoich pracowników mogą się źle skończyć dla szkół państwowych, bo wielu młodych, zdolnych uczonych, mając do wyboru sprawną, prestiżową szkołę prywatną, zatrudniającą kadrę z najwyższej półki, nie będzie się długo wahać.
Jedyną szansą dla państwowych szkół wyższych w dłuższej perspektywie nie jest ich ustawowa ochrona przed konkurencją, ale przeciwnie – wymuszenie wewnętrznych zmian przez ich otwarcie na współzawodnictwo o zdobycie jak największej liczby zdolnych studentów wyposażonych w bon edukacyjny.

Prof. dr hab. Bohdan Jałowiecki, socjolog, jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
 

Komentarze