Nałęczowie |
Rody uczone (79)Wewnętrzna pewność powołania do cenionych zadań,
takich jak praca naukowa, Magdalena Bajer
Do domu dr Barbary z Bozowskich i prof. Macieja Nałęcza na warszawskim Placu Zamkowym przyszły dzieci: profesorowie Katarzyna z Głażewskich i Maciej Jan Nałęcz (junior), oraz wnuki: Aleksandra z Nałęczów z mężem Łukaszem Tolakiem. Ci ostatni na początku drogi naukowej, ale zdecydowani tą drogą iść. Rodowód typowy: pradziadek Macieja Nałęcza starszego miał majątki ziemskie w okolicach Gniezna. Pięciu jego synów rozproszyło się po świecie, jeden zawędrował aż do stanu Ohio w Ameryce. Dziadek był już inteligentem, wykształconym bankowcem. Pracował najpierw w Warszawie, później w Detroit. Wnuk pierwszy wybrał naukę, co w następnych pokoleniach stało się, jak powtarzali wszyscy moi rozmówcy, „sposobem na życie”. Barbara z Bozowskich chciała być dziennikarką. Skończyła Szkołę Dziennikarską, która przekształciła się niebawem w studium uniwersyteckie. Wsparła tę wyższą edukację dyplomem Akademii Nauk Politycznych i jeszcze jednym, uzyskanym na Wydziale Prawa UW, ale pracy w żadnej redakcji nie dostała, bo jest córką legionisty i przedwojennego oficera ze szlacheckimi antenatami. UCZESTNICTWOKiedy wybuchła wojna, dzisiejszy Maciej senior miał siedemnaście lat i chodził do liceum technicznego. Podczas okupacji studiował w Państwowej Wyższej Szkole Technicznej, której Niemcy pozwolili działać. Nauczający tam profesorowie Politechniki Warszawskiej traktowali studentów surowo, bez taryfy ulgowej, choć ci byli stale zagrożeni wywózką na roboty albo do obozu koncentracyjnego. W czasie wykładu obserwowano przez okno translokacje esesmańskich bud, aby w porę się rozejść i ukryć. Po wojnie trzeba było zalegalizować w indeksie stopnie zapisane na kartkach, co wiązało się nieraz z wędrówkami po kraju w poszukiwaniu dawnych wykładowców. Znanego uczonego prof. Wolffke Maciej Nałęcz odnalazł, po długich peregrynacjach, w pełnym gruzów Wrocławiu. Pierwsze pokolenie powojennych studentów rychło zostawało asystentami i robiło akademickie kariery. Trzeba było kształcić nowe roczniki, a nas, inteligencji zostało bardzo mało... Trzeba było przygotowywać wykłady, pisać podręczniki, śledzić przyśpieszony rozwój techniki. Maciej Nałęcz jako jeden z pierwszych obronił doktorat z miernictwa elektrycznego w 1959 roku. Dziedziczą również po kądzieli, bo, jak już wiemy, pani Barbara, mama i babcia, chciała się poświęcić pracy na polu bardzo szerokim, choć nie miała to być praca naukowa, lecz z natury naznaczone dyletantyzmem dziennikarstwo. Los zdarzył, że znalazła się w Instytucie Nauk Prawnych PAN, skupiającym niezwykle ciekawe środowisko wybitnych prawników. – Ponieważ mój dom był apolityczny, a mój instytut – polityczny, ludzie z instytutu nie bywali u nas. Miałam życie szalenie ciekawe, ale bardzo trudne, bo to były dwa życia. Jeżeli tylko mogłam, jeździłam z mężem za granicę, później zabieraliśmy syna. Mogę powiedzieć, że mimo niespełnienia zawodowego mam... spełnienie życiowe. To chyba ważniejsze? UPRZYWILEJOWANIEW pamięci prof. Nałęcza juniora, urodzonego w roku 1953, pozostaje „od zawsze” dom pełen zagranicznych gości: Amerykanów, Japończyków, Holendrów, z którymi trzeba było rozmawiać po angielsku. Bardzo też dawno zorientował się, że nauka będzie dlań sposobem na życie. Innego sobie nie wyobrażał, ale mając dobre stopnie ze wszystkich przedmiotów sądził, że nie ma większego znaczenia, czym się człowiek zajmie, byle to było w miarę ciekawe, no i żeby to robić dobrze. W jego tolerancyjnym, jak mówi, domu jednym z „warunków progowych” było przykładanie się do wiedzy. Nie wyobrażano sobie „zawalenia” klasówki, podobnie jak tego, żeby się położyć spać bez lektury książki albo zjeść kolację bez rozmowy o muzyce. – W tym wszystkim najpierw się uczestniczy, a potem przenosi do własnego domu. Zainteresowanie biologią budziły wiadomości o DNA, genach, białkach, przenikaniu przez umysł ludzki najbardziej elementarnych mechanizmów życia – coraz częściej słyszane na lekcjach. Pani Barbara dzieli zasługi wychowawcze oraz formacyjne domu ze szkołą – przez dom starannie wybraną. Maciej trafił do Liceum Batorego, tam zaś do „złotej klasy” przeniesiono go wkrótce z gronem najlepszych uczniów kilku klas pierwszych. Zapanowała wśród nich ostra, ale zdrowa emulacja, z czasem wszyscy dostali się na studia. – Poszli w życie jak burza – to określenie padło w rozmowie jeszcze raz, z ust wnuczki pani Barbary. Z niektórymi licealnymi kolegami państwo Nałęczowie młodsi przyjaźnią się do dzisiaj, jeden „świadkował” na ich ślubie. WYMÓG DOSKONAŁOŚCIJeśli się przywykło ten wymóg spełniać – za cenę większego wysiłku w szkole, na studiach – to potem „szło dalej”, jak mówi Maciej Nałęcz starszy. Syn, zaciekawiwszy się w szkole biochemią, musiał się najpierw na studiach męczyć nad przedmiotami „ogólnobiologicznymi”, których nie lubił, żeby dojść do „sedna najciekawszego”. Szczeble akademickiej kariery były oczywistością (podlegającą wymogowi doskonałości), prowadząc do profesury w roku 1994. Ich zdobywanie znaczyły publikacje, a urozmaicały staże i badania za granicą, członkostwo w międzynarodowych towarzystwach naukowych. Od roku 1991 był dyrektorem Instytutu Nenckiego – swojej macierzystej placówki, którą czasowo opuścił, powołany dwa lata temu na stanowisko dyrektora Departamentu Nauk Podstawowych i Inżynieryjnych UNESCO w Paryżu. Do chwili naszego spotkania opublikował 74 prace oryginalne z dziedziny biochemii i biologii molekularnej. Wiadomo już na pewno, że z rodzinnego domu wyniósł to, co zwykliśmy nazywać szerokimi horyzontami, sięgającymi poza biologię, na jej płodne, intelektualnie ponętne, niedawno odkryte, pogranicza. Wyniósł wymóg doskonałości, owo poczucie wielkiego wstydu, kiedy bywał „nie najlepszym, ale trochę gorszym”. Dzisiaj to mu ciąży, bo przecież nieustannie ocenia siebie, konstatując, iż nie jest doskonały, ciągle przykłada najwyższe miary. Słuchając, zastanawiałam się, po pierwsze, nad tym, czy zdarzyło mi się spotkać jakiegoś przedstawiciela „uczonego rodu”, który czułby, że osiągnął to, do czego dążył, po drugie zaś, ile jest w takim „wymogu doskonałości” przeświadczenia, że się wymaganiom sprosta? Wiara w to drugie, wewnętrzna pewność powołania do cenionych zadań, takich jak praca naukowa, bywa źródłem odwagi, niezbędnej w ich podejmowaniu, zatem nieodzownym czynnikiem powodzenia, osiągnięcia oczekiwanych wyników. Wiano duchowe i intelektualne małżonków średniego pokolenia Nałęczów jest podobne. Mają te same zainteresowania – biochemią i biologią molekularną, mówiąc najogólniej, podobne upodobania literackie oraz muzyczne, podobne wysokie wymagania od siebie i od innych. Czują się obywatelami społeczności naukowej bez granic, co tak bardzo ceni ich ojciec i teść. Spotykając przyjaciół w Ameryce albo we Francji, nieraz po dłuższym okresie niewidzenia, rozmawiają tak samo swobodnie i otwarcie o najnowszych odkryciach, jak o wydarzeniach politycznych, potwierdzając wspólnotę widzenia i rozumienia wielu spraw. Najpierwszą w życiu sprawą pozostaje nauka. Pani Katarzyna, jak jej mąż, ma sporo publikacji, dwa lata temu została profesorem. W międzynarodowe „braterstwo dusz i intelektów”, tak dla niej ważne, stara się wciągać swoich młodych współpracowników. Edukowanie społeczeństwa, w którym oboje należą do elity, jest ich zdaniem głównym tej elity obowiązkiem. Maciej junior powiada: – To jest o wiele trudniejsze niż zrobienie skomplikowanego doświadczenia naukowego. Usłyszałam od profesorskiej pary, że każdy człowiek, zakładając własny dom, „tłumaczy na swój język” to, co w swoim domu najpierw obserwował, a później w tym uczestniczył. I znów się zastanawiam, czym różni się język młodych od języka rodziców i dziadków? Może tylko częstszym użyciem pewnych liter lub sylab? Trzon leksykograficzny trwa, a najważniejsze słowa zachowują swe podstawowe znaczenie, mimo że czasami staramy się nadać im odmienny sens. POWTÓRKA– Nade mną ciążą już dwa pokolenia profesorów i to jest ciężar, a zarazem przywilej. To jest po prostu poważne zobowiązanie. Aleksandra z Nałęczów Tolakowa przyznaje skwapliwie, że „szczęście w życiu”, którego miała i ma dużo, nad ciężarem odziedziczonych powinności góruje. W przedszkolu już mówiła dwoma językami, bo wtedy właśnie z rodzicami często i długo bawiła za granicą. Miała sposobność sprawdzać te umiejętności w konwersacji z gośćmi rodziców i dziadków. Ćwiczyła się przy tym w formułowaniu myśli i wypowiadaniu opinii – na dziecinną, nieco wygórowaną, miarę. Powtórzyła się w jej życiu rola dobrej szkoły. Sama wybrała elitarne I Liceum Społeczne w Warszawie, idąc na egzamin „z ulicy”, w najgłębszym przekonaniu, że tylko tam chce się uczyć, nie bacząc na to, iż powróciwszy świeżo ze Szwajcarii może mieć braki w zakresie polskiego programu szkolnego. Zdała i znalazła się – jak wcześniej rodzice – w środowisku młodzieży mądrej oraz ambitnej, gdzie każdy musiał na czymś się znać, mieć swoje hobby – a to chodzić na wszystkie wystawy, a to czytać wszystkie nowości, przynajmniej... pisać wiersze (sama też pisała). W najmłodszym pokoleniu rozszerza się spektrum zainteresowań, a przez to wzbogaca rezerwuar tematów wspólnych rozmów. Łukasz Tolak, po studiach prawniczych, kiedy na drugim roku powtórzyło się doświadczenie rozczarowania i wytrwania, zajął się podyplomowym zgłębianiem zagadnień bezpieczeństwa narodowego, które być może staną się tematyką przyszłego doktoratu. Nie uważa, że praca naukowa jest jedynym sposobem na życie, ale ma ją za sposób lepszy niż inne i ponętny, a dom żony utwierdza go w tej opinii. W jego domu dziecinnym także bardzo ceniono rozum i wiedzę, także rozbudzano w dzieciach ambicje oraz pasje. Pasją Łukasza jest historia, a teściowie oraz dziadkowie – to grono często się spotyka – są wdzięcznymi i aktywnymi uczestnikami rozmów na historyczne tematy. – My wszyscy – powiada prof. Maciej młodszy – czujemy się najlepiej, kiedy dom jest pełen ludzi, kiedy wymienia się informacje i jest nieustanny przepływ poglądów. To działa stymulująco. Myślałam nad tym, jak w rodzinach inteligenckich powtarzają się schematy karier oraz motywy wyborów. Bywają to powtórki „przedrefleksyjne” ludzi zupełnie młodych, weryfikowane dopiero później pierwszymi osiągnięciami i satysfakcją z nich płynącą. Może wolno z tym wiązać nadzieję na trwanie owej specyficznie polskiej warstwy w jej roli duchowego przewodnika.
|
|
|