Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 1/2004

Pułapki popularyzacji

Poprzedni Następny

Esej

Mechanizmy, jakimi posługuje się popularyzacja, 
prowadzą do wytworzenia fałszywego obrazu nauki w społeczeństwie. Jest to szkodliwe zarówno 
dla nauki, jak i dla społeczeństwa.

Marek Kuś

Fot. Stefan Ciechan

  Rozpocznę od nieco banalnego stwierdzenia, iż wszelka działalność popularyzująca naukę dotyczy trzech różnych światów: świata nauki i naukowców, świata popularyzatorów oraz świata tych, do których popularyzacja jest skierowana, a więc, przynajmniej w założeniu, reszty społeczeństwa. Mimo swojej banalności, powyższa obserwacja wydaje mi się ważna, gdyż większości niebezpieczeństw popularyzacji upatruję w różnych zadaniach, jakie przed nią stawiają (świadomie lub nie) ci, którzy zaludniają poszczególne światy.

Moja perspektywa wyznaczona jest w dużym stopniu przez dziedzinę nauki, którą uprawiam zawodowo. Fizyka straciła w drugiej połowie XX wieku znaczną część swojego medialnego seksapilu, którym cieszyła się i tak dość długo, kiedy to jej odkrycia, zarówno ze względu na ich praktyczne zastosowania, jak i rewolucyjne przekształcenie poglądów na strukturę otaczającego nas świata oraz nasze możliwości poznawcze, łatwo znajdowały drogę na pierwsze strony gazet. Inne dziedziny nauki pełnią teraz rolę gwiazd. Piszę o tym bez zazdrości, co więcej – myślę, że taka sytuacja pozwala bardziej bezstronnie przyjrzeć się mechanizmom i niebezpieczeństwom popularyzacji.

Kilka z nich dostrzegam (a wielu nie, jeśli dotyczą mało znanych mi dziedzin nauki). Tu chciałbym jednak skoncentrować się na jednej, najważniejszej sprawie. Moja teza jest prosta: mechanizmy, jakimi posługuje się popularyzacja, prowadzą do wytworzenia fałszywego obrazu nauki w społeczeństwie. Jest to szkodliwe zarówno dla nauki, jak i dla społeczeństwa. Jak będę się starał wyjaśnić poniżej, teza dotyczy, w zasadzie wyłącznie, popularyzacji przy użyciu najpopularniejszych środków masowego przekazu – prasy i telewizji, a i w tych mediach, w stosunku do wielu wyspecjalizowanych działów i programów poświęconych nauce, byłaby niesprawiedliwa. Jednak to największe media, w swoich przekazach skierowanych do najszerszej publiczności decydują o społecznym rozumieniu nauki. Stąd moja troska.

CELE POPULARYZACJI

Powróćmy więc do zaanonsowanego podziału na trzy obszary, których popularyzacja dotyka i zastanówmy się, jakie cele przyświecają ich reprezentantom. A więc, po pierwsze, dlaczego naukowcy powinni zajmować się popularyzacją? Dość oczywiste odpowiedzi można pogrupować następująco:

• Możliwie wyczerpująca informacja na temat problemów naukowo-technicznych, zagrożeń naturalnych oraz związanych z rozwojem techniki jest niezbędna do poprawnego funkcjonowania współczesnego, demokratycznego społeczeństwa. Tylko ludzie świadomi mogą świadomie wybierać drogi rozwoju społeczeństwa poprzez wspieranie rozwiązań sprzyjających rozwojowi ludzkości.

• Naukowcy, których znaczna część działalności finansowana jest ze środków publicznych, mają obowiązek wytłumaczenia społeczeństwu, na co zostały wydane pieniądze, jakie niesie to korzyści społeczne i dlaczego konkretne badania zostały wykonane, czy też powinny być wykonane w przyszłości. Jest oczywiste, że środki przeznaczone na badania są ograniczone, wykonywanie więc jakichkolwiek badań dzieje się kosztem innych badań, na które środków nie starcza. Społeczeństwo musi mieć możliwość oceny trafności wyborów dokonanych przez naukowców oraz finansujące ich agendy. Niewątpliwie, wszechstronna ocena wyników i zasadności podjętych badań może być w sposób zadowalający dokonana tylko na podstawie ściśle naukowych publikacji, jakimi projekty naukowe (przynajmniej w naukach podstawowych) zazwyczaj się kończą. Postępująca specjalizacja i, w konsekwencji, hermetyczność badań zawęża jednak znacznie możliwości dokonania takiej oceny przez grono szersze niż specjaliści. W oczywisty sposób grozi to niebezpieczeństwem utraty dystansu i, co za tym idzie, brakami w obiektywnej ocenie dokonań i ich wartości. Z punktu widzenia naukowców, z kolei, popularyzacja jest jedną z form zabiegania o adekwatne finansowanie działalności naukowej poprzez ukazywanie korzyści, jakie społeczeństwo może odnieść.

• W interesie społecznym jest wykształcenie odpowiedniej liczby uzdolnionych przedstawicieli. Należy więc zabiegać o to, aby wszyscy mający ku temu predyspozycje uzyskali stosowne wykształcenie. Zachętą do podejmowania studiów powinno być, oprócz motywacji ekonomicznych, także zainteresowanie badaniami naukowymi. Tak więc popularyzacja stanowi sposób na zapewnienie dopływu młodej kadry.

• Popularyzacja wyników badań naukowych pozwala samym naukowcom na ich lepsze zrozumienie. Umiejętne przedstawienie problemu oraz jego rozwiązania na różnym poziomie wymaga różnorodnego, dogłębnego i wielostronnego wejrzenia w naturę rozwiązywanego problemu, co może tylko ułatwiać i lepiej nakierować badania.

• Last but not least, popularyzacja może skuteczniej niż działalność czysto naukowa zapewnić społeczne uznanie i sławę, przede wszystkim dzięki szerszym kręgom społecznym, w których owo uznanie zachodzi. Nie lekceważyłbym takiej motywacji tylko dlatego, iż w porównaniu z wymienionymi poprzednio, wydaje się nie wynikać z najwyższych pobudek. Problem polega tylko na odpowiednim jej wykorzystaniu. W końcu demokracja wykorzystuje niską żądzę władzy, a wolny rynek niską żądzę zysku. W obu przypadkach rezultaty społeczne są co najmniej zadowalające (mówię to bez ironii, choć pewnie bardziej na podstawie moich wyobrażeń typów idealnych niż bezpośredniej obserwacji).

ODMIENNOŚĆ OCZEKIWAŃ

Aby osiągnąć powyższe cele, naukowcom powinno zależeć na jak najprecyzyjniejszym przedstawieniu wyników i metod swojej pracy. Tu jednak napotykamy na pierwszy problem i pierwsze niebezpieczeństwa. Z własnej praktyki wiemy, iż wyniki naszych badań bardzo rzadko mogą być uznane za ostateczne i rozstrzygające. Naukowa uczciwość wymaga od nas, byśmy tych właśnie cech nie ukrywali. Czy jednak takiej prezentacji osiągnięć naukowych jako wyników niepewnych, opatrzonych zastrzeżeniami typu: „wydaje się prawdopodobne, iż...”, „nie można wykluczyć, że...”, „niektóre wyniki mogą świadczyć...” itd. oczekują od nas ci, w imieniu których i dla których naukę uprawiamy? Zapewne nie. Przeciwnie, od naukowców oczekuje się odpowiedzi zdecydowanych, ostatecznych i rozstrzygających. Wszyscy chcą bowiem dowiedzieć się w końcu, czy zmodyfikowana genetycznie żywność stanowi zagrożenie dla naszego zdrowia, czy ocieplenie klimatu jest trwałym zjawiskiem, czy tylko mało ważną fluktuacją i jaki to ma wpływ na nasze życie. Bardzo rzadko możemy jednak udzielać odpowiedzi ostatecznych, nie możemy też takich odpowiedzi obiecywać. Szczere przyznawanie się do takiej niemożności zapewne nie przysparza prestiżu nauce w opinii społecznej, tymczasem gotowość do odrzucenia dotychczas uznawanych rozwiązań, czy wręcz całkowitego zanegowania obowiązujących teorii stanowi o sile nauki, a nie o jej słabości.

Zmierzam do tego, aby podkreślić, że popularyzacja osiągnięć naukowych w formie zazwyczaj praktykowanej i zapewne zgodnej z oczekiwaniami większości tych, do których jest skierowana, siłą rzeczy prowadzi do ukazywania nauki nie taką, jaka jest w rzeczywistości. Nie widzę jednak, jak można temu przeciwdziałać, jeśli wszystkie wymienione powyżej cele popularyzacji nauki chcemy traktować jednakowo poważnie.

Rozbieżność między popularnym i rzeczywistym obrazem nauki wynika także z tego, że cele uprawiania nauki inaczej widzą sami naukowcy, a inaczej konsumenci jej osiągnięć. Moje uwagi dotyczą przede wszystkim badaczy dziedzin podstawowych, wśród których nietrudno o opinię, iż założeniem jest to, że powinna istnieć nauka. Akceptacji nauki nie można uzasadniać naukowo. Nauka nie może dowieść swej wartości temu, kto jej wartość neguje (...), jest pasją, której samoakceptacja pozostaje założeniem nauki (Karl Jaspers, Istota nauki), lub, by posłużyć się cytatem innego klasyka: Sądzi on [naukowiec], że uprawia naukę „dla niej samej”, nie zaś dlatego, że inni osiągają dzięki niej materialne albo techniczne korzyści (Max Weber, Nauka jako zawód i powołanie).

Nie wnikając w ocenę takiego podejścia do nauki, zauważmy, że głównym motywem zajmowania się badaniami jest specyficzne nastawienie, które, upraszczając, nazwę ciekawością (aby uniknąć nieco górnolotnych określeń w rodzaju „pasji badawczej”). Niebezpieczeństwo, na jakie naraża się naukowiec chcący o swoich pasjach poinformować współobywateli (przynajmniej tych, którzy przejawiają ochotę wysłuchania go) polega na tym, że przypisuje im podobną ciekawość, a więc podobne do własnych motywy działania. Tymczasem przeciętny odbiorca popularnych informacji naukowych przyzwyczajony jest do widzenia nauki wyłącznie jako źródła postępu technicznego.

Oczywiście, sukces technologiczny jest ważnym (a w niektórych dziedzinach nauki najważniejszym) wynikiem działalności naukowej, bez wątpienia jednak nie jedynym. Pomijanie w popularyzacji motywacji czysto poznawczych nie służy wizerunkowi nauki jako najważniejszego, obok sztuki, fundamentu cywilizacji. Nie należy też oczekiwać, że ciągłe podkreślanie zasług nauki w rozwoju techniki poprawia notowania nauki w społeczeństwie. Wydaje mi się, że trudno przekonać przeciętnego obywatela, iż może on słuchać muzyki z płyt kompaktowych tylko dzięki fenomenalnemu odkryciu fizyków, którzy stworzyli źródło spójnego promieniowania elektromagnetycznego, odkryciu niemotywowanemu żadnymi konkretnymi celami technologicznymi. Przecież każdy widzi, że odtwarzacz wyprodukowała firma Sony, a nie jakiś tam fizyk.

PONURA EGZYSTENCJA

Pora przejść do trzeciego ogniwa popularyzacji, tzn. popularyzatorów. Oczywiście, popularyzatorami mogą być (i często są) sami naukowcy. Nie zawsze jest to najlepsze rozwiązanie – choćby ze względów, które opisałem przed chwilą. Łatwo jednak dostrzec problemy z przedstawianiem społeczeństwu rezultatów badań naukowych za pomocą środków masowego przekazu. Im bardziej masowy charakter środka przekazu, tym problemy większe.

Popularyzacja nauki w prasie wydaje mi się niemal znakomita w porównaniu z tym, co zazwyczaj, choć nie zawsze, proponuje telewizja. Niech drobnym pocieszeniem będzie to, iż na początku ubiegłego wieku, a więc w epoce, gdy o telewizji jeszcze nikt nie myślał, prasa, która wówczas stała się najważniejszym środkiem masowej komunikacji, zbierała cięgi za niedostateczne informowanie o osiągnięciach nauki. Statystyczne badania zawartości prasy niemieckiej z roku 1910 przyniosło opłakane rezultaty: informacje naukowe składały się na zaledwie ok. 2,5 proc. zawartości gazet, co skłoniło autora badań do twierdzenia, iż nauka wiedzie na łamach prasowych ponurą, nieszczęśliwą i całkiem niezauważalną, skrytą egzystencję.
Myślę, że nieuzasadnionym optymizmem byłoby przypuszczanie, iż w ciągu blisko stu lat, które upłynęły od opisanego badania, sytuacja zmieniła się radykalnie. W oczywisty sposób nie zmieniło niczego pod tym względem nowsze medium, jakim jest telewizja, co łatwo stwierdzić poprzez bezpośredni ogląd. Nie ma się zresztą czemu dziwić, prawdziwym celem telewizji nie jest, jak wiadomo, przekazywanie informacji, ale pokonanie konkurencji. W walce takiej informacja naukowa zapewne nie na wiele się przydaje.

Główne źródło problemów widzę, tak jak poprzednio, w innym podejściu do nauki w środowiskach naukowców i przedstawicieli mediów. Badacze widzą w nauce proces kumulatywny, będący wynikiem zespołowych przedsięwzięć. Jego przebieg jest kontrolowany w sposób niespieszny, ale skuteczny i rzetelny, poprzez dyskusje oraz żmudne procedury publikacji wyników, zajmujące niekiedy miesiące lub lata. Dla mediów interesujące są wyniki nowe, zaskakujące i kontrowersyjne, które mogą (a właściwie muszą) konkurować z wszelkimi innymi wiadomościami, których pełno każdego dnia, i które z mniej lub bardziej zrozumiałych przyczyn uznane zostaną przez media za godne zainteresowania.

Problem w tym, że nauka przez większą część czasu trwa w swej „fazie normalnej”, rozwiązuje „zagadki”, zgodnie z obowiązującym aktualnie paradygmatem. Prawdziwe rewolucje zdarzają się niezwykle rzadko, większość postępu naukowego dokonuje się w wyniku bardzo małych kroków. Trudno w tej sytuacji przygotować smakowite dania dla mediów, które za znacznie bardziej doniosłą mogą uznać np. wiadomość, iż azjatyccy wróżbici i astrologowie, zgromadzeni w stolicy Kambodży na regionalnej konferencji, ostrzegli, że wielkie zbliżenie Marsa do Ziemi nie wróży niczego dobrego. Zdaniem wróżbitów z Indii, Hongkongu i Kambodży, zbliżenie tej planety zapowiada „wielki kataklizm”, wywołany przez naturę bądź przez człowieka. „Coś stanie się w ciągu najbliższych 24 godzin” – ostrzegł kambodżański wróżbita Sy Vannak. Jego hongkongijski kolega Benny Y.Y. Cheung nieco uspokaja, twierdząc, iż seria katastrof – pożary i wojny – „może nastąpić w ciągu najbliższych trzech miesięcy” (depesza PAP z 27.08.2003, g. 10:17).

Powyższy przykład jest drastyczny, szczęśliwie podobnych baliwerni nie spotykamy w depeszach poważnych agencji codziennie. Jednak, jeśli nawet ograniczymy się do doniesień dotyczących prawdziwej nauki, niełatwo zrozumieć, co powoduje, że pewne wiadomości są „medialne”, a inne nie. Często działa tu niezrozumiałe sprzężenie zwrotne napędzające egzotyczne, skądinąd, tematy. W dziedzinach nauki, które sam reprezentuję, przypominam sobie z okresu moich studiów fascynacje mediów tzw. teorią katastrof, a z czasów późniejszych – teorią chaosu. Obie teorie są faktycznie piękne i ciekawe, jednak zainteresowanie mediów właśnie nimi wydaje mi się dość przypadkowe i nieuzasadnione wagą podejmowanych i, co ważniejsze, rozwiązywalnych za ich pomocą problemów.

PRZYKRE SKUTKI

Różnice poglądów między naukowcami i przedstawicielami mediów na temat tego, czym jest, czym powinna być nauka i jak należy prezentować jej osiągnięcia, mogą mieć (i w dużym stopniu mają) wiele przykrych skutków. Naukowcy mają więc tendencję do traktowania mediów jako środków propagowania głupstw i błahostek, którym nie warto poświęcać zbyt wiele cennego czasu. Dla mediów naukowcy to nieciekawi nudziarze. Jedynie rzetelność dziennikarska nakazuje od czasu do czasu co nieco o nauce napisać. Ten nieco karykaturalny opis znaleźć można w Worlds Apart, wydanym w 1997 opracowaniu tych problemów. Jednak bardziej niepokojące wydają mi się inne zjawiska zagrażające, podobnie jak opisywane przeze mnie poprzednio, rzetelnemu wizerunkowi nauki w społeczeństwie, ale także samej nauce. Tak więc, aby informacji naukowej nadać odpowiednią „medialność”, trzeba zrobić z niej małą sensację. Dobrze jest więc podkreślać mniejsze lub większe kontrowersje, przedstawić badania dotyczące jakiegoś problemu jako rywalizację dwóch wybitnych badaczy, bezwzględny wyścig do Nagrody Nobla itd. Daleki jestem od niedoceniania motywów ambicjonalnych w działalności naukowej, a dobre dziennikarstwo opisujące pogoń za sławą jako istotną ingrediencję badań naukowych zwykle przynosi pasjonującą lekturę, jednak nie przeczy to tezie, że prawdziwa nauka to jednak coś innego.

Potrzeba spektakularnego sukcesu, który byłby jednocześnie ostateczny i rozstrzygający, skutkuje więc tym, że co kilka miesięcy dowiadujemy się, iż właśnie ostatecznie rozszyfrowano ludzki genom. Ktokolwiek przeczyta po raz trzeci, że tym razem to już rozwiązanie ostateczne, musi zwątpić w prawdziwość sukcesów, którymi chwalą się naukowcy. A przecież sukces to niewątpliwy, tyle tylko że przedstawienie go jako ostatecznego i niepodważalnego wypacza po prostu ideę nauki.

Prawdziwie przykre skutki „sportowego” podejścia do nauki („liczy się tylko zwycięzca”) dają o sobie coraz częściej znać w postaci mniej lub bardziej drastycznych oszustw naukowych („mniej drastyczne” to te, które polegają na zaniedbaniu wypracowanych standardów badawczych i ustalonych dobrych obyczajów obowiązujących w nauce). Moja dziedzina, fizyka, całkiem niechlubnie, nie pozostaje w ogonie. Przed kilkunastoma laty o odkryciu tzw. zimnej fuzji świat nauki dowiedział się nie z czasopism naukowych, ale z „New York Timesa”. Dlaczego? Ano dlatego, że sława przychodzi łatwiej i szybciej, gdy piszą o nas wielkie dzienniki, niż gdybyśmy mieli czekać na publikację pracy w „Journal of Electrochemical Society of America”. Jak Państwo zapewne wiedzą, wszystko zakończyło się wielce niesławnie. Oczywiście, wina leży tu całkowicie po stronie nieszczęsnych naukowców, a nie po stronie wielkiego dziennika. Jednak trudno mi oprzeć się wrażeniu, że „sportowy” charakter, jaki nadają nauce media, sprzyja takim naukowym wybrykom.

NIE SZKODZIĆ

Ostatnie uwagi bardziej dotyczą obecności nauki w największych mediach niż obiecanej w tytule popularyzacji. Starałem się jednak skoncentrować na podstawowej tezie: głównym zagrożeniem jest niebezpieczeństwo fałszywego przedstawienia społeczeństwu tego, czym nauka jest, czym się zajmuje, jakie są motywy postępowania i jakie metody pracy naukowców. Nie mam wątpliwości, że dobre czasopisma popularyzujące naukę, a takich nie brak na świecie i w Polsce, nie stanowią tu żadnego zagrożenia. Jednak to nie one kształtują wiedzę i wyobrażenie o nauce w społeczeństwie. Trafiają bowiem, podobnie jak różnorakie imprezy popularyzujące naukę, do tych, którzy takiej wiedzy sami poszukują i zapewne mają ustalone poglądy na wartość nauki.

Podsumowując krótko: jeśli zgodzimy się, że o osiągnięcie wymienionych na wstępie celów popularyzacji nauki należy zabiegać, to można tego dokonać jedynie przez prezentację nauki, jej osiągnięć i słabości w sposób, który niezbyt odpowiada obecnemu wzorcowi przekazywania informacji przez media. Co więcej, sposób prezentowania nauki może szkodzić nie tylko jej społecznemu wizerunkowi, ale nauce samej, wzmacniając to, co w niej złe. Za stan, jaki jest, nie można winić tylko mediów. Pokusa przedstawiania działalności naukowej wyłącznie jako źródła postępu technicznego, w celu przekonania społeczeństwa i decydentów do finansowania badań, jest bardzo niebezpieczna. Przeważająca większość wysiłku naukowego w badaniach podstawowych nie kończy się bowiem sukcesem, a więc obietnice, jakich naukowcy mogą udzielać, często muszą być puste, a niedotrzymane przyrzeczenia nie będą przyczyniały nauce prestiżu. Zarysowanym celom znacznie lepiej przysłuży się pokazywanie, czym nauka jest, a nie, jakie to dobre technologie produkuje.

Nie pocieszajmy się, że odbiór nauki w społeczeństwie będzie lepszy, jeśli tylko uda nam się poprawić te okropne programy szkolne (co zapewne też jest prawdą i dobrym tematem dyskusji). Społeczeństwo czerpie swoją wiedzę o nauce przede wszystkim z mediów i od tego, jak one popularyzują naukę zależy jej wizerunek społeczny.

Prof. dr hab. Marek Kuś, fizyk, pracuje w Centrum Fizyki Teoretycznej PAN i w Szkole Nauk Ścisłych w Warszawie. 

Tekst jest zapisem wystąpienia na konferencji „Medializacja Nauki”, Jachranka, 18 października 2003, zorganizowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

.

Komentarze