Coś z radia |
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Może to nadużycie wykorzystywać szacowne miejsce w szanowanym piśmie, ale chciałbym go użyć do celów osobistych. Wierzę, że do naprawdę cnych i poważnych. Chciałbym mianowicie napisać kilka ciepłych słów o moim ulubionym gatunku literackim – słuchowisku radiowym. Jest ono przedmiotem licznych, powiedziałbym, wręcz niewiarygodnych, a jednak prawdziwych nieporozumień, które warto zweryfikować, zanim będzie za późno. Pewien mój przyjaciel, poeta znakomity, dodam dla dociekliwych – z Krakowa – twierdzi w żywe oczy, że słuchowisko to rodzaj reportażu. Inny znów znajomy, który jako żywo pracował w samym radiu, że to scenariusz podobny do filmowego. Wreszcie trafił się i taki, który uważał, że słuchowisko jest podłym gatunkiem literatury, bo nie ma narracji. Żaden z tych panów (kobiety lepiej się na ten temat wyrażają), nie miał i nie ma (bo pewnie wierzą w swoje opinie nadal niezbicie) racji. Dokładniej mówiąc: bladego pojęcia. Słuchowisko było doceniane w zamierzchłych czasach koniunktury radiowej, kiedy telewizja jeszcze nie miała wstępu na nasze domowe salony. Nazwano je teatrem wyobraźni, bo słuchaczom w fantazjowaniu nic nie przeszkadza, a dla uzyskania pełnego efektu wręcz wypada zamknąć oczy. Specjalizowali się w nim tacy mistrzowie pióra, jak: Konstanty Ildefons Gałczyński, Władysław Lech Terlecki, Zbigniew Herbert, Ireneusz Iredyński i specjalizują autorzy tej miary, co: Janusz Krasiński, Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz, Jerzy Niemczuk, Jerzy Górzański, Henryk Bardijewski i wielu innych. „Drugi pokój” Herberta jest uważany za arcydzieło literatury w ogóle, a tej sztuki w szczególności. Premiery wielu spektakli teatralnych miały swoje wcześniejsze odpowiedniki właśnie w radiu, na przykład prawie wszystkie sztuki Iredyńskiego i obie Krasińskiego („Śniadanie u Desdemony” i „Czapa”). Moim zdaniem, realizacje radiowe były ciekawsze. Do przyjęcia do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich trzeba mieć pięć zrealizowanych słuchowisk, a do Związku Literatów Polskich chyba nawet mniej. Pisarze wiedzą, że jest to gatunek trudny i wymaga bajecznej wyobraźni autora, a przy tym niesłychanej precyzji językowej. Słuchowisko radiowe pod pewnymi względami nie ma konkurencji. Nawet w poezji i prozie, nie mówiąc o teatrze widzialnym. Pod warunkiem, że pisze je artysta, a nie grafoman. Przypomnę, że grafomanów poznajemy po tym, że muszą napisać coś, a artystów, że muszą napisać o czymś, i że grafomanom zawsze się w dużych ilościach śpieszy do sławy, a artyści wolą pisać wolniej i po cichu. Otóż, za pomocą żadnego innego gatunku literackiego nie da się przedstawić tego, co jest tak zupełnie nieprzedstawialne, a mianowicie – wiedzy i wyobraźni odbiorcy. Tego nie potrafi nawet poezja, choć jest ściśle związana z nieopisywalną duszą. Zawsze coś przeszkadza, obraz (sztuczny i naciągany, jak w filmie i teatrze), a nawet kartka papieru i robaczki liter, z którymi trzeba się zmagać, żeby jakoś pozbierać w znaczenia. Słuchowisko ma naturalny związek z muzyką, jedną z dwóch sztuk pierwotnych (druga to rzeźba). Z jednej strony wywołuje wrażenia abstrakcyjne, z drugiej całkiem konkretne i nawet dosadne. Byłożby to rozwinięcie muzyki? Nie, nie na tym rzecz polega, to raczej jej uzupełnienie albo przekształcenie. Muzyka nigdy nie jest tak konkretna jak słowo, brzmienie głosu i fabuła. Szczególnie ta ostatnia. Słuchowisko jednak ma znacznie bliższy związek z literaturą. Zwróćmy uwagę, że słowo w słuchowisku jest nieporównanie wyrazistsze niż w filmie, telewizji czy teatrze. Jest blisko, tuż – tuż, na wyciągnięcie – ucha. Sceptycy powiadają – nie ma narracji, opisu. Nieprawda. Dobry dialog radiowy zawiera narrację organicznie, opisuje świat akcji niedostrzegalnie, a przy tym nie narzuca się rozwiązaniami. Zdaje się apelować: „Słuchaczu, to jest świat, który właśnie tworzysz, więc rób to sam, bo to jest twój świat”. To, co jest błahe i płaskie gdzie indziej, tu się nagle uwypukla. Pisarz, który chce przedstawić coś, co technicznie nie jest możliwe na scenie i ekranie (od biedy jest w prozie), może sobie pozwolić na ten luksus w słuchowisku. A środków artystycznych ma wiele, to cały arsenał. Znam dramat radiowy, komedię, w którym jednym z bohaterów było darcie materiału, bielizny, pościeli, poduszek. (Ach, jak wspaniale kaszlał i krztusił się piórami niezapomniany Bronisław Pawlik!). Dźwięk wypełniał pokój, w którym dwóch niemądrych panów robiło coś bardzo nagannego i nie trzeba było nazywać tego, co robili. To było namacalne jak własna ręka. Dźwięk więcej znaczył niż słowa. A żeby utrudnić przepisanie tego utworu na inny gatunek, wszystko się działo w ciemności. Dlatego lubię słuchać słuchowisk. Niedawno Program II Polskiego Radia nadał półtoragodzinne słuchowisko Eliasa Canettiego „Do ostatniej chwili” (reż. Waldemar Modestowicz). Głównym bohaterem jest kapsułka, o której dowiadujemy się ze zgrozą, że jest pusta. Porażająca obecność niczego! Zbudowana z prostych środków opowieść daje wrażenie, że jesteśmy w środku świata, którym rządzą prawa podobne do naszych, ale tak przekształcone, żebyśmy mogli zrozumieć, jakie zagrożenie niesiemy sami sobie. Kto nie słuchał, niech będzie pewien, że stracił wielkie przeżycie. A słynna historia ze słuchowiskiem Orsona Wellesa „Wojna światów” o lądowaniu Marsjan (według H.G. Wellsa)? Nadane w 1938 roku w Stanach Zjednoczonych wywołało panikę ludności porównywalną z szaleństwem wojennej migracji. Czy to nie dowód, że dziś przenieśliśmy zaufanie do zmysłów ze słuchu całkowicie na wzrok? Może byłoby dobrze, gdyby ten czy ów przypomniał sobie, że słyszy i że warto z tego skorzystać. Ja staram się usilnie, choć właśnie słuch od urodzenia mam dość marny. A może właśnie dlatego. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|