Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 2/2004

Zimowe poziomki

Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Trzeba sprawdzić, kto się nadaje do studiowania, a kto nie. 
Czyż nie temu między innymi służy system oceniania?

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Szanowny Panie Redaktorze!

Kiedy piszę te słowa, w uczelniach trwa zimowa sesja egzaminacyjna i związana z tym bieganina, zarówno wśród studentów, jak i kadry dydaktycznej. Nie ma więc za wiele czasu na towarzyskie spotkania czy niezobowiązujące pogawędki przy kawie z przyjaciółmi. Spotkawszy onegdaj adiunkta P., widząc go zagonionym, ani myślałem o jakiejś dłuższej rozmowie. On sam jednak zaproponował udanie się do uczelnianego klubu na kawę czy herbatę, ciasteczko i pogadanie. Przy stoliku P. od razu zaczął relacjonować swoje obserwacje i refleksje na temat jak najbardziej aktualny, czyli uczelnianych „przygód” dydaktycznych. Niby nic nowego pod słońcem, ale jak się głębiej zastanowić, włos się na głowie jeży.

– Mam zajęcia na pierwszym roku dość specyficznego kierunku studiów – zaczął P. – Kierunek nawet z nazwy techniczny, więc wydawałoby się, że nauczanie nauk ścisłych to na nim sprawa podstawowa. Ludzie kończący te studia dostają tytuł inżyniera, co – jak mi się zdaje – jakoś zobowiązuje. Tymczasem moje zajęcia, a ścisłej elementarna wiedza, której próbuję nauczyć, okazuje się dla nich najtrudniejszą „przeprawą” na pierwszym roku.
Gdybyś widział, co oni wypisują, próbując rozwiązać tych parę prostych zadań, które im daję podczas kolokwiów! Nie widzą różnicy między stopniami Celsjusza a stopniami schodów. A bywają w tym gronie i tacy – jest ich wcale niemało – którzy w ogóle nie rozumieją, co czytają. A przejawia się to z uderzającą oczywistością w tym, co piszą i o co, na przykład w trakcie kolokwiów, pytają. Bo trzeba ci wiedzieć – dopowiada P. – że w trakcie sprawdzianów pozwalam im korzystać z książek i własnych notatek. Powinni się bowiem wykazać nie pamiętaniem stu pięćdziesięciu różnych regułek czy wzorów, lecz elementarnym rozumieniem tego, o czym była mowa na wykładach i w trakcie ćwiczeń. Naprawdę elementarnym...

STRACONE ZŁUDZENIA

Może jednak stawiasz im za wysokie wymagania – wtrąciłem nieśmiało. – Przecież oni nie mają być specjalistami z twojej dziedziny. Jako przyszłym inżynierom, rzeczywiście jest im potrzebny pewien zasób wiedzy o tym, jak funkcjonuje świat materialny, jak się opisuje jakościowo i ilościowo rządzące nim prawa i zachodzące zjawiska. Nie muszą jednak znać wszystkich szczegółów i subtelności teorii...

– Niewątpliwie – zgodził się P. – Toteż nie wymagam, by stawali w zawody z olimpijczykami w tej dziedzinie, a nawet, by musieli zajmować się wszystkim, co ludzie piszą w podręcznikach. Wybieram te elementy, które – jak sądzę – przydadzą im się później do zrozumienia zagadnień z innych dziedzin, z którymi spotkają się w toku edukacji. Zauważ, że nie wspominam nawet o tym, o czym lubią pisać popularyzatorzy czy filozofujący naukowcy – że nauka jako taka, a nauki ścisłe w szczególności, tak wielką odegrały rolę w rozwoju naszej współczesnej cywilizacji, iż stanowią teraz istotną część ogólnej kultury, która nie daje się bez nich w pełni rozumieć. Nie próbuję podnosić poziomu ich ogólnej kultury, lecz podchodzę do sprawy raczej utylitarnie, próbując przekazać wiedzę niezbędną w dalszym toku studiów.

W ciągu lat pracy na uczelni – kontynuował P. – straciłem już niegdysiejsze swoje złudzenia, jakoby wyższe wykształcenie niejako samo przez się związane było z podniesieniem poziomu umysłowego i kulturalnego. Szczególnie szybko takie „humanistyczne” złudzenia traci się pracując w uczelni nastawionej na kształcenie profesjonalistów w dziedzinach technicznych. Ci, którzy poczują potrzebę rozwoju intelektualnego, sami będą się „podciągać”. Grupę „pośrednią” tworzą zainteresowani uzyskaniem wiedzy użytkowej, przydatnej bezpośrednio w późniejszej pracy. Reszty zdobywanie wiedzy właściwie zupełnie nie obchodzi, bo oni chcą tylko dyplomu. Wszelkie zajęcia uczelniane traktują więc li tylko jako zło konieczne, bo bez ich zaliczenia o dyplom trudno.

– W dzisiejszych czasach nie tak bardzo – odezwałem się. – Przecież chyba wiesz, że dyplom, podobnie jak prawo jazdy czy inne dokumenty, można po prostu kupić. Podobno dilerzy w tej „branży” kręcą się po pobliskim targowisku. Sposób kryminalny, ale nie przez wszystkich uważany za naganny.

– Na szczęście, ta droga do dyplomu nie jest jeszcze powszechnie wykorzystywana. Przynajmniej taką mam nadzieję. Ale – i o tym właściwie chciałem z tobą przede wszystkim pogadać – mam coraz silniejsze wrażenie, że uczelnie w niektórych działaniach idą jakby w podobnym kierunku. Nie zauważasz takich objawów?

– Musiałbym się zastanowić – odparłem trochę wymijająco – czy jakiś incydent, jeden czy drugi, można uważać za oznakę ogólniejszej prawidłowości. Istotnie, zdarza się tu czy tam jakaś „wpadka”, w rodzaju pomyślnej obrony „ściągniętego” doktoratu. Podobnie z pracami dyplomowymi. Ale żeby zaraz uogólniać i mówić, że całe szkolnictwo wyższe się kryminalizuje? Tak źle chyba jeszcze nie jest.

NACISKI I PRYNCYPIA

– No to wyobraź sobie taką sytuację. Kończy się semestr, na ćwiczeniach robię jedno kolokwium, potem drugie. Cel jest oczywisty – sprawdzenie stopnia opanowania podstawowych zagadnień i uzyskanie podstawy do wystawienia ocen, które potem mają wpływ na studiowanie i w końcu – uzyskanie dyplomu. W trakcie owych sprawdzianów wyszło czarno na białym, że znaczna część studentów zaliczenia nie uzyska. I wtedy się zaczęło. A to jakieś przekazywane przez łańcuch pośredników sugestie, by spojrzeć życzliwie na studenta X., bo ma jakieś związki z najwyższą uczelnianą władzą. A to znów wizyty rodziców, którzy dla dobra dziecka gotowi są zrobić wiele, na przykład złożyć mniej lub bardziej zawoalowaną propozycję korupcyjną. Najgorsze bywa to, że nawet po moich wyjaśnieniach nie rozumieją niestosowności całej sytuacji i własnych poczynań. Wreszcie pojawiają się też naciski po linii służbowej, że przecież tak nie można, to pierwszy rok, sam początek studiów, nie wszyscy od razu potrafią złapać właściwy rytm pracy, należy dać im szansę, może wykażą się w trakcie studiowania... Sens tego gadania taki, iż należy powpisywać zaliczenia „jak leci”...

– Dla swojego świętego spokoju – wpadam w słowo koledze P. – I co, idziesz na takie rozwiązanie?

– Coś ty! Przecież mnie znasz nie od dziś. Próbuję naciskającym wyjaśniać, że powinniśmy się trzymać jakichś pryncypiów. W końcu uczelnia, a ogólniej edukacja wyższa, to nie tani film akcji, gdzie jedyną zasadą jest brak wszelkich zasad. W stosowanym obecnie systemie naboru na studia, przynajmniej w mojej uczelni, w trakcie pierwszego roku należy przeprowadzić selekcję, której nie czynią egzaminy wstępne (bo ich nie ma) ani matura (bo jakość edukacji szkolnej jest, jaka jest). Trzeba sprawdzić, kto się nadaje do studiowania, a kto nie. Czyż nie temu między innymi służy system oceniania? Prawda, wielu może nie podołać wymaganiom. Jedni dlatego, że się po prostu nie przygotowali, ale mają potencjalne możliwości. Daję im szansę, jak tylko mogę, organizując kolejne „dobiegi”. Trzeba wierzyć w ludzi! Innym jednak, a jest ich wśród „moich” studentów wcale liczna grupa, nie pomoże nawet dziesięć dodatkowych „podejść”, żadne ułatwienia ani podpowiedzi. Ci się w ogóle do studiowania nie nadają. Przeglądając to, co wypisują w trakcie sprawdzianów, trudno bowiem nie zauważyć funkcjonalnego analfabetyzmu. Wielu nie rozumie tego, co czyta. Obce im są nawet proste pojęcia ogólne, a cóż dopiero mówić o zrozumieniu nieco bardziej abstrakcyjnych, którymi przecież operują nauki ścisłe.

– Ale nie ma się co dziwić – wtrącam. – Jeśli przecież na niektóre kierunki studiów przyjmowany jest każdy, kto tylko potrafi dostarczyć swoje papiery, przekrój społeczny przyjętych odzwierciedla średnią społeczeństwa. A przecież w społeczeństwie jest pokaźny odsetek analfabetów funkcjonalnych.

– Zgadza się. Jednak absolwenci z dyplomami inżynierskimi powinni reprezentować wyższy poziom. W końcu ludzie z wyższym wykształceniem mają tworzyć pewnego rodzaju elitę społeczną. A kiedy sobie myślę, że taki tytuł dostanie ktoś, kto nie potrafi zrozumieć instrukcji obsługi, a potem maszyna, z którą będzie miał do czynienia, urwie komu rękę albo głowę... Dlatego „odsiew” tych, co się do studiowania nie nadają, musi być szybki i sprawny, i dokonywać się już na samym początku, czyli na pierwszym roku. Argumenty uczelnianej władzy, że trzeba im dać szansę, a jak się okaże, że się nie nadają, to później i tak odpadną, są chybione. Nieraz już słyszałem opinie studentów, dające się chyba potwierdzić statystykami, iż na wielu kierunkach studiów trzeba się wyjątkowo „starać”, żeby „wylecieć” na trzecim albo jeszcze starszym roku. A uczelni państwowej, między innymi ze względów materialnych, zależy na tym, by „przepchnąć” jak największa liczbę studentów na drugi rok i dalej.

– Ale powiedz – przynaglałem P. – co dalej z twoimi studentami?

– Sprawa się jeszcze nie skończyła. Właśnie idę przygotować zadania na kolejny „dobieg”. Na razie na owe naciski „z góry” odpowiedziałem gotowością dawania kolejnych szans na uzyskanie zaliczenia, jednak przy zachowaniu odpowiedniego minimalnego poziomu wymagań. Mam nadzieję, że zostanie to przyjęte ze zrozumieniem i że na tym sprawa nacisków się zakończy. Jednak jeśli idzie o to rozumienie, jeden z kolegów rzekł mi ostatnio dość cynicznie, żebym nie robił sobie wielkich nadziei, bo niektórzy, słysząc „poziom kształcenia”, są w stanie pomyśleć wyłącznie o kształcie poziomki...

Mówiąc to, P. wstał, pożegnał się i poszedł przygotowywać kolejne kolokwium, zostawiając mnie w nie najlepszym nastroju. Przyszedłszy do siebie (w sensie fizycznym, to znaczy do swego biurka i komputera), streściłem tę rozmowę jak wyżej. Pozwalam ją sobie przesłać Panu Redaktorowi wraz z wyrazami szacunku i solidarności w toczonej na łamach „Forum” walce o zachowanie poziomu i akademickich standardów.

Paweł Misiak

pm@wroclaw.com

Komentarze