Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 2/2004

Postęp na marginesie

Poprzedni Następny

Okolice nauki

Zaniechanie popierania ostatniego ogniwa edukacji, jakim są instytucje 
badawcze i rozwojowe, będzie skutkowało dalszymi stratami nakładów 
na kształcenie i zubażało nasz dochód narodowy.

Jan Koźniewski

Fot. Stefan Ciechan

  Dzieje rozwoju naszej cywilizacji sugerują, że najważniejszym źródłem sukcesu i pozycji ekonomicznej jest udział w postępie naukowo-technicznym. Tymczasem w Polsce w czasie ostatnich kilkunastu lat właściwie nie było jakiejkolwiek dalekowzrocznej polityki gospodarczej, uwzględniającej rozwój techniczny i naukowy. Kolejne nasze rządy, parlamenty, a nawet może całe społeczeństwo sprawami tymi mało się interesowało. Obecną sytuację na tym polu traktuje się jako okres przejściowy. Wszystko, co dotyczy roli nauki i techniki, ma się wyjaśnić po naszym przystąpieniu do Unii Europejskiej i zespoleniu z jej gospodarczą strukturą. Powstanie wtedy nowa sytuacja i ona wskaże nam, co i w jakim zakresie mamy robić. Teraz nie warto sobie tym zawracać głowy. Strata czasu jednak kosztuje. Przerwawszy naszą i tak niewielką twórczą aktywność, cofamy się o kilka dziesiątków lat.
Dowodem na brak zainteresowania kół rządzących sprawami rozwoju naukowo–technicznego jest kuriozalne połączenie resortów gospodarki z polityką społeczną. Brak rozumienia problemu polega na tym, że polityka gospodarcza, oparta na postępie i kontynuacji prac rozwojowych, musi działać w perspektywie dziesięcioleci. Natomiast polityka społeczna wymaga szybkich reakcji na bieżące zjawiska. Zjednoczenie tych resortów spowoduje, że doraźne potrzeby społeczne będą dominować nad potrzebami rozwojowymi.

Działalność gospodarcza i prawie cały wysiłek społeczny po wojnie skierowany był na przemysł zbrojeniowy, działający na rzecz Paktu Warszawskiego. Powstała baza rozwojowa naszej techniki. Pod osłoną przemysłu zbrojeniowego rodziły się niekiedy ciekawe zespoły twórcze. Ich „jądra kondensacyjne” stanowili przedwojenni uzdolnieni inżynierowie. Działalność ta rozwijała się niejednokrotnie wbrew intencjom moskiewskiej dyktatury. Po przemianach przemysł zbrojeniowy w Polsce stracił swoją aktualność i stał się źródłem wielu poważnych trudności ekonomicznych. Jedynym „drogowskazem” do podejmowania decyzji dla naszych polityków i ekonomistów była chwilowa rentowność przedsiębiorstw i całych branż. Zbrojeniówka uległa niemal całkowitej likwidacji, łącznie z jej bazą intelektualną. W ten sposób znikły niektóre nowoczesne i podstawowe branże przemysłowe, ich biura konstrukcyjne, ośrodki rozwojowe. Praktycznie przestał istnieć przemysł elektroniczny i inne dziedziny rozwiniętej techniki. To oczywiście pociągnęło za sobą niemożliwe do ocenienia straty, również natury cywilizacyjnej.
Przy analizie naszej sytuacji gospodarczej konieczne jest uwzględnienie nie tylko wielkości, lecz również struktury produktu krajowego. W Polsce w znacznie mniejszym stopniu niż w Czechach albo na Węgrzech produkt krajowy tworzony jest przez produkcję towarów nowoczesnej technologii. Nie mówiąc już, że wyroby te (jeżeli są u nas wytwarzane) nie zawierają niemal wcale naszej własnej myśli. To samo dotyczy struktury naszego eksportu. Wpływa to negatywnie na bilans eksport – import oraz na efektywność gospodarki. Udział przyrządów precyzyjnych, aparatury pomiarowej i kontrolnej w naszym eksporcie stanowi śladowy poziom 0,6 proc. W imporcie – przeszło 2 proc.

Słychać zdanie wyrażające nadzieję, że kulejący postęp technologii poratuje dopływ kapitału z zagranicy. Nic takiego nie następuje. Zagraniczni inwestorzy interesują się jedynie bankowością, rozwojem sieci handlowej i innymi podmiotami, mogącymi rozszerzyć ich rynek zbytu w Polsce.

MAŁE I ŚREDNIE PRZEDSIĘBIORSTWA

Znaczenie prywatnych małych i średnich przedsiębiorstw, nieustannie podkreślane, jest podobno jedynym i uniwersalnym środkiem na wszelkie dręczące nas problemy. Powtarzanie tej tezy przypomina buddyjski młynek modlitewny. Cały Trzeci Świat opiera swoje funkcjonowanie na działalności małych przedsiębiorstw. Podążając ich śladem, upodobnimy się do „bazarowych” krajów arabskiego świata. Oczywiście tego biednego, nie posiadającego wielkoprzemysłowych roponośnych zagłębi. Nie ulega wątpliwości: indywidualna przedsiębiorczość jest ze wszech miar zdrowym, godnym poparcia zjawiskiem. Prowadzi do powstawania „warsztatów” pracy. Małe przedsiębiorstwa, drobny przemysł, rzemiosło i handel aktywizują zwłaszcza wiejskie rejony kraju. Jest to ważny czynnik rozwoju współdziałający w walce z bezrobociem. Jednak jego rola w naszym kraju na tym się kończy. Rozwój małych przedsiębiorstw powinien być traktowany jako ważny, ale nie jedyny czynnik w gospodarce. Przykładem jest rzemieślnicze zaplecze motoryzacji albo użytkowego sprzętu elektronicznego, które istnieje dzięki podstawowemu wielkiemu przemysłowi. Podobnie cała obsługa ruchu drogowego.

Mimo że małe przedsiębiorstwa w wielu krajach są najpoważniejszym źródłem narodowego dochodu, to ich istnienie warunkuje, jeżeli nie własny, to obcy wielki przemysł. Ich istnienie jest ważne również, bo współpraca różnej wielkości przedsiębiorstw daje znakomite wyniki techniczne. Podstawowy przemysł (duże firmy z zapleczem rozwojowym) dostarcza drobnym kooperantom technologię, dokumentację i wiedzę o wytwarzaniu w obsłudze podzespołów. W zamian wymagają doskonalenia jakości. W ten sposób dokonuje się sprawna selekcja poddostawców, wzrasta konkurencyjność wyrobów.

Należy jednak zdawać sobie sprawę, że w naszym kraju, mówiąc o małych i średnich przedsiębiorstwach, często traktuje się je w sposób oderwany. Małe przedsiębiorstwo, z racji swej natury, stwarza zatrudnienie dla ludzi o przeciętnych kwalifikacjach, nie wykazuje natomiast zainteresowania awangardową techniką. Nie dostarcza tematów dla ośrodków rozwojowych i wyższych uczelni. Nie angażuje zatem młodzieży o wysokich kwalifikacjach i ambicjach. Koncentrowanie uwagi społecznej na rozwoju wyłącznie małych i średnich przedsiębiorstw jest błędem.

ZAGRANICZNE INWESTYCJE W PRZEMYŚLE

Wobec katastrofalnego poziomu bezrobocia w kraju, każde zainteresowanie obcego kapitału budową zakładu przemysłowego wzbudza uzasadnioną społeczną nadzieję. Niestety, potem często słychać ubolewania nad kolejną rezygnacją poważnych koncernów przemysłu samochodowego z lokalizacji w Polsce zakładów produkcyjnych. Warto więc głębiej i krytycznie spojrzeć na istotę tej sprawy. Czym w istocie są dążenia potentatów przemysłu do lokowania zakładów poza własnym krajem?

Gdy spotyka nas zawód, szukamy przyczyn w panujących w Polsce warunkach: barierach przepisów i obowiązujących normach prawnych, nawet w warunkach transportu. Te czynniki odgrywają rolę, ale dla inwestora najistotniejsze są koszty robocizny. Koncerny poszukują lokalizacji produkcji tam, gdzie poziom pracowników jest dostateczny, a cena robocizny możliwie mniejsza niż we własnym, zwykle rozwiniętym kraju. Im uboższy kraj, potrzeby i aspiracje jego mieszkańców mniejsze, niższa stopa życiowa, tym niższe są zwykle wynagrodzenia. Prymitywniejsza gospodarka, mniejsze nakłady na opiekę społeczną, obronność, rozwój badań, edukację itp. Wszystkie te indywidualne i państwowe potrzeby zmniejszają koszty robocizny.
Dążenie firm do inwestowania w mniej rozwiniętych obszarach świata wiąże się czasem z problemem ochrony środowiska. Na przykład koncerny farmaceutyczne lokują produkcję fizjologicznie czynnych substancji chemicznych właśnie w krajach Trzeciego Świata. Związki te są silnie toksyczne, a ich wytwarzanie przemysłowe – niebezpieczne dla ludzi i środowiska. Za wyborem lokalizacji takich zakładów w słabo rozwiniętych rejonach przemawiają liberalne w tych krajach normy ochrony środowiska. Ten czynnik też obniża koszt robocizny. Tragicznym przykładem była w Indiach katastrofa zakładów chemicznych w Bhopalu. Profit kraju Trzeciego Świata z takich inwestycji ogranicza się do zyskania miejsc pracy. Ogromne źródło dochodów pozostaje w siedzibach koncernów farmaceutycznych.

Warto wskazać, że rozproszenie zakładów produkcyjnych ma inne jeszcze znaczenie. W przypadkach pogorszenia się sytuacji na światowym rynku, likwidacja albo redukcja produkcji w takich filialnych zakładach jest znakomitym „amortyzatorem”, łagodzącym oddziaływania zmian światowej koniunktury na rodzime firmy oraz gospodarkę ich krajów.

Z powyższych rozważań wynika, że Polska w walce o zagranicznych inwestorów nie jest i nie stanie się konkurencją dla Chin, Indii, Turcji czy innych krajów południowo-wschodniej Azji.

POSTĘP I TRENING

Najpoważniejszy potencjał rozwojowy nie tkwi w zasobach materialnych, lecz w wiedzy i umiejętnościach. Istnieje jednak warunek ich pozyskania i utrzymania: kadra pracowników naukowych i technicznych musi kontynuować nieprzerwanie twórczy wysiłek.

Czy można nabyć umiejętności np. konstruktora lub badacza bez własnego doświadczenia? Nasze czynniki gospodarcze są przekonane, że można, a jedyna i wystarczająca droga rozwoju, to nabywanie w renomowanych firmach gotowych, nowoczesnych technologii. Jest to mniemanie tak naiwne, jak przeświadczenie, że można zyskać szkolną wiedzę umiejętnie ściągając na klasówkach.

Jedynie własny, najczęściej z potknięciami i błędami, nowatorski wysiłek zapewnia osiągnięcie porównywalnego ze światowym sukcesu. Zastanawiające, że prawdę tę rozumie się i respektuje w praktyce edukacji dzieci i młodzieży, natomiast nasze czynniki gospodarcze unikają jak ognia własnych wysiłków.

Z dotychczasowych uwag można wyciągnąć opaczny wniosek, iż jestem przeciwnikiem współpracy zagranicznej i nalegam na zaniechanie zakupów licencji oraz produkcji wynikających z umów z zagranicznymi firmami. Nic bardziej fałszywego! Twierdzę, że prawidłowa koncepcja rozwoju powinna jednoczyć różne uzupełniające się formy działalności. Zarówno odcięcie od biernej współpracy z zagranicznymi firmami, jak i całkowite wyeliminowanie prac własnych, to poważne błędy. Ten drugi fatalny w skutkach błąd został już w Polsce popełniony.

Jeszcze jedna uwaga. Jakie powinny być koszty prawidłowo wykorzystanej licencji? Przyjęło się u nas zakładać, że ograniczają się one do zakupu dokumentacji i wszystkich innych kosztów, wynikających z umowy licencyjnej. Nie dociera do świadomości naszego nabywcy konieczność uruchomienia programu własnych badań, których celem jest odkrycie i zrozumienie „ukrytej prawdy” o nabytym wyrobie. Znaczy to konieczność takiego jego przebadania, które wydobędzie nieujawnione przez licencjodawcę informacje, a które zostały przez niego zdobyte w trakcie powstania i rozwoju wyrobu i są jego zazdrośnie strzeżonym kapitałem. Jeżeli ten człon kosztów zostanie uwzględniony, to okaże się, że wydatek efektywnego zakupu licencji może okazać się wielokrotnie większy.

EFEKTY SPOŁECZNE I EDUKACJA

Brak polityki rozwoju, obejmującej również naukę i technikę, daje się odczuć w pozaekonomicznej sferze gospodarki. Prawie znikła obfita przed laty prasa techniczna. Zastąpiły ją czasopisma o tematyce raczej hobbystycznej niż fachowej. Obserwujemy natomiast zalew ilustrowanych, nic nie wartych kolorowych pism. Wpływ mediów oraz spostrzegane przez młodzież malejące zapotrzebowanie na ambitnych, zdolnych do twórczej pracy absolwentów, powoduje stały spadek zainteresowania trudnymi kierunkami studiów. Obserwuje się niechęć do podejmowania kariery naukowej, zwłaszcza w technice, naukach ścisłych, przyrodniczych, również w medycynie. Wymownym dowodem na malejącą aktywność i zainteresowanie dziedziną techniki jest statystyka Urzędu Patentowego. W 1975 r. udzielono 6700 krajowych patentów, w 1985 – 3894, a w 2000 r. zaledwie 939.

Nawet stale redukowane instytuty i placówki badawcze odczuwają brak dopływu absolwentów. Instytut Fizyki Jądrowej w Świerku – twórca i producent nowoczesnej aparatury elektromedycznej – wkrótce zapewne, w wyniku uwiądu starczego, zakończy swoją działalność. W roku 1995 zatrudnienie w jednostkach badawczo-rozwojowych w dziedzinie techniki wynosiło około 37 tys. pracowników, ale w 2000 roku spadło do 29 tys.

Stale rośnie bezrobocie absolwentów wyższych uczelni. Warto jednak poznać strukturę kierunków ukończonych przez nich studiów. W roku 2002 liczba absolwentów wyniosła przeszło 342 tys., w tym 68 proc. to młodzi ludzie po studiach biznesu, zarządzania, ekonomii, nauk społecznych, administracji i prawa. Tylko 8 proc. to przyszli inżynierowie, a 2,2 proc. to lekarze.
Zdumiewa ponadto brak związku między emocjonalnym zainteresowaniem przyszłością naszego rolnictwa i stale malejącym zainteresowaniem młodzieży wyższymi studiami rolniczymi. Podczas gdy przeszło 19 proc. Polaków żyje z upraw ziemi i hodowli, tylko 1,9 proc. absolwentów to przyszli inżynierowie rolnictwa. Naszą gospodarkę rolną w Europie będą tworzyć urzędnicy, a nie technolodzy z tej dziedziny. Czy w tej sytuacji nasza konkurencyjność na tym polu jest możliwa?

Nawet w warunkach koniunktury gospodarczej przedsiębiorstwa wykazywać będą ograniczoną zdolność do zatrudniania ekonomistów, a nawet specjalistów od zarządzania. Również administracja państwowa, samorządowa i cała gospodarka nie zatrudni takiej liczby nowych urzędników. Oczekiwany wzrost zapotrzebowania na europejską administrację – kilka tysięcy dodatkowych osób – nie rozwiąże tego problemu. Wzrost pasożytniczej biurokracji jest, niestety, nieunikniony.

Polityka edukacyjna polega nie tylko na trosce o nauczanie na poziomie podstawowym, średnim i akademickim. Pojawia się bowiem pytanie, co dalej się dzieje ze społecznymi środkami, wydanymi na naukę młodzieży? Jak zostały przez naszą gospodarkę zdyskontowane?

Mimo nie najwyższego (jak słychać) poziomu naszej edukacji, ujawnią się na pewno wartościowe, ambitne jednostki. Nie znajdą one pracy w wysokiej klasy instytucjach rozwojowych, badawczych, zespołach konstrukcyjnych, laboratoriach, na pewno nie zostaną wykorzystane w naszych małych i średnich przedsiębiorstwach. Po prostu bez dalszego treningu utracą nabyte umiejętności i zapał. Zmarnują się albo wyemigrują, aby wzbogacać zamożnych i mądrzejszych.

Warto posłuchać głosu młodzieży. Poparcie wejścia do Unii Europejskiej tłumaczy, niestety, najczęściej właśnie nadzieją na emigrację zarobkową, czasem zaś perspektywą zaspokojenia swoich zawodowych ambicji.

Podsumowując: zaniechanie popierania ostatniego ogniwa edukacji, jakim są instytucje badawcze i rozwojowe, będzie skutkowało dalszymi stratami nakładów na kształcenie i zubażało nasz dochód narodowy.

MIEJSCE W UNII EUROPEJSKIEJ

Nasze wejście do UE jest historyczną koniecznością. Procesy integracyjne są charakterystycznym zjawiskiem dzisiejszej globalnej rzeczywistości, postępu technologicznego. Przeciwdziałają temu rozwojowi konflikty narodowościowe i emocje religijne. Oczywiście jednak, w im większym organizmie gospodarczym znajdzie się naród, tym korzystniejsza jego przyszłość. Sama przynależność do UE nie jest gwarancją sukcesu.

Stoimy wobec dwu różnych „teatrów”, w których rozstrzyga się nasza europejska przyszłość. Scena pierwsza – centralna polityka UE, w której dominuje idea federacji albo konferencji państw-członków, posiadających miejsca i głosy w parlamencie. Podobnie jak we współczesnym demokratycznym społeczeństwie, równość wobec prawa nie zapewnia faktycznej bytowej równości obywateli. Istotne nierówności wynikają bowiem z ich ekonomicznych pozycji. Analogia jest oczywista i chyba nie budzi wątpliwości.

Istnieje zatem druga „scena” – walki o miejsce w gospodarce Europy. Niestety, nasza pozycja wyjściowa jest kiepska. Dzieli nas od państw UE ogromny dystans w rozwoju gospodarczym. Nasz wskaźnik PKB na osobę jest znacznie niższy od tego wskaźnika w krajach Zachodu. O poziomie beztrosko zniszczonego przemysłowego i naukowo-technicznego potencjału już mówiłem.

Złudzeniem jest mniemanie, że naszą pozycję w Unii określą formalne reguły związane z członkostwem, np. liczba miejsc w parlamencie. W rzeczywistości o wszystkim rozstrzygać będzie ostra gra z wielkimi koncernami. Nie można mieć nadziei, że pod wpływem idei europejskiej potęgi te podzielą się z Polską swoim naukowo-technicznym dorobkiem, aby ułatwić nam dorównanie do swojego poziomu i zrezygnują z części swoich atutów.

Działalność i rola instytucji badawczych przestała być dziś jedynie zapleczem dla krajowych przemysłów. Ich funkcjonowanie nie jest już uwarunkowane istnieniem odpowiadającego im przemysłu w danym kraju. Dorobek naukowo-techniczny tych instytucji wszedł dziś na rynek światowy i stał się przedmiotem poważnej i bardzo dochodowej międzynarodowej wymiany handlowej. Ale wejście na ten rynek to poważne zagadnienie przede wszystkim dla rządu i państwowej administracji gospodarczej. Nasze instytuty są zbyt słabe. Czeka nas trudna, wymagająca wyobraźni i konsekwencji walka o uzyskanie i utrzymanie udziału w europejskim systemie rozwoju.

Odnoszę wrażenie, że podczas negocjacji w Brukseli tylko problem rolnictwa silnie pobudził zainteresowanie społeczeństwa. I wierzę, że zapewnienie czynnego udziału naszej nauki i techniki w systemie UE, to bodaj najważniejsza sprawa. Nie mam, niestety, dowodów na to, że świadomość tę posiadają nasi negocjatorzy.

 

Komentarze