Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 2/2004

Etyka w ustach władzy

Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Wielebny minister zdrowia, a zaraz po nim szanowny obywatel premier RP raczyli powiedzieć, że lekarze, którzy nie godzą się na podłe warunki zatrudnienia, dyktowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, działają przeciwko etyce lekarskiej. Do tego zarzutu nasi przywódcy włączyli parę dodatkowych pojęć z różnych parafii, a wszystko zgodnie z zasadą socjalistycznej socjotechniki, która zakłada, że w argumentacji należy używać takich środków, które odwracają uwagę od istoty problemu. Publiczność nie jest w stanie analizować tego, na czym się nie zna i co do czego nie ma wystarczających informacji. Publiczność więc uwierzyła.

Na te sposoby dają się nabierać nawet ludzie myślący. W tym wypadku sprawa była wyjątkowo łatwa do zrealizowania, bo w istocie zagadnienie jest skomplikowane i ma pięćdziesięcioletnie zaszłości. Prawie nikt nie ma pojęcia, na jakiej zasadzie działała i działa polska służba zdrowia, media zaś nie sprostały zadaniu informowania. Teraz, kiedy ustawa o NFZ została zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny, niewiedza w tej materii wychodzi na jaw ze szczególną ostrością. Już nikt nic nie wie, ale ofiara musi się znaleźć. Najlepiej więc powiedzieć, że zawinili lekarze, a to, że decyzja prawników uwypukliła ich racje, nie ma żadnego znaczenia, bo ob. premier mówił co innego. Słyszałem nawet zdanie, że lekarze nie umieli walczyć o swoje i stąd to wszystko. Kłamstwo na kłamstwie, błędne koło, czego skutki rzeczywiście skrupiły się na chorych. Lekarze są w potrzasku, a społeczeństwo jest przeciwko nim. I o to chodziło. Niech pozostanie wrażenie, że o służbie zdrowia decydują oni, a nie jakiś Bogu ducha winien rząd.

Przypomniały mi się słowa ministra zdrowia, towarzysza Jerzego Sztachelskiego z lat 60. Powiedział mianowicie, że lekarzom podwyżki się nie należą, bo sami sobie dadzą radę. Była to nieoficjalna, ale wyraźna zachęta do tworzenia drugiego systemu płacowego, opartego na łapówkach. Niby potępiano „czarną praktykę”, jednak w rzeczywistości liczono na to, że przynajmniej służba zdrowia nie będzie zgłaszała żądań płacowych i wymusi datki od pacjentów. Dość było kłopotów z górnikami, murarzami i hutnikami. Gdyby lekarze mimo wszystko zaprotestowali, w odwodzie zawsze pozostawał wykręt: odmawiają pomocy pacjentom, więc postępują niezgodnie z etyką. „Strajk lekarzy to zbrodnia” – oświadczył był inny ludowy minister zdrowia, towarzysz Barański. W tamtym systemie wszystko było możliwe. Sławny kardiolog prof. Zdzisław Askanas wystąpił nawet z przepowiednią, że w socjalizmie zniknie choroba wieńcowa i zawałów serca nie będzie, bo jest to przypadłość imperializmu. Retoryka droższa pieniędzy, jak by powiedział Pawlak z filmu „Sami swoi”.

Dzisiaj komuś zaczęły się mylić epoki i doszedł do wniosku, że etyka wciąż jest rozciągliwa, jak za dawnych dobrych czasów, a ewidentne błędy rządu można do niej wrzucać niczym do worka ze śmieciami. Warto zatem przypomnieć, że zawodowa etyka lekarska jest zbiorem norm dotyczących wykonywania zawodu i ani słowem nie wspomina o obowiązkach państwowych. O tym mówi natomiast etyka ogólna, którą kieruje się – jak wynika z definicji – ogół. Ale lekarz nie może postępować zgodnie z etyką ogólną, bo – jak wynika z wystąpień rządowych – jest lekarzem i obowiązuje go etyka zawodowa. Tego paradoksu nikt nie dostrzega i nie podnosi, że lekarz jest takim samym obywatelem, jak jego pacjent, ale i jak premier, a więc powinien mieć prawo działać tak jak oni. Nie może. Jest z etyki ogólnej wyjęty przez to, że ma etykę szczególną.

Tak będzie dopóty, dopóki będzie się szermować argumentami nieuprawnionymi, a zwłaszcza mieszać pojęcia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Sprawa organizacji służby zdrowia jest tak dalece zabagniona, że każdy kolejny ruch usprawniający będzie dodatkową komplikacją i nic nowego nie wniesie. Na początku lat 90. dr Wojciech Bociański na spotkaniu stowarzyszenia lekarzy uprawiających prywatną praktykę wystąpił z tezą, że jedynym słusznym ekonomicznie i moralnie systemem finansowania służby zdrowia w Polsce byłoby ubezpieczenie zdrowotne w pewnych szczegółach podobne do amerykańskiego. Na posiedzeniu tym był dr Marek Balicki, wówczas pierwszy zastępca ministra zdrowia i opieki społecznej, jednocześnie przewodniczący rządowego Międzyresortowego Zespołu ds. Reform Zabezpieczenia Społecznego i Systemu Świadczeń Zdrowotnych, który w ministerstwie nadzorował sprawy finansów, inwestycji oraz nauki i szkolnictwa wyższego. Imć pan dr Balicki nie zignorował tego projektu. Przeciwnie, zajął się nim bardzo chętnie, po to, żeby go butnie wyśmiać jako niedorzeczny.
Następcy Sztachelskiego i Barańskiego do dziś nie rozumieją, że komuna upadła i nie można do niej wracać. Obawiam się, że jednak czeka nas kolejna rewolucja, może tym razem mocno krwawa. Będzie ciężko. Oby lekarze ze swoją paraliżującą etyką nie byli po raz kolejny ofiarami rządowej retoryki.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze