Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 12/1998

Kapitalizm siermiężny
Poprzedni Następny

Nawet długie lata spędzone na rozwijaniu biznesu w warunkach wolnego rynku
nie zmieniają mentalności właściciela firmy garażowej
typu "szwagier z bratem".

Paweł Misiak

Fot. Stefan CiechanZ moim znajomym adiunktem P. rozmawiałem ostatnio o życiu i planach na przyszłość. Mając w pamięci jego niedawne narzekania na uczelnianą rzeczywistość zapytałem, dlaczego, będąc człowiekiem w pełni sił twórczych, a zarazem cierpiącym z powodu materialnej mizerii, nie spróbuje swych możliwości w dynamicznym sektorze prywatnym, jak się to teraz zwykło nazywać.

- Wykształcenie w dziedzinie nauk ścisłych daje znakomite przygotowanie do pracy w wielu różnych dziedzinach - argumentowałem. Pamiętam, jak wiele lat temu śp. profesor Kazimierz Kuratowski, jeden z najwybitniejszych polskich matematyków, opowiadał w audycji radiowej, że w Stanach Zjednoczonych co bardziej światli prezesi korporacji chętniej zatrudniają na stanowiskach menedżerskich matematyków czy fizyków (osobliwie teoretyków) niż ludzi z wykształceniem stricte menedżerskim.

- Niby dlaczego? - zdziwił się P.
- Bo naukowcy ściśli szybciej się uczą, myślą bardziej abstrakcyjnie, elastycznie, niestandardowo i nieschematycznie. Dzięki temu są w działaniach związanych z zarządzaniem czy np. marketingiem bardziej twórczy i efektywni - przypominałem sobie argumentację prof. Kuratowskiego.

- Może tak jest, czy raczej było, w Ameryce - odpowiedział P. - lecz w naszym kraju daleko nam jeszcze do takich subtelności w biznesie. Kapitalizm u nas zbyt jest niedojrzały.

I opowiedział mi historię swego kolegi, doktora K.

OD KAGANKA...

Wykształcony jeszcze w czasach ancien r?gime’u dr K. przez wiele lat pracował w uczelni, niosąc kaganek oświaty w studencką brać i wzbogacając światową naukę. W czasach realsocjalizmu czuł się w zasadzie nieźle. Miał sporo swobody (wyjąwszy polityczną, ale ta dziedzina niewiele go interesowała) i umiał to docenić. Z racji swojej specjalności uczestniczył aktywnie w międzynarodowym życiu naukowym, jeżdżąc a to na konferencje, a to na staże. Swoboda intelektualna, możliwość owych wyjazdów z zielonym paszportem (dla młodych czytelników: chodzi o dokument zwany paszportem służbowym) i parę innych szczegółów codziennego życia sprawiały, że czuł się członkiem swego rodzaju elity społecznej. Przy tym jego sytuacja materialna nie odbiegała od (dość ubogiej) normy, a dzięki kilkunastu dolarom zaoszczędzonym z diety delegacyjnej łatwiej było związać koniec z końcem i kupić parę książek więcej.

Wraz z naprawą ustroju sytuacja K. zaczęła się pogarszać. Wolność, także intelektualna, stała się czymś powszechnie dostępnym, więc przestała być przedmiotem pożądania i wyróżnikiem elitarności. Coraz trudniej było brać udział w życiu międzynarodowej wspólnoty naukowej, jako że wyrachowani, zachodni kapitaliści przestali tak chętnie płacić za uczestnictwo ludzi z naszej części Europy w konferencjach i sympozjach. Przestaliśmy być przez nich postrzegani jako prześladowani poddani komunistycznego reżimu. Staliśmy się w społeczności demokratycznej, co prawda niezbyt bogatymi, ale jednak krewnymi, którzy powinni sami się o siebie troszczyć.

W uczelni początki kapitalizmu objawiły się zażartymi walkami o dostęp do pieniędzy. Profesorowie i członkowie Akademii, rektorzy i dyrektorzy poświęcali większość czasu na załatwianie i organizowanie finansów na prowadzenie badań. W zespołach, których kierownicy, dzięki sile przebicia, układom i możliwościom, wygrywali w silnej konkurencji, zaczynały panować stosunki przypominające pierwotny, drapieżny kapitalizm. Szefowie, jak niegdysiejsi fabrykanci, trzymali kasę i pędzili młodych pracowników - akademicki proletariat - do ciężkiej pracy, czyli produkcji jak największej liczby publikacji. W zamian oferowali marne ochłapy - rzadkie dodatkowe honoraria, często pod warunkiem dopisania nazwiska szefa do listy autorów. Ba, znajdowali nawet uzasadnienie dla takiego postępowania. Twierdzili mianowicie, że w nowych warunkach ich rolą jest właśnie zdobywanie pieniędzy, niezbędnych skądinąd do prowadzenia badań, zatem jest to wkład w powstanie wyników równie ważki, jak sama praca naukowa.

Będąc naukowym proletariuszem dr K. postanowił nie angażować się zbyt mocno w całą tę grę. Zaczął liczyć i wyszło mu, że nawet gdyby harował do upadłego i produkował kilkanaście publikacji rocznie, nie podniesie swoich dochodów w znaczący sposób, a mając na utrzymaniu nieletnie latorośle czuł się zobowiązany do zapewnienia im przyzwoitego poziomu życia. Jął się więc rozglądać za innymi możliwościami uzupełnienia rodzinnego budżetu, przy jednoczesnym utrzymaniu wyników pracy naukowej na poziomie zapewniającym pozytywną ocenę okresową.

PRZEZ LITERATURĘ ...

Jako że jednym z ulubionych zajęć dr. K. było czytanie książek, głównie naukowych i popularnonaukowych z dziedziny własnej specjalności i pokrewnych, nierzadko w oryginale, a i językiem umie się posługiwać dość biegle, postanowił zarobić jako tłumacz. Mając znajomości w uczelnianym wydawnictwie zgłosił się ze swym pomysłem i został wysłuchany. Przetłumaczył kilka ciekawych pozycji, dostał dobre recenzje, ucieszył się zobaczywszy je na półkach księgarskich. Jednak mniej był zadowolony z kwot honorariów, które otrzymał w kasie. Przeliczył sobie godziny poświęcone na pracę nad dokonanymi przekładami i doszedł do wniosku, że nie są to kokosy. Ale sama praca podobała mu się. Popytał więc tu i ówdzie i dowiedział się, że są oficyny wydawnicze płacące o wiele wyższe stawki. Postanowił więc wypłynąć jako tłumacz na szersze wody.

Zwabiony reklamą w Internecie zgłosił się do pewnego młodego, prężnego wydawnictwa, specjalizującego się w nowoczesnej, dobrze sprzedającej się tematyce. W odpowiedzi dostał próbkę tekstu, która miała być testem na jego kompetencję. Przetłumaczył najlepiej jak umiał, zarywając kilka nocy, bo wyznaczony termin był dość krótki. Potem wysłał swoje dzieło i czekał z nadzieją na jakiś odzew. Nadaremnie.

Okazało się, że dał się wykorzystać w sposób opisywany już dawno temu na łamach prasy. Polega on na tym, że wydawnictwo chcące obniżyć koszty edycji, wysyła niewielkie fragmenty książki do wielu "kandydatów na tłumaczy", dostaje ich przekłady, po czym jedynie dokonuje redakcji tekstu w celu stylistycznego ujednolicenia. Książka taka ukazuje się bez nazwisk tłumaczy, jedynie z notką dotyczącą "redakcji edycji polskiej". Czysty zysk na honorariach dla tłumaczy.

Kiedy już się prawie zupełnie zniechęcił do pracy przekładowej i kontaktów z wydawnictwami - bo albo mało płacą, albo oszukują - niespodziewanie dostał propozycję od dużej, znanej oficyny. Postanowił raz jeszcze zaryzykować i tym razem mu się udało. Firma, choć prywatna, okazała się uczciwa a honoraria zadowalające. Dr K. odzyskał nieco dobrego mniemania o rzeczywistości, w której żyje.

...DO BIZNESU

Sytuacja w uczelni coraz bardziej go jednak mierziła. Dostrzegał coraz więcej intryg, niekompetencji, cwaniactwa a czasem wręcz głupoty. Studenci też zaczęli mu się widzieć jacyś inni niż dawniej - pragmatyczni w nieciekawy sposób. Interesowało ich wyłącznie zaliczenie ani trochę zaś przedmiot studiów. Dr K. przestał w nich dostrzegać partnerów intelektualnej aktywności. Zniechęcił się i do dydaktyki. Cóż mu zatem pozostało? Skoro nie znajduje już w uczelni tych wartości, dla których zgadzał się dotychczas żyć na niskiej stopie materialnej, cóż go tam trzyma?

Przygotował więc, według najlepszych wzorców, swoje CV, napisał list motywacyjny i zaczął przeglądać ogłoszenia o pracy. Wysłał przygotowane papiery na kilka adresów, odbył parę interview i w końcu zdecydował się na jedną z propozycji. Firma była stabilna, branża dynamicznie rozwojowa, a zaproponowany zakres obowiązków - znakomicie wykorzystujący jego zdolności wykazane w pracy nad tłumaczeniami. Posada była spokojna, dawała możliwość rozwoju zawodowego i intelektualnego, zespół współpracowników znakomity zarówno profesjonalnie, jak towarzysko. Charakter i klimat pracy okazał się bliski temu, co znał z uczelni i co przez wiele lat bardzo sobie cenił. A co najważniejsze - sens tej pracy, wyrażony w pieniądzach, o wiele przewyższał to, co mogło się dr. K. zamarzyć w uczelni.

K. pracował więc jako najemnik u kapitalistów i nie narzekał. Podniosła mu się stopa życiowa, miał sporą samodzielność, uczył się nowych rzeczy jeżdżąc na rozmaite kursy, na które wysyłała go firma. Czuł przypływ nowej fali energii życiowej.

Z początku drobne niedogodności firmowej codzienności ignorował całkowicie lub oceniał jako naturalne niedoskonałości w pracy całego mechanizmu. Z czasem jednak zaczął dostrzegać ich coraz więcej i coraz bardziej mu one doskwierały. Głębiej myśleć o nich zaczął, kiedy odbił się od ściany niemożności załatwienia dość oczywistych rzeczy. Najczęściej chodziło - rzecz jasna - o pieniądze. Jedna z charakterystycznych spraw dotyczyła... kosza na śmieci.

K. pracował w pokoju wraz z kilkoma innymi osobami. Pomieszczenie było dość przestronne, ale wyposażone tylko w jeden kosz na śmieci. K. stwierdził, że chodzenie do kosza i z powrotem kilkanaście a czasem kilkadziesiąt razy w ciągu dnia jest uciążliwe. Dlatego zgłosił odpowiednim służbom w firmie zapotrzebowanie na kosze do śmieci dla wszystkich pracowników w jego pokoju. Sprawa wydawała się prosta i oczywista. Jakież było jego zdziwienie, gdy został wezwany przed oblicze prezesa i przesłuchany na okoliczność zgłoszonego zapotrzebowania. Po wyjaśnieniu, że chodzi o prostą, acz codzienną niedogodność usłyszał, że trudno, ale tak, jak jest, musi pozostać, bo poczucie odpowiedzialności za firmę wymaga oszczędzania nawet w sprawach drobnych. K. nic nie odpowiedział, bo go z wrażenia zatkało. Z racji zajmowanego stanowiska dowiadywał się od czasu do czasu, jakimi sumami obraca firma, ile wydaje, czasem bez wielkiego sensu, na działania, które nie przynoszą żadnych korzyści.

K. wysnuł na własny użytek teoryjkę, którą potwierdzały potem coraz to liczniej obserwowane zdarzenia. Otóż pomyślał, że nawet długie lata spędzone na rozwijaniu biznesu w warunkach wolnego rynku nie zmieniają mentalności właściciela firmy garażowej typu "szwagier z bratem". Nawet kiedy firma staje się wielka, pewne nawyki pozostają. Może dlatego polski kapitalizm jest wciąż tak siermiężny, a przedstawiciele zagranicznych koncernów łatwo "kiwają" rodzimych biznesmenów?

Dr K. znów zaczął się frustrować. Przemyśliwa o zmianie pracy, czyli firmy. Na uczelnię raczej nie wróci, bo przywykł do wyższego standardu życia. Ale boi się, że nie tak łatwo znajdzie taką, w której nie napotka podobnych problemów.

- I po co mi tyle zachodu? - wywodził adiunkt P., kiedy już skończył swoją opowieść. Zmiana pracy to duży stres. W uczelni, co prawda, pieniądze małe, ale za to spokojnie, bezpiecznie a czasem nawet sympatycznie. Wolę się nachodzić pół dnia po różnych pokojach w uczelni i zebrać kilka pieczątek, żeby załatwić paczkę spinaczy, zamiast użerać się z rodzimymi kapitalistami bez szerszych horyzontów.

- Wkrótce Boże Narodzenie - kontynuował. Znowu uczelnia będzie rozdawała paczki świąteczne dla dzieci pracowników. Mój syn zawsze "odpalał" mi parę cukierków...

pm@atm.com.pl

Uwagi.