Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 12/1998

Najważniejsze zadanie
Poprzedni Następny

Rok Mickiewiczowski to wspaniała okazja, by odejść od kanonu.

Marek Piechota

Fot. Stefan Ciechan
Kałamarz Adama Mickiewicza
(Muzeum Literatury w Warszawie)

Jakie aspekty dzieła Mickiewiczowskiego wymagają podjęcia nowych badań?

Odpowiem nie wprost. Po pierwsze bowiem uważam, że najpilniejszymi przedsięwzięciami Mickiewiczowskimi są obecnie prace tekstologiczne i edytorskie: dokończenie Wydania Rocznicowego - w zamierzeniu redakcji edycji popularnej a zarazem krytycznej. Po drugie, zrealizowanie rzeczywiście krytycznej edycji na miarę końca wieku XX; jak pamiętamy, krytyczne wydanie Dzieł wszystkich pod redakcją Konrada Górskiego utknęło po ukazaniu się czterowoluminowego tomu I, zawierającego Wiersze w opracowaniu Czesława Zgorzelskiego (lata 1971-1986) oraz tomu IV - Pana Tadeusza w opracowaniu Konrada Górskiego (1969), od którego zdążył się on zresztą nieco zdystansować po burzliwej dyskusji z Wiktorem Weintraubem na łamach "Pamiętnika Literackiego" (por. wyd. Pana Tadeusza w Ossolineum, Wrocław 1989).

Po trzecie, wydanie rękopisów poety, spożytkowujące osiągnięcia francuskiej krytyki genetycznej. Dotychczasowe wydania fototypiczne autografów Mickiewicza nie pozwalają na przykład na odróżnienie poprawek ołówkowych w autografie Epilogu, przygotowywanego przez poetę do Pana Tadeusza, dokonywanych dość bezceremonialnie przez wydawcę z roku 1860, Juliana Klaczkę, i atramentowych - gęsim bowiem piórem zwykł był posługiwać się podczas wprowadzania poprawek sam Mickiewicz. Że jednak przygotowanie takiej właśnie, spełniającej wymogi edycji krytycznej i w tym zakresie - w ograniczeniu do Epilogu - edycji genetycznej, jest możliwe, utwierdza fakt pojawienia się znakomitego wydania Raptularza 1843-1849 Juliusza Słowackiego w opracowaniu Marka Troszyńskiego.

Po czwarte wreszcie, sądzę, że Mickiewicz zasługuje na poważne, krytyczne i nowoczesne zarazem opracowanie swej korespondencji - listów, które sam napisał, ale też listów, które otrzymywał. Tu z kolei wzorem, aczkolwiek nie bezkrytycznym, może być wydanie Korespondencji Juliusza Słowackiego w oprac. Eugeniusza Sawrymowicza (t. 1-2, Wrocław 1962).

Dopiero po zrealizowaniu tych przedsięwzięć można będzie spodziewać się nowego odczytania rzetelnie przygotowanej, nowej podstawy tekstowej. Wyciąganie daleko idących wniosków jako rezultatu najbardziej nawet wnikliwych studiów fragmentów, wyrwanych z szerszego kontekstu, zawsze grozi popełnieniem poważnego błędu, wynikającego ze zbyt wąskiej perspektywy, z dostrzegania logiki i harmonii rodzącej się w umyśle interpretatora, całkowicie niekoniecznie zaś sugerowanych przez zamiar twórczy poety.

Czy konieczna jest rewizja szkolnego kanonu Mickiewiczowskiego?

Na tak sformułowane pytanie trudno odpowiedzieć całkowicie bezstronnie, a nawet odpowiedź pozornie formułowana ex cathedra (załóżmy przez chwilę, że Redakcja "Forum Akademickiego", zapraszając do udziału w tej ankiecie, traktuje mnie jako autorytet) musi zawierać sporą dozę subiektywizmu, spowodowaną bardzo źle kojarzącymi się słowami "rewizja" i "kanon". Jeszcze chwila, a doczołgamy się do przeklętego terminu dydaktyki - "minimum programowe".

Marzy mi się, nie tylko w Roku Mickiewiczowskim, że oto - w nowych warunkach - zaczynamy kształcić nauczycieli, którzy garną się do tego zawodu z powołania (gdyż jest on otoczony szacunkiem społecznym, docenianym również finansowo przez Sejm i odpowiedzialne Ministerstwo), marzy mi się, że na filologię polską zdają kandydaci, świadomie wybierający ten kierunek, nie zaś "skazani" na te "gorsze" studia, gdyż nie wierzą, że bez znajomości matematyki mogą zostać genialnymi ekonomistami i bankierami, bez genialnej pamięci - tak potrzebnymi społeczeństwu prawnikami (listę tę można dowolnie wydłużać). Marzy mi się wreszcie, że nauczyciele, którzy już dość bezpowrotnie i beznadziejnie ugrzęźli w swym stanie, będą wreszcie mogli omijać owe "kanony" i "minima", że będą umieli (i chcieli) przekazać zachwyt, szacunek, które wynikają z wiedzy o dziele i biografii Mickiewicza, że będą mogli wpleść w swe lekcje sprzeciw wobec realizacji obowiązkowego kanonu lektur, upomnieć się o możliwość prowadzenia lekcji o tym, jak Różewicz (i za co?) ceni autora Pana Tadeusza. Toż do elementarnych chwytów poetów starożytnych i nowszych, Homera i Tassa, należało ukazywanie powabu kobiety nie przez bezpośredni opis jej urody, a przez wrażenie, jakie wywierała na oglądających ją mężczyznach!

Czemu powinny służyć obchody Roku Mickiewiczowskiego? Jakie jest ich najistotniejsze zadanie?

Rok Mickiewiczowski to wspaniała okazja, by odejść od kanonu. W mowie Tadeusza Różewicza, wygłoszonej podczas ceremonii nadania mu tytułu doctora honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego, wybitny nasz poeta współczesny spośród wielu Nauczycieli Poezji wyróżnił Mickiewicza. Nie tylko powtórzył niepopularne już od dawna zdanie Zygmunta Krasińskiego: "My z niego wszyscy", ale dodał jeszcze: Dla mnie, młodego poety, który czcił wielkich poetów zmarłych i żywych jak bogów, zbyt wcześnie stały się zrozumiałe słowa Mickiewicza o tym, że "trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę". (...) Kiedy myślę o poezji w ogóle, myślę o Mickiewiczu, kiedy myślę o poezji polskiej, myślę o Mickiewiczu. (...) A kochałem Mickiewicza tak, że żadna przywara, żadna śmiesznostka, żaden grzech nie miały wpływu na moje uczucie. Kochałem i kocham Mickiewicza "całego", kocham poetę i człowieka, któremu nic, co ludzkie nie było obce (pełny tekst przemówienia drukowała kwietniowa "Odra").

Nauczyciel powinien mieć prawo do prowadzenia zajęć w Roku Mickiewiczowskim i nie tylko, na podstawie mowy Różewicza, chociaż tego nie ma i pewnie nie będzie w żadnym "kanonie". Zresztą, dopóki kolejne rządy Rzeczypospolitej ("nasze" i "wasze", wszystkie w tej kwestii są zdumiewająco jednomyślne, bez względu na reprezentowaną opcję polityczną), będą płaciły swym nauczycielom dokładnie w takim samym stylu, w jakim płacił nauczycielowi Adamowi Mickiewiczowi rząd carski za pracę nauczycielską w Kownie, przedstawione wyżej marzenia akademickiego belfra są zwykłą utopią.

Żeby jednak nie skończyć w tak minorowym tonie, wypada zdać sprawę z tego, co profesor Uniwersytetu Śląskiego, poza "rocznicowym" udziałem w rozmaitych inauguracjach, obchodach, konferencjach naukowych (zebrało się tego sporo: i Kraków, i Grodno wraz z Nowogródkiem, i Wilno - a to dopiero półmetek!), co osobiście uczynił dla zmiany sytuacji, na którą tak narzeka. Nie wypada mi przypominać o wydaniu Dziadów części III. Z opracowaniem szkolnym (Katowice 1996) i Pana Tadeusza. We fragmentach z komentarzem. Dla uczniów, studentów i nauczycieli (Katowice 1997), bo to już rzeczy minione, wypada jednak wspomnieć o kończonym właśnie wraz z adiunktem w mym Zakładzie, kolegą Jackiem Lyszczyną, Małym słowniku Mickiewiczowskim. Poradniku dla uczniów, studentów i nauczycieli, przygotowywanym dla tego samego, katowickiego wydawnictwa - dla "Książnicy". I w tym przedsięwzięciu staramy się odejść od kanonu; obok haseł "poważnych", takich jak analizy poszczególnych utworów, nazwy miejsc, w których Mickiewicz przebywał lub chociaż bawił przejazdem (z wyjątkiem dla Warszawy, ale ujawnienie tego prowincjonalnego kompleksu umiemy uzasadnić choćby zrozumieniem dla uczuć Autora tekstu O krytykach i recenzentach warszawskich), obok imion bliskich Poety (rodziny, przyjaciół, znajomych), haseł historycznoliterackich (Aluzje literackie, Anachronizmy, Anegdoty, Arcydzieło, Arcydramat, Arcypoemat, Arcyserwis), pojawią się również hasła "zwariowane", w rodzaju: AA!!, Badylek, Ćma, Ćwiartka, Łeż, Łęg, Łzy, Natenczas, Qua, Źrenica. Łącznie nieco ponad 300 haseł, a może nawet więcej.

To dla nas z Jackiem w tej chwili najistotniejsze zadanie.

Dr hab. Marek Piechota, historyk literatury polskiego romantyzmu, jest kierownikiem Zakładu Historii Literatury Oświecenia i Romantyzmu Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Uwagi.