Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 12/1998

Rekolekcje i... sankcje
Poprzedni Następny

Rozmowa z prof. Andrzejem Górskim,
rektorem Akademii Medycznej w Warszawie

wpe28.gif (26858 bytes)
Prof. dr hab. med. Andrzej Górski (ur. 1946), immunolog, transplantolog, absolwent warszawskiej AM. Doktorat 1978, habilitacja 1978, prof. 1988. Członek PAU, członek korespondent PAN, konsultant krajowy w dziedzinie immunologii klinicznej. Od 1996 rektor AM w Warszawie.

16 listopada odbyła się w Warszawie międzynarodowa konferencja poświęcona uchybieniom etycznym w nauce. Badacze, zajmujący się tym zagadnieniem w Ameryce, Anglii, Francji, Niemczech, Danii i innych krajach, przedstawili nam swoje doświadczenia w zapobieganiu takim uchybieniom, zapoznali się z polską sytuacją w tym zakresie. Dyskutowano o potrzebie i szansach przestrzegania przez ludzi nauki norm etycznych. Prof. Andrzej Górski już po raz drugi zorganizował to spotkanie najlepszych znawców przedmiotu własnym staraniem i trudem.

- Poziom etyki w środowisku uczonych obniża się, czy też jest stabilny, ale niezadowalający? Dlaczego trzeba organizować spotkania i rozmawiać o tym?
- Istnieje tu analogia z wykrywalnością chorób. Mówimy czasem, że wzrosła zapadalność na jakąś chorobę, a być może częściej ją wykrywamy, m.in. dzięki większej świadomości społeczeństwa w zakresie profilaktyki, wczesnego leczenia itp. Konferencja, którą zorganizowałem, służy pobudzaniu wrażliwości i również podniesieniu poziomu świadomości, tj. znajomości norm, umiejętności rozróżniania między dobrem i złem, która to umiejętność nie jest doskonała.

- Czy większość nagannych postępków i zachowań bierze się właśnie z nieświadomości, czy też jest świadomym przekraczaniem norm?
- Oczywiście, że tym drugim. Czy można sobie wyobrazić, że "naukowiec", osławiony niedawno w mediach, który tłumaczył z angielskiego cudze prace i podpisywał swoim nazwiskiem, nie wiedział, co robi? Zdarza się, owszem, że jak piszę np. wstęp do pracy naukowej, to powtórzę, prawie dosłownie, trzy zdania z innej pracy, które zrobiły na mnie kiedyś duże wrażenie. Takie rzeczy bywają całkiem nieświadome, ale nikt nie nazywa tego plagiatem. W dobie Internetu wystarczy kilka minut, żeby zebrać wszystko, co w ostatnich latach na dany temat zrobiono, dzięki czemu powtórzenia albo istotne zbieżności można prawie całkiem wyeliminować. A są jeszcze recenzje i redakcje czasopism, do których posyła się prace.

- Czy można sobie wyobrazić sytuację, w której należałoby się wstrzymać z publikowaniem osiągniętych wyników? Jest to związane już nie z poziomem etyki ludzi nauki, ale z istotą badań.
- Wyobrażam to sobie w dziedzinie, powiedzmy, historii, nauk społecznych, ale nie chciałbym się wypowiadać o tym, na czym się nie znam. W mojej dziedzinie toczy się aktualnie dyskusja, czy badania nad tzw. xenotransplantami, czyli przeszczepami od zwierząt do człowieka, nie powinny być zawieszone albo opóźnione.

- Dlaczego?
- Istnieje obawa przeniesienia tą drogą jakiegoś niebezpiecznego dla człowieka wirusa, czego ewentualnych skutków na razie nie można przewidzieć. Być może jest to obawa płonna, ale właśnie o tym uczeni dyskutują. Odchodzimy jednak od tematu konferencji. W Polsce dzisiaj głównym problemem są rzeczy bardziej trywialne - plagiaty. I znowu... wykrywalność. Nie wykrywamy dotąd - lub tylko zupełnie sporadycznie - przypadków fałszowania wyników, zmyślania danych, tego, co burzliwie przetoczyło się w ostatnich latach przez Amerykę, Kanadę, Francję, Niemcy czy Włochy. Myślę, że fałszowanie wyników także się u nas zdarza. Sam pracuję w nauce już trzydzieści lat i pamiętam sytuacje bardzo pod tym względem podejrzane (mówię o naukach medycznych przede wszystkim).

- Znów spytam o przyczyny?
- Obok tak pospolitych, jak to, że komuś nie chciało się pracować, a wziął grant na badania, więc "wymyśla" sprawozdanie, żeby się rozliczyć, bywają i bardziej subtelne. Powiedzmy, że badacz ma kilkadziesiąt wyników, które układają mu się w całość, a jeden "odskakuje w bok". Istnieją metody statystyczne pomagające się uporać z takimi sprawami, ale istnieje też pokusa, żeby ten nie pasujący wynik po prostu pominąć. Jest to dylemat angażujący sumienie. O tym także za mało mówimy w środowisku naukowym.

- Jak jest w innych krajach? Czy istnieją wspólne standardy?
- Najbardziej podstawowe normy są, oczywiście, wspólne - to jest dziesięcioro przykazań. Okazuje się, że powtarzanie dekalogu nie wystarczy, w nauce również. Potrzebne są odpowiednie służby do wykrywania konkretnych przypadków naruszenia norm, do ich rozpatrywania i odpowiednie za to sankcje. Różne kraje różnie to rozwiązują, jednak bardziej, na ogół, profesjonalnie niż my dotąd. Uważam, że w Polsce powinna powstać jakaś organizacja albo nawet instytucja zajmująca się sprawami etyki w nauce.

- Jakie sankcje mogłaby stosować?
- Mogłaby np. postulować, żeby ktoś, kto popełnił plagiat albo sfałszował wyniki, nie otrzymał grantu przez ileś lat, jak to jest w Ameryce. Poza tym powinna informować o przewinieniu placówkę, gdzie dany badacz pracuje.

- Jaka jest rola opinii środowiska?
- Środowisko naukowe jest zbyt liberalne i permisywne. O brzydkich sprawkach się nie mówi albo mówi półgębkiem, a kiedy już wyjdą na jaw, zaczyna działać fałszywa solidarność, która każe sprawę tuszować. W Europie i świecie jest to jak najgorzej widziane. Jeśli owej fałszywej solidarności nie przezwyciężymy, nasze połączenie z Europą oddali się i trudno nam będzie uzyskiwać pieniądze na badania od wspólnot europejskich. Niestety, nie da się poprzestać na apelach i moralizowaniu. Przestrzeganie norm moralnych w naszym środowisku trzeba "zinstytucjonalizować". Trzeba od wykroczeń po prostu skutecznie odstraszać. Myślę, że jest to szczególnie ważne w kraju, gdzie nakłady na naukę są bardzo niskie i żadnej złotówki nie godzi się zmarnować. Nie powinno się zdarzyć, byśmy my, podatnicy, płacili za plagiaty.
Rozmawiała

MAGDALENA BAJER

Uwagi.