Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 12/1999

Lepsza, gorsza czy byle jaka?
Poprzedni Następny

Zjawisko naukowego banału nie jest jakimś fenomenem marginesowym, ale stało 
się obecnie czymś typowym. Banał nie pojawia się w nauce jako efekt uboczny 
procesu poznawczego, ale jest zamierzonym wynikiem zabiegów naukowych.

Marian Grabowski

 


Rys. Piotr Kanarek

Głupiec bowiem łudzi się, że posiada rozległą wiedzę, ale w rzeczywistości nie potrafi skupić uwagi na sprawach istotnych. Ten cytat z papieskiej encykliki Fides et ratio jest trafnym skrótem zarówno mojej książki Istotne i nieistotne w nauce, jak i tego, co chciałbym tutaj powiedzieć. Po pierwsze, cytat wskazuje na swoistą strukturyzację wiedzy naukowej. Wiedza nie jest równocenna w sensie treści, które przynosi. Są tu rzeczy ważne i drugorzędne. Są sprawy istotne i banalne, kluczowe i szczegółowe. Okazuje się, że istnieje coś takiego, jak jakość wiedzy. Po drugie, do tego rozwarstwienia aksjologicznego, obecnego w gromadzonej przez nas wiedzy, można się rozmaicie odnosić. Można je uznawać lub ignorować. Istnieje swoisty wymiar głupoty związanej z poznaniem, gdzie tego rozwarstwienia się nie dostrzega. O tej głupocie i związanych z nią niebezpieczeństwach poczynię kilka uwag w drugiej części artykułu.

WIEDZA BEZ WARTOŚCI

U końca XX wieku stajemy wobec fenomenu kultury masowej, a w jej ramach także wobec działalności naukowej, którą ta masowość dotyka. Zarówno liczba ludzi aktywnych naukowo, jak i ilość gromadzonej wiedzy, osiągnęły niespotykane w historii ludzkości rozmiary. Często dopiero skala zjawiska odsłania problem. Masa gromadzonej obecnie w nauce treści uwyraźnia pytanie o jakość wiedzy naukowej. Czy istnieje właściwa proporcja między ilością i jakością wiedzy naukowej?

W mojej książce wyraziłem przypuszczenie, że ze wzrostem ilości „naukowej produkcji” pogarsza się jakość wiedzy. Napisałem, że zjawisko naukowego banału nie jest jakimś fenomenem marginesowym, ale stało się obecnie czymś typowym. Publikuje się coraz więcej i w tej rosnącej masie znacząco rośnie procent prac marnych, które nie przynoszą poznawczego zysku, a tylko zwiększają szum informacyjny. Banał nie pojawia się w nauce jako efekt uboczny procesu poznawczego, ale jest zamierzonym wynikiem zabiegów naukowych.

Tezę taką postawiłem po blisko dwudziestu latach funkcjonowania w ramach fizyki teoretycznej. Od lat ośmiu obracam się w środowisku humanistycznym i zebrane tutaj doświadczenia tylko tę tezę potwierdzają i radykalizują. W tym środowisku można prosperować nie zaznając nieprzyjemnego uczucia, jakie towarzyszy lekturze recenzji, z której dowiadujemy się, że nasza praca wprawdzie nie zawiera błędów, ale jest nieciekawa, nietwórcza i nieistotna. Nierzadko drukuje się tutaj wszystko, co zostało napisane.

Nie będę dalej sam wyostrzał mojej tezy, zrobię to cudzymi ustami. Zacytuję zdanie z listu, jaki otrzymałem od jednego z polskich matematyków, który postanowił podzielić się ze mną swymi uwagami po lekturze mojej książki. Pisze on: Imitowanie czynności naukowych jest dla profesora po pięćdziesiątce żadną sztuką, jeśli mu nie przeszkadzają w tym jakieś zasady wyższe.

Mojego przypuszczenia o narastaniu zbędnego przyczynkarstwa w nauce z pewnością nie zaakceptuje ktoś, kto żyje przeświadczeniem, że każda wiedza, byleby nie była błędna, jest wartościowa. jest to niezwykle silne przeświadczenie. Od starożytności greckiej po oświeceniowy mit żyjemy w kręgu dogmatu, że wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć, że wiedza jest niewątpliwym dobrem człowieka, że każdy jej okruch ma niezbywalną wartość samą w sobie. W tym przeświadczeniu wartość wiedzy zostaje zabsolutyzowana. Na tym przesądzie opierają się protesty wobec próby wartościowania jakości wiedzy, rozróżniania na wiedzę istotną i nieistotną. Tymczasem istnieje wiedza bez wartości, wiedza, która jest dostępna, daje się ją zyskiwać, gromadzić, tyle że nie warto tego robić.

KRYTERIA WYBORU

Gdzie jednak przebiega granica pomiędzy tym, co poznawać warto, a tym, na poznawanie czego szkoda czasu? O tym, że taka granica gdzieś istnieje, przekonuję się na radach wydziału przysłuchując się tematom prac doktorskich. Często wtedy żal mi młodych ludzi, którym zaleca się spędzanie kilku lat życia na gromadzeniu wiedzy o niczym, wiedzy nikomu niepotrzebnej, nieużytecznej w poznawczym procesie, a ich samych wcale nie rozwijającej.

Przekonanie o cenności jakiejkolwiek wiedzy – byle zebranej według naukowych standardów – przekonanie, że działalność naukowa jest zawsze wartościowa, uważam za fałszywe i szkodliwe. To przekonanie, które wielu z nas podziela, jest nieuświadomionym milczącym założeniem. Stoi ono także za poglądem, z którym się zetknąłem, że nie istnieje problem jakości wiedzy, a tylko kłopoty z jej gromadzeniem. Każda wiedza jest cenna lub może taką się stać. Gdyby udało się znaleźć wystarczająco pojemne i łatwo dostępne nośniki informacji, zniknie kłopot związany z nadmiarem informacji. Tymczasem, gromadząc wiedzę musimy ją porządkować, hierarchizować. Poza tym zawsze zostaje problem wyboru. Wybieram to, czego chcę się nauczyć i to, co chcę poznawać. Wybór ten idzie po linii zainteresowań, zdolności, ale jest równocześnie nie tylko wyborem tego, co uważam za interesujące, za dostępne dla moich uzdolnień poznawczych, ale jest też wyborem, w który ingeruje kategoria doniosłości, ważności, istotności, czy jak ją nazwać. I tego wyboru bądź późniejszej oceny pracy w ramach kryteriów: oryginalne, powtórzone, doniosłe, głębokie, nie sposób uniknąć. On jest empirycznym dowodem na istnienie jakości wiedzy. Takim samym dowodem są wszelkie nagrody za wybitne osiągnięcia: np. nagroda Nobla, medal Fieldsa. Za tym systemem ocen tkwi coś bardziej podstawowego – skala wartości określających jakość wiedzy, która rozciąga się pomiędzy opozycjami doniosłe – błahe, wyróżniające się – mierne. Te wartości są trudne do opisu, nie mamy żadnych pisanych reguł ani kryteriów ich używania, ale według skali tych wartości oceniamy w recenzji niemal każdej pracy na kolejny stopień naukowy czy też recenzując artykuły do czasopism naukowych, projekty grantów badawczych.

Czy robimy to wystarczająco świadomie, konsekwentnie? Czy robilibyśmy to także wtedy, gdyby w czasopiśmie było wystarczająco dużo miejsca, by wydrukować wszelkie materiały nadesłane, jeśli tylko nie zawierają one błędu, gdyby było dość pieniędzy, by sfinansować wszystkie projekty badawcze?

ESKSTREMUM NA SKALI

I uwaga ostatnia dotycząca jakości wiedzy. Tak jak maksymalnie negatywne notowanie na skali jakości wiedzy ma banał naukowy, tak maksymalnie pozytywne miejsce wyznaczają wyniki badawcze najwybitniejszych uczonych w dziejach ludzkiej działalności poznawczej. Ta rozpiętość bywa bolesna, gdy zaczyna się samoocena. Kategoria jakości wiedzy ma to do siebie, że gdy już uświadomimy sobie jej istnienie, wtedy zmusza do samooceny. Pytamy więc siebie: jaką jakość mają moje wyniki naukowe? Przykłady reakcji na to pytanie szeroko opisuję w mojej książce. Tu wskażę tylko na dwa bardzo charakterystyczne momenty.

Pierwszy: ponieważ możliwe jest odkrycie doniosłe, genialne, więc nie mogę nie oceniać swoich wyników stroniąc od porównania ich z tym, co kluczowe, co jest zasadniczej wagi w mojej dyscyplinie. Nie każdy rodzi się Einsteinem, ale wyniki poznawcze każdego leżą w określonej odległości od najdonioślejszych wyników w danej dyscyplinie naukowej. Podobnie nie każdego stać na zachowania heroiczne, ale jakość etyczną jego czynów należy rozpatrywać na całej skali ocen etycznych, rozciągającej się od heroizmu do bestialstwa. Nie można widzieć swoich cnót i wad moralnych na skali, z której usunięto wspomniane ekstrema. Tak samo nie można oceniać przeciętnych wyników poznawczych zapominając o wynikach prawdziwie odkrywczych i głębokich. Nie jest więc przesadą ocena naszych naukowych wytworów w takiej perspektywie, chociaż wytrwać w niej może niełatwo.

Moment drugi: niezwykle trudno jest przyznać, że ma się udział w produkcji naukowego banału. Człowiek broni się przed tym, bo to stawia pod znakiem zapytania sensowność własnego losu. W końcu dorobkiem naszego życia jest ileś publikacji, książek i takie radykalne pytanie siebie o siłę oddziaływania wytworów własnego ducha na innych wymaga odwagi. Tym bardziej, że zakres tego oddziaływania zwykle jest niewielki, a przejęcie idei, dalsze twórcze wykorzystanie uzyskanych wyników przez kontynuatorów jest zazwyczaj bardzo skromne, jeśli w ogóle ma miejsce. A życie na ich zdobywaniu minęło.

IMIONA GŁUPOTY

W mojej książce próbowałem scharakteryzować niektóre typy wytwórców uczonej bzdury. Dzisiaj chętnie dodałbym do nich jeszcze jeden rodzaj. Jest to typ, o którym mówi cytat wyjęty z Fides et ratio. Istnieje rodzaj głupoty, który ujawnia się dopiero wtedy, gdy przyglądać się sposobowi poznawania świata z perspektywy wyznaczanej przez opozycję istotne – banalne.

Głupota niejedno ma imię. By ją jakoś opisać, trzeba najpierw odróżnić głupotę od niewiedzy. Głupcem nie jest ten, kto nie wie. Głupi nie umie czegoś poznać, brak mu zdolności, talentu, ale przez to nie staje się jeszcze głupcem. W tym sensie głupie jest dziecko, ale nie jest głupcem. Z pewną ślepotą, niewydolnością intelektualną, bezradnością poznawczą musi stowarzyszyć się jakaś moralna skaza, zachowanie fałszywe aksjologicznie, by głupi stał się głupcem. Święty Augustyn w Dialogach filozoficznych pisze mocno, że „głupotą jest występna niewiedza”. Znamy na przykład taki typ głupoty, w której wyraźna słabość umysłu łączy się z zadufaniem, co do własnych możliwości poznawczych. Innym rodzajem głupca jest człowiek dość ograniczonej wiedzy odgrywający rolę mędrca. Jeszcze inna odmiana głupoty pojawia się, gdy niewiedza prowadzi do lekceważenia wiedzy, manifestuje się niechęcią do niej. Głupców charakteryzuje wyraźna ograniczoność poznawcza połączona z przekonaniem o własnej ponadprzeciętnej sprawności intelektualnej, trafności osądu i niewłaściwy stosunek do wartości wiedzy.

Jak wygląda ten rodzaj głupoty, którą odsłania świadomość zróżnicowania jakości wiedzy naukowej? Wspomniałem już, że można spotkać wielu uczonych, którzy funkcjonują tak, jakby to zróżnicowanie nie istniało. Wszystko z etykietką „naukowe”, wszystko opatrzone atestem „zgodne z metodą naukową” jest przez nich pozytywnie wartościowane. Jakość wyników poznania w sensie powyżej opisanym zostaje tu przegapiona, niedoceniona. Ten fałszywy stosunek do wartości wiedzy otwiera szeroko drzwi nauki dla ludzi przeciętnie uzdolnionych. W postawie tych ostatnich przekonanie o własnym znaczeniu, przejęcie się rolą uczonego stowarzysza się często z żadnym albo bardzo miernym talentem badawczym wytwarzając swoistą postać nadętego głupca.

Umysłowości encyklopedyczne. Natykamy się wśród uczonych na ludzi, którzy zgromadzili imponującą swymi rozmiarami wiedzę. Ale cóż z tego? Ta wiedza nie jest w żaden sposób ustrukturalizowana według jakiejś hierarchii ważności. Jest po prostu zapamiętana i powielana. Wszystko jest tu równie wartościowe, równie warte. W efekcie nie umie się wybierać, skupić uwagi na tym, co wiąże. Jest to dobrze widoczne, gdy przyglądać się publicznym wystąpieniom wielu uczonych. Rzucają się posłusznie na często nieważny detal podsunięty przez dziennikarza i zaczynają go obrabiać według swojej metody. Nie dość na tym, że dają sobą manipulować, że to nie oni wybierają, ustawiają problem, to jeszcze nudzą maniakalnie drążąc podsunięte przez dyletanta głupstwo. Jednym z powodów tego przysłowiowego już nudziarstwa ludzi nauki jest właśnie brak preferencji w wyborze tematyki, traktowanie wszystkiego jako równie znaczącego, równie wartego naukowej obróbki.

Ilu jest ekspertów, którzy choć w swej specjalności wiele wiedzą, a jednak już w swojej dziedzinie są praktycznie bezradni, a cóż dopiero w obszarze refleksji nad samą metodą, jej paradygmatami, nad nauką, jej miejscem, możliwościami i ograniczeniami. Ta intelektualna bezradność poza wąskim obszarem swojej specjalności, analfabetyzm w sprawach ogólnych, publicznych, egzystencjalnych, światopoglądowych, religijnych, jest wspólną biedą uczonych. Ona sama kreuje uczonego głuptasa, ale jeszcze nie głupca. Ten pojawia się dopiero wtedy, gdy z tym brakiem skupienia uwagi na sprawach ważnych, z żenującą nieumiejętnością wyboru tego, co istotne, łączy się zarozumialstwo, owo: wiem lepiej z definicji, bo jestem uczonym.

WYMARŁY GATUNEK

Przeciwieństwem wiedzy jest niewiedza, przeciwieństwem głupoty mądrość. Ostatnio przeczytałem wstęp, który napisał Mikołaj Kopernik do swojego dzieła O obrotach..., jego słynną dedykację dla papieża Pawła III. Nie potrafiłem wyjść ze zdumienia nad jego wiedzą dotyczącą mechanizmów uznawania i dezawuowania cudzych osiągnięć, nad jego prostotą i uczciwością, nad jego – nie waham się użyć tego słowa – mądrością. Był zarazem uczonym i mędrcem. Należał do gatunku dzisiaj niemalże wymarłego. My bowiem mamy wiedzę, ale nie nabywamy dzięki niej mądrości. Mało tego. To, co zawsze było przedmiotem mądrości, czynimy przedmiotem wiedzy i tak oto tracimy szansę na zdobycie mądrości. Nie umiemy wiedzieć. Ten, kto umie wiedzieć, kto dba o tę skalę ważności, kto umie skupić się na rzeczach istotnych i abstrahować od nieistotnych głupstw, jest na dobrej drodze, by zostać mędrcem.

Jak się bronić przed tym rodzajem natrętnej głupoty, która nie wyłapuje subtelności, a coraz widoczniej panoszy się w nauce? Kopernik w przywołanym adresie do Pawła III zastanawia się, czy nie powinien utaić swoich wyników, jak niegdyś taili swe wyniki pitagorejczycy. Pisze: A robili to, moim zdaniem, nie przez jakąś zazdrość, by nie udzielić swych nauk innym, jak to niektórzy przypuszczają, lecz dlatego, żeby tych najpiękniejszych rzeczy, będących owocem długich i mozolnych badań wielkich ludzi, nie narażać na poniżenie i wzgardę ze strony takich, którzy albo żałują nakładu uczciwej pracy na wszelką naukę nie przynoszącą zysków, albo jeżeli nawet za namową i przykładem innych nabiorą ochoty do szlachetnej nauki filozofii, tępy mają umysł i plączą się między prawdziwymi uczonymi jak trutnie między pszczołami.

Jeden z moich kolegów, socjolog, zadał sobie trud i sprawdził w naszym uniwersyteckim Who is who sposób wypełnienia rubryki zatytułowanej „najważniejsze osiągnięcia badawcze”. Zauważył, że 3/4 osób punkt ten w ogóle pominęło, jednocześnie przytaczając pod hasłem „najważniejsze publikacje” długie kolumny tytułów. O czym więc donoszą te publikacje? Co ciekawsze, punkt ten pomijali najczęściej profesorowie a nie młodzi pracownicy naukowi. Czy więc rozwiązujemy problemy, czy też tylko pozorujemy aktywność badawczą? Co jest przyczyną tego stanu rzeczy: skromność, czy brak zrozumienia, na czym polega działalność naukowa?

Wydaje mi się, że ani jedno, ani drugie. Po prostu w głębi duszy mamy świadomość, że zgromadziliśmy i wyprodukowaliśmy trochę naukowego śmiecia, którym nie ma się co chwalić, trochę wiedzy ani lepszej, ani gorszej, wiedzy zasadniczo poznawczo bezowocnej, bo po prostu byle jakiej, chociaż zebranej zgodnie z obowiązującymi kryteriami. Ta wiedza z jakichś względów była może ważna dla nas, ale obdarować nią kogoś, liczyć na to, że coś więcej z niej wyniknie, czymś zaowocuje – nie sposób. I w chwili uczciwości rubrykę pozostawiamy pustą.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ani w mojej książce, ani w tej wypowiedzi nie piszę paszkwilu na naukę, na uczonych. Zbyt sobie cenię to, w czym dane jest mi uczestniczyć. Takie postawienie sprawy bierze się z przekonania o wyjątkowej wadze poznania naukowego. Naprawdę martwi mnie „psucie się” nauki, jej degradacja, której tylu nie widzi spoza rosnącej góry publikacji, spoza coraz większych gremiów osób zaangażowanych w przygodę, jaką jest współczesna nauka.

Dr hab. Marian Grabowski, prof. UMK, fizyk i filozof, pracuje w Instytucie Filozofii UMK w Toruniu.

Uwagi.