Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

Perypatetyka wiosenna
Poprzedni Następny

Czy któryś z kolegów profesorów, adiunktów, asystentów mógłby
zostać Lepperem polskiej nauki, pociągnąć za sobą masy naukowców
i namówić do blokowania newralgicznych ulic?

Paweł Misiak

Fot. Stefan CiechanOd zamierzchłych czasów ludzkość interesowała się zjawiskami przemian pór roku, przynajmniej na zbliżonych do naszej szerokościach geograficznych. Zmiany te wpływały bowiem na wiele aspektów życia, szczególnie w dziedzinie uprawy roli. Rozwój czy też postęp cywilizacji w coraz większym stopniu uniezależnia jednak nasze życie od wpływów środowiska. Dochodzimy do stanu, gdy powszednio zapracowani i zabiegani odkrywamy z niejakim zdumieniem, że oto znowu drzewa są zielone, po łąkach skaczą żaby a dziewczęta odsłaniają swe naturalne wdzięki. Mamy wrażenie, że stało się to nagle, w ciągu jednej nocy.

ŚWIEŻE POWIETRZE

Takie „błyskawiczne” nadejście wiosny przydarzyło się ostatnio adiunktowi P. Pochłonięty pracą i innymi obowiązkami nie zwracał uwagi na stan pogody, roślinności ani odzienia studentek. Wyjechawszy jednak na odbywającą się w górach konferencję miał, wbrew pozorom, kilka chwil tylko dla siebie – na rozejrzenie się wokół i niespieszną refleksję. Skonstatował tedy z niejakim zdumieniem, że może przebywać na świeżym powietrzu dłuższy czas (wyznaczony końcem obiadu i początkiem sesji popołudniowej albo wymiarem czasu przydzielonego referentowi, o którym P. z góry wiedział, iż będzie nudził) nie wkładając czapki ni rękawiczek, bez narażania się na przemarznięcie czy przeziębienie. Usłyszał nawoływania ptaków, zobaczył pierwsze zielone pędy trawy, a nawet nieśmiałe zawiązki liści na gałęziach krzewów rosnących na południowych stokach.

Spacerował zatem rozkoszując się świeżym powietrzem i nieśmiałymi objawami wiosny, pozwalając, by myśli swobodnym strumieniem płynęły przez świadomość. Kolejny raz w życiu poczuł, jak głęboką rację miał Arystoteles tworząc szkołę perypatetyczną. U wielkiego Stagiryty – myślał – przechadzka wywoływała zapewne podobne pobudzenie intelektu.

BIURKO NA DRODZE

Na podwórku mijanego gospodarstwa dostrzegł opartą o ścianę bronę. Po jej wyszczerzonych do słońca zębach skakał, głośno ćwierkając, nastroszony wróbel. Widok ten natychmiast wywołał w pamięci P. obrazy z bronami w roli głównej: pamiętne zimowe blokady na drogach. Miał z nimi osobiste, dość nieprzyjemne doświadczenia. Otóż, wracając kiedyś nocą z delegacji do stolicy zmuszony został do kluczenia bocznymi, nieznanymi sobie drogami, wśród szalejącej za oknami samochodu śnieżycy, bez gwarancji, że dotrze przed rankiem do domu. Zastanawiał się wówczas, czy można by przenieść, mutatis mutandis, tego rodzaju działania na grunt środowiska akademicko-naukowego. Zadał sobie pytanie: czy któryś z kolegów profesorów, adiunktów, asystentów mógłby zostać Lepperem polskiej nauki? Nie brakuje w tym gronie różnej maści oszołomów, ale czy któryś z nich ma wystarczająco silną charyzmę, by pociągnąć za sobą masy naukowców i namówić do blokowania newralgicznych ulic miasta w proteście przeciw zbyt niskim nakładom budżetowym na naukę i niewłaściwej polityce rządu w tym względzie. Środki protestu to nie problem. Zamiast bron i traktorów można użyć własnych narzędzi pracy – biurek i stert papierów. Co prawda biurka są własnością uczelni i instytutów, pośrednio więc podatników, lecz przy odrobinie dbałości nie powinny być narażone na zniszczenie. A nawet gdyby, to społeczeństwo, przekonane do słuszności protestu, nie miałoby nam za złe drobnych szkód materialnych. Przekonać zaś ogół obywateli może ktoś, komu ludzie ufają w tym samym stopniu, co na przykład premierowi. Gdzie kogoś takiego znaleźć?

BEZ REWOLUCJI

Oto jeden z elementów demokracji – można protestować i czasem coś wywalczyć. Jednak może lepiej po prostu wybrać taką władzę, która spełni nasze oczekiwania? To pytanie stało się szczególnie aktualne pod koniec tegorocznej zimy z racji wyborów rektorskich w uczelni. P. nie śledził zbyt pilnie kampanii wyborczej. Na podstawie docierających doń wieści nie spodziewał się jednak rewolucji. Przeczucie to potwierdziło się w pełni, berło uczelnianej władzy pozostało bowiem w tym samym ręku. Grono elektorów najwyraźniej wybrało zachowanie status quo w trudnych czasach.

Akt wyborczy skojarzył się natomiast adiunktowi P. z koniecznością podjęcia decyzji w innej dziedzinie – ubezpieczeń społecznych. Będąc w odpowiednim wieku P. może wybierać pomiędzy różnymi filarami. To jeden dylemat. Jeśli wybierze rozwiązanie komercyjne, pojawi się następny: który fundusz emerytalny? Na szczęście czasu na rozstrzygnięcie wątpliwości i dokonanie wyboru jest sporo – jeszcze całe trzy pory roku. Spokojnie można zebrać różne informacje, wysłuchać opinii i przemyśleć całą sprawę. Resztki zimowego pesymizmu podpowiadają jednak P., że zapewne po raz kolejny sprawdzi się starożytne (podobno) powiedzenie: „Cokolwiek zrobisz, będziesz żałował”.

PTAKOWIE NIEBIESCY

Emerytura znaczy pieniądze. Oddychając pełną piersią górskim powietrzem, ciesząc się słońcem i objawami nadchodzącej wiosny P. zadumał się nad tym, jak wiele czasu i wysiłku poświęca na walkę o pieniądze, skądinąd konieczne do życia i utrzymania rodziny. Pensja uczelniana jaka jest, każdy widzi. Dla obserwatora z krajów bardziej rozwiniętych wygląda to czasem tak, jakby rząd konstruując budżet w odniesieniu do nauki (także oświaty, kultury itp.) brał sobie zbytnio do serca ewangeliczną uwagę o ptakach niebieskich, co to nie sieją i nie orzą... Ciekawe, że podejście takie jest bardzo zbieżne z poglądami części społeczeństwa (o czym P. niejednokrotnie przekonał się osobiście, rozmawiając z przygodnie spotkanymi ludźmi) na rolę i miejsce naukowców. Można by pewnie zaryzykować stwierdzenie, że jest to powszechne mniemanie uczestników lepperowskich blokad. Jeśli więc myśleć o blokowaniu ulic w walce o poprawę bytu nauki polskiej i jej przedstawicieli, trzeba wziąć pod uwagę konieczność przeciwstawienia się tamtej grupie blokujących. Niewątpliwie interesy rolników i naukowców, czy nauczycieli i pielęgniarek są sprzeczne, jako że wszyscy chcą w większym stopniu partycypować w podziale pieniędzy z podatków.

W ten sposób P. doszedł do nierozwiązywalnych dylematów życia społecznego. Im więcej o tym myślał, tym bardziej przekonywał się, że nie warto zazdrościć kolegom, adiunktom i profesorom, którzy zaangażowali się pozanaukowo, obejmując wysokie stanowiska w administracji państwowej lub pełniąc odpowiedzialną rolę reprezentantów ludu w organie najwyższej władzy ustawodawczej. Zarabiają wprawdzie znacznie więcej niż w uczelni, ale w jakimż muszą żyć stresie! W rozmowach przy kawie, jak przystało na ludzi intelektu, nie raz konstruowali teorie funkcjonowania państwa i społeczeństwa oraz podawali niezawodne recepty na rozwiązanie różnych problemów. Teraz mają okazję przekonać się, czym jest praktyczne zastosowanie teorii (wedle złośliwej definicji to sytuacja, w której nic nie funkcjonuje i nikt nie wie dlaczego).

NA CZARNO

Wracając do pieniędzy, P. nie czuł się nigdy dobrze, będąc zmuszonym przez warunki życia do uzupełniania skromnego budżetu rodzinnego z innych źródeł niż pensja. Udzielanie korepetycji podbudował ideologicznie hasłem – jakże chwalebnym – niesienia oświaty w umysły młodzieży. Douczał więc wieczorami licealistów przez czas jakiś, lecz fakt, iż działalność tę prowadził „na czarno” (tylko taka się opłaca), nie pozwalał spać spokojnie jego obywatelskiemu sumieniu. P. porzucił więc nielegalne z fiskalnego punktu widzenia zajęcie. Co innego twórczość pisarska – pomyślał. To najlepsza, najbardziej elegancka a zarazem dająca największą satysfakcję forma dorabiania. Zaczął więc pisywać do czasopism, zwykle niewielkich, niskonakładowych, lecz płacących przyzwoite honoraria. Praca wcale nie była lekka, gdyż P. bynajmniej nie jest wybrańcem muz i pisanie wymaga odeń sporego wysiłku. Tym bardziej jednak ceni sobie zarobione w ten sposób pieniądze. Marzy też przy tym czasami, że może ktoś kiedyś dostrzeże i doceni jego popularyzatorsko-publicystyczny wysiłek, i pomoże wypłynąć na szersze wody, a tym samym nieco więcej zaczernianiem papieru zarobić. Jak dotąd nikt nie poznał się na jego talencie na tyle, by zaproponować zbiorowe wydanie dotychczasowych tekstów lub przynajmniej podwoić stawkę honorarium. P. wciąż pielęgnuje nadzieję, że dzięki swemu wysiłkowi (chciałby dorównać płodnością twórczą Kraszewskiemu) jeszcze przed emeryturą nie będzie musiał udawać życia.

ŻYĆ SIĘ NIE DA

Jednak i w tej dziedzinie perspektywy nie są różowe. Optymizm P. został wystawiony na ciężką próbę, gdy usłyszał, jak znany i ceniony polski pisarz powiedział, że z pisarstwa żyć się w tym kraju nie da. Zatem zajęciem tym parać się mogą albo zapaleńcy, gotowi wieść żywot w kiepskich warunkach, lecz poświęcić się całkowicie tworzeniu Dzieł, albo ludzie mający z innych źródeł zapewniony byt codzienny, a piszący „dla idei”. W tym kontekście tacy jak P. zawieszeni są jakby pomiędzy jedną a drugą sytuacją: żyją niebogato a piszą, by dorobić. Pewnym pocieszeniem i usprawiedliwieniem własnego postępowania staje się wtedy powtarzane z upodobaniem przez P. powiedzenie, iż dla idei piszą grafomani, zaś prawdziwi pisarze robią to dla pieniędzy.

CZY WARTO PISAĆ?

Przy kolejnym mijanym domu uwagę adiunkta zwróciła młoda osoba siedząca na drewnianej ławce przy oświetlonej słońcem ścianie. Czytała książkę. Sądząc z jaskrawości okładki jakiś romans lub kryminał. Może więc jednak warto pisać? – pomyślał. Swoją drogą, ciekawe jest zagadnienie istnienia sui generis kulturowego „łańcucha pokarmowego”, związanego ze słowem pisanym w życiu adiunkta P. Zdaje on sobie sprawę z konieczności utrzymania wysokiego poziomu intelektualnego. Wynika owa konieczność z przynależności do elity, którą winni być w społeczeństwie nauczyciele, zwłaszcza akademiccy. Wymaga to czytania, a więc i kupowania książek. Te zaś są drogie, jeśli przeliczyć uczelnianą pensję na liczbę możliwych do nabycia woluminów. Aby móc kupić więcej książek, P. musi więcej zarobić, co znaczy – więcej pisać. Tym samym zamyka się cykl – produkcja własnych tekstów staje się środkiem do nabywania tekstów innych. Ponieważ czyni tak więcej osób, tekstów na świecie wciąż przybywa. Czy jednak przybywa czytających?

Słońce zaczynało powoli chować się za krawędź przeciwległego szczytu. To niechybny znak, że (zbyt) krótka przerwa poobiednia dobiega końca. P. skierował się więc w stronę budynku konferencyjnego, próbując zdyscyplinować rozbiegane myśli i powrócić do tematów zawodowych. Jednocześnie ze streszczonych powyżej luźnych, spacerowych rozmyślań próbował wyłowić coś, co mogłoby stanowić temat kolejnego artykuliku publicystycznego. Otrzymane honorarium mogłoby pokryć między innymi koszt zakupionego przezeń niedawno (poniekąd w tajemnicy przed swoim Ja intelektualnym) poradnika Jak napisać powieść kryminalną.

pm@atm.com.pl

Uwagi.