Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

W piekle pragnień
Poprzedni Następny

W tym roku przypada 60. rocznica
śmierci Zygmunta Freuda (1856-1939)

Piotr Skórzyński

Albrecht D?rer, Rycerz, śmierć i diabeł, 1513Drobny szczegół bywa znamienny: w większości opracowań i antologii można przeczytać, iż Objaśnienia marzeń sennych Zygmunta Freuda zostały opublikowane w 1900 r., podczas gdy datę tę należy przesunąć o rok wcześniej. Można to zaliczyć do sławnych „pomyłek freudowskich”, jakby większość autorów uznała, że to przełomowe dla rozwoju myśli Freuda dzieło musi przynajmniej wzrokowo przynależeć do nowego, nowoczesnego stulecia.

DRAMAT ATEŃSKI W MIESZCZAŃSKIEJ ALKOWIE

W rzeczywistości data prawdziwa jest prawdziwsza także w głębszym, historycznym sensie. Freudyzm to (obok heglizmu, marksizmu i darwinizmu społecznego) jedna z wielkich dziewiętnastowiecznych doktryn spekulatywnych, które powołując się na naukę głosiły, że potrafią dać całościowe wytłumaczenie najważniejszych zagadnień społeczno-kulturowych. Wszystkie były w różny sposób antychrześcijańskie. Freudyzm był jednak najbardziej z nich krytyczny wobec wszelkiej religii. O ile dla Marksa religia to „westchnienie w bezdusznym świecie: to opium dla umęczonego ludu”, dla Freuda jest tylko zbiorową neurozą.

I trudno się dziwić. Swój wszechświatowy rozgłos dzieła Freuda zyskały właśnie dlatego, że wkroczył on na teren od zawsze zastrzeżony dla religii: teren snów, niejasnych odczuć, histerycznych chorób i tego wszystkiego, co XIX-wieczni pozytywiści nazywali irracjonalizmem. Od początku też freudyści posługiwali się technikami zastrzeżonymi dotychczas dla kapłanów: hipnozą, sugestią oraz interpretacją snów i dziwnych zachowań. Wreszcie, odkryte przez antropologów społecznych pojęcie „tabu”, jakie funkcjonowało wśród ludności wysp Pacyfiku, z błyskotliwym powodzeniem przenieśli na teren kultury zachodniej. Być może jednak najważniejszy, z punktu widzenia czytelników jego Objaśnień, był – jak to określają Brytyjczycy, stroke of genius Freuda – wprowadzenie do rzeczywistego opisu chorób odniesienia do wszystkim znanego mitu greckiego. To sięgnięcie do korzeni kultury śródziemnomorskiej i ukazanie, iż dramaty ateńskie nadal toczą się w każdej mieszczańskiej sypialni, było w istocie przejawem wyobraźni i odwagi intelektualnej godnym największych pisarzy.

Był wielkim, nowatorskim pisarzem i napisał jasnym, potoczystym stylem blisko 30 książek na różne ciekawe, a niekiedy pasjonujące tematy. Jego teoria panseksualizmu pojawiła się w chwili, gdy wszyscy byli już znużeni rygorem epoki wiktoriańskiej (sama królowa zmarła w 1901 r.). Odwieczny dramat płci, rywalizację synów z ojcami i córek z matkami, a wreszcie lęk przed śmiercią, ubrał w nową, naukową terminologię i pozwolił czytelnikom (a zwłaszcza czytelniczkom z „dobrych domów”) powziąć przekonanie że lektura pism dr. Freuda to coś zarazem naukowego i ekscytującego.

BRAK NAUKOWEGO POTWIERDZENIA

Wartość naukowa tego gigantycznego dzieła jest, niestety, znikoma. Kompleks Edypa występuje, ale z pewnością nie odgrywa takiej roli, jaką przypisał mu Freud. Z drugiej strony, rewelacje badanych przezeń pod hipnozą pacjentek o tym, że były molestowane przez najbliższych krewnych, często ojców, Freud za radą przyjaciół zaliczył do ich chorobliwych fantazji. Natomiast jądro psychoanalizy, czyli teoria o decydującej dla dalszych losów człowieka roli urazów psychicznych, jakich doznał w okresie dzieciństwa, nie znalazła potwierdzenia. W najbardziej życzliwej dla Freuda interpretacji danych klinicznych istnieje tyle samo dowodów na to, że owe traumatyczne wydarzenia fatalnie wpływają na dalsze życie, i tyle samo na to, że nie mają znaczenia lub też, że służą wykształceniu inteligencji, przedsiębiorczości, energii i empatii. Przykładem, który się narzuca, jest trzy tysiące lat historii grupy etnicznej, do której Freud (czy raczej jego rodzice) się zaliczał.

Historyk kultury bez większego trudu odnajdzie poprzedników Freuda w refleksji nad ludzką irracjonalnością i wybuchową siłą popędów. To przede wszystkim Nietzsche i Schopenhauer, ale także cała ogromna część światowej literatury pięknej, ze współczesnymi Freudowi dramaturgami wiedeńskimi na czele. W jednej ze swych książek, które potoczyły się jak wielka rzeka po przełomowych Objaśnieniach, Freud ogłosił podział psychiki człowieka na trzy człony: podświadomość, świadomość i nadświadomość albo świadomość sztuczna, narzucona przez odgórny Autorytet. Potem jednak doszedł do wniosku, że być może Ego jest w znacznej mierze podświadome, czyli powrócił po prostu do równie starej, co człowieczeństwo dychotomii ducha i materii, czy też kultury i przyrody.

Czy jednak sama częstotliwość, z jaką słowo „podświadomość” przejawia się zarówno w druku, jak w potocznych rozmowach, nie świadczy o geniuszu i odkrywczości wiedeńskiego neurologa? Otóż nieświadomość, czyli procesy psychiczne, które w nieznany nam sposób wpływają na nasze zachowanie, odkryto w połowie XIX wieku. Głównym pionierem na tym polu był wielki uczony francuski Jean Charcot, u którego młody Freud odbywał staż. W instytucie Charcota prowadzono pierwsze i właściwie w pełni nowoczesne badania nad hipnozą. Tam też sformułowano obowiązującą do dziś naukową opinię na temat tego fenomenu, iż nauka nie potrafi go przeniknąć. Nie wiemy, czym jest hipnoza, nie potrafimy wyjaśnić niesamowitego faktu, że ok. 15 proc. ludzi daje się zasugerować hipnotyzerowi do wykonania czynności nie tylko najbardziej nieprawdopodobnych, ale wręcz nie do wyjaśnienia na gruncie oficjalnej medycyny.

POPĘD REPRESJONOWANY

W tym sensie generalna teza Freuda, iż nasza „dzienna”, świadoma rzeczywistości część psychiki, to ledwie łódka na morzu podświadomości, może być słuszna. Jest po prostu nie do udowodnienia, skoro nie wiemy, czy istnieje sama pod- czy nie-świadomość. Co więcej, nadaje się ona tym sposobem do wytłumaczenia praktycznie wszystkich zjawisk psychicznych, a jeśli użyjemy dodatkowo słowa „projekcja”, to także fizycznych. W ten sposób freudyści tłumaczą wszelkie zjawiska religijne, ale równie dobrze można wyjaśnić tym terminem w ogóle wszystko, co się komuś pomyśli lub przydarzy. Malcolm Cowley, znany krytyk literacki, z niezrównanym sarkazmem dowiódł przy użyciu terminologii freudowskiej, iż cała kultura ludzka jest w tej filozofii jedynie przejawem albo przyczyną choroby.

Freud niechcący to potwierdził, dając jednej ze swych książek znamienny tytuł Kultura jako źródło cierpień. Wszelkie normy obyczajowe, moralne i inne, pełnią, według niego, jedynie funkcję represyjną wobec naszej sfery popędowej. Trudno się dziwić, że tak rozumiany freudyzm stał się wielkim motorem (uzasadnieniem) dla obyczajowej rewolucji (jaka zaczęła się w chwili, gdy w fabrykach zbrojeniowych w czasie I wojny światowej kobiety zastąpiły mężczyzn). Austro-Węgry, które ją (formalnie) wywołały, zyskały wielkiego obrońcę w profesorze kliniki wiedeńskiej. Przez pierwszy rok wojny Freud faktycznie zawiesił znajomość ze swoimi uczniami z krajów „agresywnych”, nie pojmując, jak mogą oni usprawiedliwiać destrukcyjną politykę swoich rządów.

Moment przebudzenia był szokiem. Przez chwilę Freud był pewien, że cała jego teoria jest nic niewarta, podobnie zresztą jak cała ludzkość. Potem jednak otrząsnął się i swoją podstawową doktrynę „libido”, czyli życiodajnego popędu seksualnego, najzwyczajniej w świecie uzupełnił o całkiem nowy, znajdujący się poza jakąkolwiek kontrolą popęd śmierci. Od 1915 roku jego poglądy i osądy natury ludzkiej stają się coraz bardziej pesymistyczne. Nie silił się już, by zbierać materiał z obserwacji i badań, który by teorie potwierdzał. Jak każdy rasowy pisarz otworzył po prostu szeroko wrota swej niepospolitej wyobraźni. Ostatnia praca Totem i tabu, to już prawie Daeniken, tyle że jeszcze bez kosmitów.

Co dokumentuje zadziwiającą ewolucję, jaką przeszedł ten wielki eksplorator? W 1896 roku opublikował artykuł przewidujący, że już niedługo psychologia stanie się nauką ilościową, która procesy psychiczne będzie mierzyć tak, jak to dziś z procesami chemicznymi robi pracownik laboratorium. W 1938 r. zaś skończył swoją działalność zdaniem pośrednio usprawiedliwiającym nazistów, którzy w następnym roku mieli go wygnać z jego kraju: Powstrzymywanie agresji jest zasadniczo niezdrowe i prowadzi do choroby.

UCHYLIŁ PŁYTĘ GROBOWCA

W pewnym sensie naukowa kariera Freuda (na której tak bardzo zależało jego rodzicom) wyrządziła mu szkodę, gdyż dziś oceniamy go jako chybionego teoretyka, podczas gdy, być może, w innym wypadku byłby dla nas drugim Flaubertem, Dostojewskim czy Ibsenem. Jego desperackie wysiłki, by własne intuicje, często o niezwykłej przenikliwości, przyoblec w naukowy żargon, budzą dziś irytację pomieszaną z politowaniem. Nie powinniśmy jednak zapominać, że jego droga nie była łatwa i przez parę lat musiał stawiać czoło swego rodzaju bojkotowi towarzyskiemu, który był wynikiem jego otwartego mówienia o sprawach seksualnych. Pisarz zawsze może ukryć się za swoimi bohaterami, Freud mówił wprost. Otwarcie też podważył stereotypy o braterskiej miłości, wykazując na licznych przykładach, że uczuciem podstawowym wśród rodzeństwa jest zazdrość (wielu psychoanalityków do dziś utrzymuje, że zazdrość jest w ogóle najsilniejszym uczuciem, jakie może przeżywać człowiek).

Odważnie wydobył na wierzch i skonfrontował pacjentów z tym, co bolesne i skrywane, jak w tym passusie z 1899 r.: Powody do konfliktów między matką a córką powstają wtedy, gdy córka dorośnie i dostrzeże w matce strażniczkę, broniącą jej dostępu do wolności seksualnej: i jeśli matka, widząc rozkwit córki, spostrzeże, że już czas, by wyrzec się roszczeń seksualnych. Był też jednym z pierwszym „postępowych” psychiatrów, którzy zwrócili uwagę na niekoniecznie dobre strony swobody erotycznej. Pisał w 1912 r.: Psychologiczna wartość potrzeb erotycznych maleje wraz z łatwością ich zaspokajania. Aby wzmocnić libido, potrzebna jest przeszkoda – tam, gdzie nie ma naturalnego oporu przy jego zaspokajaniu, ludzie przez wszystkie czasy tworzyli sztuczne zapory z konwencji społecznych, aby móc cieszyć się miłością. (...) Ascetyczny nurt w chrześcjaństwie stworzył psychologiczne wartości miłości, których starożytni poganie nigdy nie mogliby przyjąć.

Tomasz Mann w przemówieniu na cześć Freuda w 1930 r. przyrównał go do D?rerowskiego Rycerza, który za towarzyszy mając jedynie śmierć i biesa, wkroczył do mrocznego królestwa podświadomości, gdzie rządzą pierwotne i żenujące nas instynkty. Z perspektywy końca XX wieku Freud okazał się dwudziestowiecznym Rousseau. Jak szwajcarski filozof podważył płytę grobowca naszych pragnień i wyzwolił siły, nad którymi nikt już nie zdołał zapanować. Sam, przypomnijmy, na motto do Objaśnień snów wybrał zdanie z Eneidy: Jeśli zagrodzą mi drogę do nieba, poruszę piekło.

Żyjemy w nim do dzisiaj.

Uwagi.