Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

Testament Kuronia
Poprzedni Następny

Leszek Szaruga

Fot. Stefan CiechanW swym wystąpieniu telewizyjnym nadanym w dniu jego 65. urodzin Jacek Kuroń, rysując swą wizję przyszłej Polski, wyraził pewność, że będzie to kraj nie tylko pamiętający o swej wieloetnicznej i wieloreligijnej przeszłości, ale także ową wieloetniczność i ową wielowyznaniowość kultywujący. Zatem nie tylko ocali, ale zrozumie i zrealizuje testament dziwnego, nieco jakby abstrakcyjnego, lecz jednocześnie i realistycznego tworu, jakim jest Europa Środkowa, kraina opiewana w prozie i eseistyce Vincenza czy Stempowskiego, ale też kraina żywa i w wyobraźni, i w inicjatywach takich środowisk, jak Ośrodek „Pogranicze” w Sejnach czy Wspólnota Kulturowa „Borussia” w Olsztynie. Ich publikacje, często pionierskie, a podejmujące problematykę miejsca i roli polskości w obszarze środkowoeuropejskim, wciąż pozostają jakby w cieniu – wystarczy wspomnieć o tym tylko, że przetłumaczona niemal po stu latach wspaniała rozprawka niemieckiego historyka Ferdynanda Gregoroviusa, wybitnego i uznawanego w całym naukowym świecie znawcy starożytnej Grecji i Rzymu, niemal nie została dostrzeżona. „Idea polskości” – bo o tej właśnie książce mowa – to nie tylko wskazanie nowatorstwa myśli i praktyki republikańskiej I Rzeczpospolitej, lecz także ukazanie kulturowej otwartości tego wielonarodowego państwa.

Historia nie musi, lecz jednak może – jeśli o niej pamiętać nie wybiórczo, lecz widząc całość dziedzictwa przeszłości – stać się wskazówką współczesności. Tak też ją odczytuje Kuroń powiadając, że nie ma polskości bez owej odziedziczonej wielokulturowości i że tak pojmowana polskość może stać się, jeśli będziemy umieli ją kultywować, wianem wnoszonym przez nasz kraj w obszar wspólnoty całego kontynentu. Ten styl myślenia, kojarzony w historiografii z ideą nazywaną jagiellońską, nie pozostaje niezmienny. Inaczej rozumiano go w wieku XIX, inaczej pojmował go Piłsudski, jeszcze inaczej, po doświadczeniach drugiej połowy tego stulecia, winien być odczytywany dzisiaj. Nie zmienia to faktu, że kwestia żyjących w obrębie polskiej państwowości mniejszości narodowych – z pozoru marginalna – jest, z punktu widzenia zarówno przeszłości, jak i przyszłości Polski, jedną ze spraw fundamentalnych. Stąd też podkreślał Kuroń, iż chciałby po sobie pozostawić dobrą ustawę o mniejszościach, nad którą od lat już pracuje.

Lecz nie tylko ta sprawa go żywo obchodzi. Włączając kwestię mniejszości do priorytetowych spraw państwa, których, mimo dziesięciu już lat suwerennego bytu, jego politycy nie zdołali pomyślnie dla kraju rozwiązać, wskazał też Kuroń na problem tej samej wagi: sprawę nakładów na edukację i naukę. I gdy słuchałem tej pogadanki, w której pociągająca wizja przyszłości zderzała się z naszą zgrzebną doraźnością, pomyślałem, że szkoda, iż w naszym pospiesznym jednak życiu i w naszych dyktowanych najczęściej politycznymi czy raczej ideologicznymi emocjami wyborach, nie umiemy i nie chcemy w zasadzie słuchać podobnych wizjonerów, ludzi o pokroju raczej mężów stanu niż polityków, ludzi, którzy widzą dalekosiężne skutki dziś podejmowanych decyzji.

W tym też kontekście martwi mnie postawa wielu utytułowanych ludzi nauki, którzy, uwikłani w doraźną działalność polityczną, nie podejmują działań na rzecz rzeczywistego rozwoju, nie biją na alarm, lecz raczej szukają usprawiedliwień w tym, iż budżetu na naukę nie staje, gdyż są „sprawy ważniejsze”. I nie dziwią więc słowa Witolda Karczewskiego i Andrzeja Ziomeckiego z ich artykułu w „Kulturze” (nr 1-2/99): „Prawdziwym dramatem nauki w Polsce jest jej ubóstwo. Środki finansowe wydzielane przez budżet Państwa na badania naukowe systematycznie maleją (...). Obietnice ministra finansów, że w najbliższych paru latach nakłady nie będą już zmniejszane (w stosunku do PKB), przyjęto z mieszanymi uczuciami, bowiem dno jest bardzo blisko; tak niskich nakładów na naukę nie ma żaden cywilizowany kraj. (...) Co ciekawe, wszystkie kolejne rządy zaliczały werbalnie badania naukowe do strategicznych priorytetów państwa, ale rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej i wszelkie – może poza edukacją – „inwestycje w kapitał ludzki” pozostawały (i pozostają) pustym hasłem”. Rzecz w tym, że także poziom edukacji, utrzymywany na i tak dość niskim wciąż poziomie, będzie się w przyszłości zmniejszał, jeśli nie zostaną podniesione nakłady na naukę – to są wszak naczynia połączone.

Kuroń mówił wprost o odpowiedzialności, jaką za niedotrzymywanie obietnic ponoszą politycy. Jest to jednak odpowiedzialność wyłącznie symboliczna – nie ma jak bowiem wyegzekwować od nich tego, co obiecują. Ta nieustanna kpina w żywe oczy, owo już nawet perwersyjne demonstrowanie braku odpowiedzialności, owa gotowość tych autorytetów naukowych, które wkraczają w krąg polityki, do usprawiedliwiania niedostatku – wszystko to woła o pomstę do nieba. Systematyczne obniżanie nakładów na naukę – bo przecież trzeba być idiotą, by po tych dziesięciu latach wierzyć politykom, gdy mówią, że nie zmniejszą owych „inwestycji w kapitał ludzki” – będzie zwiększać dystans Polski wobec innych krajów, co pociągnie za sobą, bo to przecież nieuniknione, ucieczkę tych, którym gdzie indziej stworzą lepsze warunki pracy. Jedno się ma życie – słyszę często nie bez ironii wypowiadane słowa – i jeśli Ojczyzna nie pozwala na jego spełnienie, wówczas oznacza to, że nie jest się jej potrzebnym. Żyję więc w kraju, w którym coraz wyraźniej ludzie nauki i kultury uznawani są za zbędnych, czasem nawet za kłopotliwych i utrudniających życie prostym, przaśnym, wyzbytym wyobraźni ludziom politycznego trudu.

Uwagi.