Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 7-8/1999

Porządek wartości
Poprzedni Następny

Nam wpajano, że najważniejsze jest nie to, byśmy były szczęśliwe, ale by z nami było ludziom dobrze. Takie nastawienie oszczędza rozczarowań.

Magdalena Bajer

Moim niezrealizowanym marzeniem naukowym było zawsze przeprowadzenie pełnych, metodycznych badań jednego zabytku i opublikowanie ich we wzorowej monografii. Nie było mi to dane. Moje życie potoczyło się tak, że pod presją okoliczności dziejowych musiałem wybierać nie to, co najbardziej chciałbym robić, lecz to, co było najważniejsze i najbardziej potrzebne. Wyznanie Jana Zachwatowicza, wielkiego architekta, badacza i konserwatora zabytków, przywołał w artykule o nim historyk-biograf prof. Andrzej Tomaszewski.

Myślę, że podobnie mógłby powiedzieć o swoim losie teść Jana Zachwatowicza, prof. Witold Chodźko, który żył w innym czasie i inną dziedzinę nauki uprawiał. Jego wnuczki: Krystyna Zachwatowicz Wajda i Katarzyna Zachwatowicz Jasieńska miały więcej szans na układanie życia wedle zainteresowań oraz pragnień, ale z domu wyniosły skłonność do wybierania tego, „co najważniejsze” i, jak to określa pani Katarzyna, „porządek wartości”.

dziadek

Ich macierzysty dziadek, Witold Chodźko, urodził się w roku 1875 w Piotrkowie Trybunalskim. Należał do rodziny mocno rozgałęzionej, obfitującej w postaci zasłużone dla ojczystej historii. Studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, ukończył studia w roku 1899. Początek wieku zastał go w Paryżu zgłębiającego neurologię oraz psychiatrię pod kierunkiem m.in. dr. Józefa Babińskiego. Wróciwszy do Polski rozpoczął w Zarębach Kościelnych koło Małkini praktykę lekarską i mającą trwać do końca życia działalność na rzecz poprawy zdrowotności społeczeństwa. Trudno wyliczyć wszystkie przedsięwzięcia Witolda Chodźki i spisać jego liczne prace naukowe. Wspomnieć trzeba, że był inicjatorem i założycielem instytucji dożywiania niemowląt „Kropla mleka”, pierwszej w Kongresówce, a także zorganizował opiekę rodzinną nad psychicznie chorymi. W II Rzeczypospolitej został pierwszym ministrem zdrowia publicznego z ogromnym zadaniem stworzenia państwowej służby zdrowia na obszarach wszystkich byłych zaborów. W roku 1921 objął urząd nadzwyczajnego komisarza Ligi Narodów do Walki z Epidemiami grożącymi powojennej Europie. Działał aktywnie w Komitecie Higieny Ligi, będąc prekursorem wielu później zinstytucjonalizowanych poczynań, jak np. opieka społeczna nad młodzieżą, walka z opium. Od roku 1926 do wybuchu II wojny światowej kierował Państwową Szkołą Higieny przy ul. Chocimskiej w Warszawie, przekształconą później w Państwowy Zakład Higieny.

Tam, w służbowym mieszkaniu dziadków, wnuczki bywały co niedziela na rodzinnych obiadach, kiedy to rozmawiano o rzeczach najważniejszych i o tym, co potrzebne innym. Stamtąd po wojnie pozbierały, porzucone przez szabrowników szukających przedmiotów cennych albo użytecznych, listy, fotografie i inne pamiątki. Po powstaniu warszawskim prof. Chodźko nie wrócił do tego mieszkania. Pojechał do Lublina z córką, filologiem klasycznym i która jedną ze swych siostrzenic uczyła w szkole łaciny, a z matką po łacinie rozmawiała, listy wymieniając... w grece Homerowej. Pierwszej babci ani Krystyna ani Katarzyna nie znały, gdyż umarła młodo. Katarzynie pozostał po niej fortepian – dziś stojący w warszawskim mieszkaniu pani profesor – a może i muzyczne talenty.

W Lublinie powojennym nie było już i drugiej babci, zmarłej w 1946 roku, ale obie wnuczki nieraz tam przyjeżdżały. Pani Krystyna uzupełnia: – Było to miejsce historyczne, bowiem z balkonu lubelskiego mieszkania dziadka marszałek Piłsudski pozdrawiał kiedyś przechodniów, co utrwaliła, opisując w dzienniku Maria Dąbrowska, a także zachowana fotografia.

O „porządku wartości” nikt w domu państwa Zachwatowiczów nie mówił. Córki jednak wiedzą, że z domu wyniosły bezinteresowność polegającą na tym, by w wyborach – studiów, pracy – kierować się zamiłowaniem, chęcią robienia tego właśnie, nie czegoś innego, co może być bardziej popłatne. Krystyna podkreśla różnicę między wychowaniem ich i wychowaniem współczesnych, zwłaszcza dziewcząt: – Nam wpajano, że najważniejsze jest nie to, byśmy były szczęśliwe, ale by z nami było ludziom dobrze. Takie nastawienie oszczędza rozczarowań.

Obie siostry przypominają sobie codzienne, charakterystyczne zdarzenie. Starsza z nich pyta matkę, czy może dokądś wyjść, mówiąc od razu, kiedy zamierza wrócić. Słyszy na to: – Skończyłaś wczoraj 18 lat, nie musisz pytać. Młodszą to zastanowiło, bo chwilę wcześniej po prostu oznajmiła, że wychodzi i właśnie się ubierała. Pani Krystyna, dopóki była w domu, miała nawyk, nabyty w czasie okupacji, żeby rodziców nie denerwować, a dobrze pamięta swoje własne zdenerwowanie, gdy raz podczas powstania nie mogła wrócić, gdyż komendant nie puścił podległych sobie harcerek z powodu ostrzału ulicy Mokotowskiej. Przynależność córki do Szarych Szeregów była dla matki tak samo naturalna, jak konspiracyjna działalność męża, jak praca – często ponad siły – jej ojca w niepodległej Polsce.

rodzice

Jan Zachwatowicz urodził się w Gatczynie koło Sankt Petersburga, gdzie rodzina wkrótce się przeniosła. Ukończywszy dobre V Gimnazjum, przeżywszy rewolucję w pobliżu krążownika Aurora, przyjechał do Polski z dyplomem Instytutu Inżynierów Cywilnych, gdzie uzyskał solidną wiedzę z zakresu techniki budowlanej, przydatną bardzo późniejszemu architektowi. Architekturę ukończył w Politechnice Warszawskiej, choć młodzieńczym pragnieniem była scenografia, co wyznał córce Krystynie, gdy ta postanowiła zostać scenografem. Kiedy był asystentem, grono kolegów namawiało go do projektowania prywatnych willi, co było dobrym zarobkiem, a jednocześnie prof. Oskar Sosnowski, kierujący Zakładem Architektury Polskiej, proponował pracę u siebie, gdzie był wówczas znakomity zespół architektów, historyków, historyków sztuki, konstruktorów, zespół „buzujący pomysłami”, jak to określa pani Katarzyna. Jan Zachwatowicz radził się żony, ta zaś zapytała: – A co byś chciał robić? – Naturalnie, u Sosnowskiego. – No to nie ma o czym mówić. W domu państwa Zachwatowiczów nie przelewało się ani wtedy, ani podczas wojny, ani nigdy. Nigdy też jednak nie było wątpliwości, że jeżeli coś się robi to albo z myślą o innych, albo o jakiejś sprawie. Ojciec rozbudzał w córkach takie ambicje i starał się rozpoznać uzdolnienia, aby skłaniać do ich rozwijania.

W zespole Oskara Sosnowskiego Jan Zachwatowicz znalazł się w roku 1930. Przez prawie dziesięć lat, do wojny, wniósł wiele we wspólne opracowywanie pionierskich wówczas, a i dziś pod wieloma względami nowych, metod badania zabytków. Opublikował ważne prace – na zlecenie prezydenta Starzyńskiego zaprojektował i przeprowadził odsłonięcie odcinka murów obronnych Starego Miasta w Warszawie. Gdy wybuchła wojna, zajmował już poczesne miejsce w światowym gronie architektów i konserwatorów.

Konspiracyjna działalność dr. Zachwatowicza była wielowątkowa. Objął kierownictwo zakładu po śmierci prof. Sosnowskiego, który poległ w obronie Warszawy. Prowadził tajne wykłady. Uczestniczył w akcji wykradzenia z Gestapo w Alei Szucha zbiorów Centralnego Biura Inwentaryzacji Zabytków. Pracował w Delegaturze Rządu Londyńskiego na Kraj. Podczas wojny napisał rozprawę habilitacyjną.

Po wojnie prof. Zachwatowicz został Generalnym Konserwatorem Zabytków. Pełniąc tę funkcję przez kilkanaście lat zasłużył się Warszawie Polsce i Europie, dźwigając z ruin budowle, przywracając piękno dzielnicom i okolicom, formując polską szkołę konserwacji zabytków w nawiązaniu do dobrych tradycji warszawskich oraz wileńskich, współtworząc pierwszą międzynarodową organizację konserwatorów ICOMOS, powstrzymując wiele szkodliwych poczynań władz komunistycznych.

Maria Zachwatowiczowa, koleżanka męża ze studiów architektonicznych, poznana przezeń na wycieczce do Paryża w r. 1925, pracowała po wojnie w biurach projektów, zajmując się również konserwacją takich m.in. obiektów, jak Kościół Sakramentek, Pałac Krasińskich. W domu malowała miniatury – księcia Józefa, Kościuszki, Ojca Świętego.

Śpiewanie i rysowanie

Pani Katarzyna Zachwatowicz Jasieńska ma trzy dyplomy. Pierwszy ze średniej szkoły muzycznej, gdzie uczyła się śpiewu, drugi z wyższej szkoły muzycznej, z teorii muzyki. Uważa, że pięć lat poważnych studiów to jest to, czego wielu muzykom brakuje. Trzeci, to dyplom ukończenia studiów śpiewaczych w Wyższej Szkole Muzycznej we Wrocławiu, na które to studia zdecydowała się po czterdziestce. Dzisiaj mówi swoim studentom, żeby nie interesowali się ani metryką, ani tym, ile będą zarabiać, tylko robili to, co ich pociąga, do czego mają zdolności i upodobanie. To jest najważniejsze.

W domu zawsze Kasia była od śpiewania, choć wszyscy tam uczyli się gry na fortepianie i wszyscy – rodzice oraz córki – śpiewali. Krysia rysowała. Nie lubiła szkoły, uczyła się dość marnie i marzyła o Liceum Sztuk Plastycznych, gdzie było sporo zajęć z rysunku, malarstwa, grafiki. Matka i ciotka sprzeciwiały się temu, uważając że nie będzie to wykształcenie humanistyczne, najbardziej przez nie cenione. Ojciec okazał się sprzymierzeńcem. List od niego, w którym obiecuje przekonywać panie starszego pokolenia, Krystyna ma do dzisiaj. Wcześniej zrezygnowała z zawodu pielęgniarki, nie będąc nigdy pewną trafności tej decyzji. Po liceum plastycznym złożyła papiery na uniwersyteckiej filozofii, którą jednakże właśnie wtedy zredukowano do samego tylko marksizmu, prof. Tatarkiewicza odsunięto od pracy ze studentami. Krystyna Zachwatowicz uciekła na historię sztuki, przemyśliwując o studiowaniu architektury. I wtedy przestrogi, a bardziej może przykład mamy odwiódł ją od tego. Widziały przecież obie córki borykanie się architektów z uciążliwościami pracy w biurach projektów oraz dotkliwe opresje triumfującego w początkach lat 50. socrealizmu.

Pani Katarzyna przywołuje to, co powtarza swoim studentom, jeśli któryś z nich nie jest pewien własnego wyboru: – Zmieniać w oka mgnieniu. Trzeba drążyć, trzeba szukać, bo to jest na resztę życia.

Krystyna wybierała długo między grafiką i scenografią. Jeszcze raz zapisała się na uniwersytet, zamierzając napisać pracę magisterską. Przyszła jednak propozycja z teatru i to przeważyło.

Moje rozmówczynie wzdragają się przed zaliczeniem ich samych do „uczonego rodu”, z którego się wywodzą. Należą doń wszakże, nie tylko z powodu urodzenia, ale i pełnionych profesorskich funkcji – przez Krystynę w Akademii Sztuk Pięknych, a przez Katarzynę w szkole muzycznej – i wobec licznych prywatnych uczniów. Nauczanie jest w polskiej tradycji bardzo mocno złączone z uprawianiem nauki. W dawniejszych, lecz niezbyt odległych czasach było złączone nierozerwalnie. W każdej niemal „profesorskiej biografii” są epizody bądź dłuższe okresy uczenia w gimnazjum, gdzie zresztą nauczycieli tytułowano profesorami.

W kręgu rodzinnej tradycji, od Chodźków, poprzez Zachwatowiczów idącej, znaczącą postacią jest Andrzej Wajda, mistrz młodych adeptów filmu oraz teatru, członek Francuskiej Akademii Sztuk Pięknych, która zaprosiła go na fotel zajmowany uprzednio przez Federica Felliniego.

W rodzinach inteligenckich kariery akademickie dawniej bywały tyleż powinnością – i wobec przodków uczonych, i wobec społeczeństwa – co najzupełniej naturalną kontynuacją podstawowego wątku tradycji. Dzisiaj oczywistą powinnością jest ukończenie wyższych studiów. Córka pani Katarzyny, Aleksandra Jasieńska (imię nosi po ciotce łacinniczce), jest absolwentką filozofii. Jej brat Michał kontynuuje uczoną tradycję – po doktoracie z biologii w uniwersytecie Harvard pracuje naukowo w Polsce. Żona jest antropologiem. Pewnie do architektury, scenografii, muzykologii, rysowania, śpiewania, teatru oraz filmu dojdą nowe drogi poznawania świata i urzeczywistniania zamiłowań. Będzie to zarazem nawiązanie do pradziadka Witolda Chodźki, profesora medycyny, więc przyrodnika.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie I Polskiego Radia SA w grudniu 1997 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

 

Uwagi.