|
Nam wpajano, że najważniejsze jest nie to, byśmy były
szczęśliwe, ale by z nami było ludziom dobrze. Takie nastawienie oszczędza
rozczarowań. Magdalena Bajer Moim
niezrealizowanym marzeniem naukowym było zawsze przeprowadzenie pełnych,
metodycznych badań jednego zabytku i opublikowanie ich we wzorowej monografii.
Nie było mi to dane. Moje życie potoczyło się tak, że pod presją okoliczności
dziejowych musiałem wybierać nie to, co najbardziej chciałbym robić, lecz to,
co było najważniejsze i najbardziej potrzebne.
Wyznanie Jana Zachwatowicza, wielkiego architekta, badacza i konserwatora
zabytków, przywołał w artykule o nim historyk-biograf prof. Andrzej
Tomaszewski. Myślę, że podobnie mógłby powiedzieć o swoim
losie teść Jana Zachwatowicza, prof. Witold Chodźko, który żył w innym czasie i
inną dziedzinę nauki uprawiał. Jego wnuczki: Krystyna Zachwatowicz Wajda i
Katarzyna Zachwatowicz Jasieńska miały więcej szans na układanie życia wedle
zainteresowań oraz pragnień, ale z domu wyniosły skłonność do wybierania tego,
„co najważniejsze” i, jak to określa pani Katarzyna, „porządek wartości”. dziadek Ich macierzysty dziadek, Witold Chodźko, urodził
się w roku 1875 w Piotrkowie Trybunalskim. Należał do rodziny mocno
rozgałęzionej, obfitującej w postaci zasłużone dla ojczystej historii.
Studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, ukończył studia w
roku 1899. Początek wieku zastał go w Paryżu zgłębiającego neurologię oraz
psychiatrię pod kierunkiem m.in. dr. Józefa Babińskiego. Wróciwszy do Polski
rozpoczął w Zarębach Kościelnych koło Małkini praktykę lekarską i mającą trwać
do końca życia działalność na rzecz poprawy zdrowotności społeczeństwa. Trudno
wyliczyć wszystkie przedsięwzięcia Witolda Chodźki i spisać jego liczne prace
naukowe. Wspomnieć trzeba, że był inicjatorem i założycielem instytucji
dożywiania niemowląt „Kropla mleka”, pierwszej w Kongresówce, a także
zorganizował opiekę rodzinną nad psychicznie chorymi. W II Rzeczypospolitej
został pierwszym ministrem zdrowia publicznego z ogromnym zadaniem stworzenia
państwowej służby zdrowia na obszarach wszystkich byłych zaborów. W roku 1921
objął urząd nadzwyczajnego komisarza Ligi Narodów do Walki z Epidemiami
grożącymi powojennej Europie. Działał aktywnie w Komitecie Higieny Ligi, będąc
prekursorem wielu później zinstytucjonalizowanych poczynań, jak np. opieka
społeczna nad młodzieżą, walka z opium. Od roku 1926 do wybuchu II wojny
światowej kierował Państwową Szkołą Higieny przy ul. Chocimskiej w Warszawie,
przekształconą później w Państwowy Zakład Higieny. Tam, w służbowym mieszkaniu dziadków, wnuczki
bywały co niedziela na rodzinnych obiadach, kiedy to rozmawiano o rzeczach
najważniejszych i o tym, co potrzebne innym. Stamtąd po wojnie pozbierały,
porzucone przez szabrowników szukających przedmiotów cennych albo użytecznych,
listy, fotografie i inne pamiątki. Po powstaniu warszawskim prof. Chodźko nie
wrócił do tego mieszkania. Pojechał do Lublina z córką, filologiem klasycznym i
która jedną ze swych siostrzenic uczyła w szkole łaciny, a z matką po łacinie
rozmawiała, listy wymieniając... w grece Homerowej. Pierwszej babci ani
Krystyna ani Katarzyna nie znały, gdyż umarła młodo. Katarzynie pozostał po
niej fortepian – dziś stojący w warszawskim mieszkaniu pani profesor – a może i
muzyczne talenty. W Lublinie powojennym nie było już i drugiej
babci, zmarłej w 1946 roku, ale obie wnuczki nieraz tam przyjeżdżały. Pani
Krystyna uzupełnia: – Było to miejsce
historyczne, bowiem z balkonu lubelskiego mieszkania dziadka marszałek
Piłsudski pozdrawiał kiedyś przechodniów, co utrwaliła, opisując w dzienniku
Maria Dąbrowska, a także zachowana fotografia. O „porządku wartości” nikt w domu państwa
Zachwatowiczów nie mówił. Córki jednak wiedzą, że z domu wyniosły
bezinteresowność polegającą na tym, by w wyborach – studiów, pracy – kierować
się zamiłowaniem, chęcią robienia tego właśnie, nie czegoś innego, co może być
bardziej popłatne. Krystyna podkreśla różnicę między wychowaniem ich i
wychowaniem współczesnych, zwłaszcza dziewcząt: – Nam wpajano, że najważniejsze jest nie to, byśmy były szczęśliwe, ale
by z nami było ludziom dobrze. Takie nastawienie oszczędza rozczarowań. Obie siostry przypominają sobie codzienne,
charakterystyczne zdarzenie. Starsza z nich pyta matkę, czy może dokądś wyjść,
mówiąc od razu, kiedy zamierza wrócić. Słyszy na to: – Skończyłaś wczoraj 18 lat, nie musisz pytać. Młodszą to
zastanowiło, bo chwilę wcześniej po prostu oznajmiła, że wychodzi i właśnie się
ubierała. Pani Krystyna, dopóki była w domu, miała nawyk, nabyty w czasie
okupacji, żeby rodziców nie denerwować, a dobrze pamięta swoje własne
zdenerwowanie, gdy raz podczas powstania nie mogła wrócić, gdyż komendant nie
puścił podległych sobie harcerek z powodu ostrzału ulicy Mokotowskiej.
Przynależność córki do Szarych Szeregów była dla matki tak samo naturalna, jak
konspiracyjna działalność męża, jak praca – często ponad siły – jej ojca w
niepodległej Polsce. rodzice Jan Zachwatowicz urodził się w Gatczynie koło
Sankt Petersburga, gdzie rodzina wkrótce się przeniosła. Ukończywszy dobre V
Gimnazjum, przeżywszy rewolucję w pobliżu krążownika Aurora, przyjechał do
Polski z dyplomem Instytutu Inżynierów Cywilnych, gdzie uzyskał solidną wiedzę
z zakresu techniki budowlanej, przydatną bardzo późniejszemu architektowi. Architekturę
ukończył w Politechnice Warszawskiej, choć młodzieńczym pragnieniem była
scenografia, co wyznał córce Krystynie, gdy ta postanowiła zostać scenografem.
Kiedy był asystentem, grono kolegów namawiało go do projektowania prywatnych
willi, co było dobrym zarobkiem, a jednocześnie prof. Oskar Sosnowski,
kierujący Zakładem Architektury Polskiej, proponował pracę u siebie, gdzie był
wówczas znakomity zespół architektów, historyków, historyków sztuki,
konstruktorów, zespół „buzujący pomysłami”, jak to określa pani Katarzyna. Jan
Zachwatowicz radził się żony, ta zaś zapytała: – A co byś chciał robić? – Naturalnie, u Sosnowskiego. – No to nie ma o
czym mówić. W domu państwa Zachwatowiczów nie przelewało się ani wtedy, ani
podczas wojny, ani nigdy. Nigdy też jednak nie było wątpliwości, że jeżeli coś się robi to albo z myślą o
innych, albo o jakiejś sprawie. Ojciec rozbudzał w córkach takie ambicje i
starał się rozpoznać uzdolnienia, aby skłaniać do ich rozwijania. W zespole Oskara Sosnowskiego Jan Zachwatowicz
znalazł się w roku 1930. Przez prawie dziesięć lat, do wojny, wniósł wiele we
wspólne opracowywanie pionierskich wówczas, a i dziś pod wieloma względami
nowych, metod badania zabytków. Opublikował ważne prace – na zlecenie
prezydenta Starzyńskiego zaprojektował i przeprowadził odsłonięcie odcinka
murów obronnych Starego Miasta w Warszawie. Gdy wybuchła wojna, zajmował już
poczesne miejsce w światowym gronie architektów i konserwatorów. Konspiracyjna działalność dr. Zachwatowicza była
wielowątkowa. Objął kierownictwo zakładu po śmierci prof. Sosnowskiego, który
poległ w obronie Warszawy. Prowadził tajne wykłady. Uczestniczył w akcji
wykradzenia z Gestapo w Alei Szucha zbiorów Centralnego Biura Inwentaryzacji
Zabytków. Pracował w Delegaturze Rządu Londyńskiego na Kraj. Podczas wojny
napisał rozprawę habilitacyjną. Po wojnie prof. Zachwatowicz został Generalnym
Konserwatorem Zabytków. Pełniąc tę funkcję przez kilkanaście lat zasłużył się
Warszawie Polsce i Europie, dźwigając z ruin budowle, przywracając piękno
dzielnicom i okolicom, formując polską szkołę konserwacji zabytków w nawiązaniu
do dobrych tradycji warszawskich oraz wileńskich, współtworząc pierwszą
międzynarodową organizację konserwatorów ICOMOS, powstrzymując wiele
szkodliwych poczynań władz komunistycznych. Maria Zachwatowiczowa, koleżanka męża ze studiów
architektonicznych, poznana przezeń na wycieczce do Paryża w r. 1925, pracowała
po wojnie w biurach projektów, zajmując się również konserwacją takich m.in.
obiektów, jak Kościół Sakramentek, Pałac Krasińskich. W domu malowała miniatury
– księcia Józefa, Kościuszki, Ojca Świętego. Śpiewanie i
rysowanie Pani Katarzyna Zachwatowicz Jasieńska ma trzy
dyplomy. Pierwszy ze średniej szkoły muzycznej, gdzie uczyła się śpiewu, drugi
z wyższej szkoły muzycznej, z teorii muzyki. Uważa, że pięć lat poważnych
studiów to jest to, czego wielu muzykom
brakuje. Trzeci, to dyplom ukończenia studiów śpiewaczych w Wyższej Szkole
Muzycznej we Wrocławiu, na które to studia zdecydowała się po czterdziestce.
Dzisiaj mówi swoim studentom, żeby nie
interesowali się ani metryką, ani tym, ile będą zarabiać, tylko robili to, co
ich pociąga, do czego mają zdolności i upodobanie. To jest najważniejsze. W domu zawsze Kasia była od śpiewania, choć
wszyscy tam uczyli się gry na fortepianie i wszyscy – rodzice oraz córki –
śpiewali. Krysia rysowała. Nie lubiła szkoły, uczyła się dość marnie i marzyła
o Liceum Sztuk Plastycznych, gdzie było sporo zajęć z rysunku, malarstwa,
grafiki. Matka i ciotka sprzeciwiały się temu, uważając że nie będzie to
wykształcenie humanistyczne, najbardziej przez nie cenione. Ojciec okazał się
sprzymierzeńcem. List od niego, w którym obiecuje przekonywać panie starszego
pokolenia, Krystyna ma do dzisiaj. Wcześniej zrezygnowała z zawodu
pielęgniarki, nie będąc nigdy pewną trafności tej decyzji. Po liceum
plastycznym złożyła papiery na uniwersyteckiej filozofii, którą jednakże
właśnie wtedy zredukowano do samego tylko marksizmu, prof. Tatarkiewicza
odsunięto od pracy ze studentami. Krystyna Zachwatowicz uciekła na historię
sztuki, przemyśliwując o studiowaniu architektury. I wtedy przestrogi, a
bardziej może przykład mamy odwiódł ją od tego. Widziały przecież obie córki
borykanie się architektów z uciążliwościami pracy w biurach projektów oraz
dotkliwe opresje triumfującego w początkach lat 50. socrealizmu. Pani Katarzyna przywołuje to, co powtarza swoim
studentom, jeśli któryś z nich nie jest pewien własnego wyboru: – Zmieniać w oka mgnieniu. Trzeba drążyć,
trzeba szukać, bo to jest na resztę życia. Krystyna wybierała długo między grafiką i
scenografią. Jeszcze raz zapisała się na uniwersytet, zamierzając napisać pracę
magisterską. Przyszła jednak propozycja z teatru i to przeważyło. Moje rozmówczynie wzdragają się przed zaliczeniem
ich samych do „uczonego rodu”, z którego się wywodzą. Należą doń wszakże, nie
tylko z powodu urodzenia, ale i pełnionych profesorskich funkcji – przez
Krystynę w Akademii Sztuk Pięknych, a przez Katarzynę w szkole muzycznej – i
wobec licznych prywatnych uczniów. Nauczanie jest w polskiej tradycji bardzo
mocno złączone z uprawianiem nauki. W dawniejszych, lecz niezbyt odległych
czasach było złączone nierozerwalnie. W każdej niemal „profesorskiej biografii”
są epizody bądź dłuższe okresy uczenia w gimnazjum, gdzie zresztą nauczycieli tytułowano
profesorami. W kręgu rodzinnej tradycji, od Chodźków, poprzez
Zachwatowiczów idącej, znaczącą postacią jest Andrzej Wajda, mistrz młodych
adeptów filmu oraz teatru, członek Francuskiej Akademii Sztuk Pięknych, która
zaprosiła go na fotel zajmowany uprzednio przez Federica Felliniego. W rodzinach inteligenckich kariery akademickie
dawniej bywały tyleż powinnością – i wobec przodków uczonych, i wobec
społeczeństwa – co najzupełniej naturalną kontynuacją podstawowego wątku
tradycji. Dzisiaj oczywistą powinnością jest ukończenie wyższych studiów. Córka
pani Katarzyny, Aleksandra Jasieńska (imię nosi po ciotce łacinniczce), jest
absolwentką filozofii. Jej brat Michał kontynuuje uczoną tradycję – po
doktoracie z biologii w uniwersytecie Harvard pracuje naukowo w Polsce. Żona
jest antropologiem. Pewnie do architektury, scenografii, muzykologii,
rysowania, śpiewania, teatru oraz filmu dojdą nowe drogi poznawania świata i
urzeczywistniania zamiłowań. Będzie to zarazem nawiązanie do pradziadka Witolda
Chodźki, profesora medycyny, więc przyrodnika. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie I
Polskiego Radia SA w grudniu 1997 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz
Nauki Polskiej. |
|
|