Notatki Ministra Edukacji
Jestem przekonany, że taki system będzie stanowił
wystarczającą motywację do zatrudniania najlepszych.
Edmund Wittbrodt
Finansowanie szkolnictwa wyższego od wielu lat jest istotnym tematem dyskusji w różnych gremiach. Dotyczy to nie tylko samych uczelni, rządu i parlamentu, ale w coraz większym stopniu całego społeczeństwa. Zainteresowanie społeczeństwa wiąże się z faktem, że w ostatnich 10 latach współczynnik skolaryzacji wzrósł z 12 do 37 proc. Oznacza to, że więcej niż co trzeci młody człowiek w wieku 19-24 lat kształci się na poziomie wyższym. W najbliższych latach współczynnik ten powinien się zbliżyć do poziomu 50 proc. Takie są potrzeby związane z budowaniem społeczeństwa bazującego na wiedzy.
Obecnie z ok. 1,5-milionowej rzeszy studentów ok. 500 tys. studiuje w uczelniach niepaństwowych. W ramach podstawowej formy studiów dziennych, finansowanych w całości z budżetu państwa, kształci się nieco ponad 50 proc. studentów. Znaczna więc część z nich współfinansuje bądź w całości opłaca swoją edukację. Jest to jeden z powodów coraz szerszego zainteresowania społeczeństwa finansowaniem szkolnictwa wyższego.
Tak się składa, że potrzeby i oczekiwania środowiska szkół wyższych oraz możliwości budżetu państwa nie mogą się spotkać na „właściwym” poziomie. W Polsce od wielu lat wydatki na szkolnictwo wyższe kształtują się na poziomie 0,75-0,85 proc. PKB, podczas gdy oczekiwania środowiska dotyczą 1,5-2 proc. PKB. Z danych OECD wynika, że w 1997 r. na szkolnictwo wyższe kraje UE przeznaczyły łącznie 1,24 proc. PKB, w tym 0,91 proc. w drodze bezpośredniego finansowania z budżetów państw. Najwyższy poziom finansowania miał miejsce w Finlandii (1,69 proc.) i Szwecji (1,55 proc.). Natomiast w USA na szkolnictwo wyższe przeznacza się łącznie 2,91 proc. PKB, w tym 1,36 proc. z budżetu.
W Polsce ok. 30 proc. przychodów szkół wyższych stanowią przychody pozadotacyjne, z czego 21 proc. stanowią opłaty za zajęcia dydaktyczne.
SPORNE CIĘCIA
Ożywienie dyskusji w ostatnim okresie spowodowały cięcia wydatków w końcu minionego roku i pojawiające się w związku z tym zapowiedzi okresowego zamykania niektórych szkół, wysyłania pracowników na urlopy bezpłatne, a nawet ograniczenia naboru na studia. Cięcia były skutkiem niepełnego wykonania dochodów i wydatków w budżecie państwa w 2000 r. na kwotę ok. 5,2 mld zł, tj. o 3,7 proc. Zmniejszenie wydatków miało miejsce we wszystkich resortach. Nie ominęły więc MEN i
KBN.
W dziale „szkolnictwo wyższe” wydatki zmniejszone zostały o kwotę 224 mln zł, z czego na rzecz szkół wyższych nie zostały przekazane środki na kwotę 186 mln zł, zaś do Banku Gospodarstwa Krajowego, na Fundusz Pożyczek i Kredytów Studenckich, na kwotę ok. 25 mln zł. W konsekwencji cięcia wydatków nastąpiły w jednakowym stopniu (ok. 3,1 proc.) we wszystkich uczelniach.
No cóż, wydać można jedynie tyle, ile wynoszą dochody. Trzeba pamiętać, że budżet stanowi jedynie limit wydatków, których przekroczyć nie można. Nie ma też możliwości prawnych dochodzenia do odzyskania nieprzekazanych środków.
Przyjęty przez parlament budżet roku 2001 przewiduje wydatki na szkolnictwo wyższe na kwotę ok. 6,7 mld zł. Są to środki zarówno na wyższe szkolnictwo cywilne (ok. 6,18 mld zł), jak i wojskowe oraz pożarnicze (ok. 0,52 mld zł). W kwocie tej znajduje się również rezerwa w wysokości 177,7 mln zł, z której 8 mln przeznaczono dla wyższych szkół morskich w Szczecinie i Gdyni. W stosunku do 2000 r. budżet wzrósł o 11,1 proc., przy planowanych 7 proc. inflacji. Najwięcej, bo o 26,9 proc., wzrosły środki na Fundusz Pożyczek i Kredytów Studenckich.
Uczelnie zasilą także swoje budżety o przychody pozadotacyjne. Są one jednak bardzo zróżnicowane w poszczególnych typach szkół. W 1999 r. kształtowały się one w przybliżeniu na poziomie: w akademiach ekonomicznych – 50 proc., w szkołach pedagogicznych – 40 proc., w uniwersytetach – 35 proc., w uczelniach technicznych – 24 proc., w akademiach rolniczych – 20 proc., w szkołach artystycznych – 12 proc., w akademiach medycznych – 13 proc.
MOTYWACJA PLACOWA
Zasadniczą część kosztów funkcjonowania szkół wyższych stanowią wynagrodzenia, które wynoszą ok. 80 proc. wydatków. Pomimo to przeciętne wynagrodzenia miesięczne pozostawiają wiele do życzenia. Nie motywują nawet do pozostawania w uczelniach, do pozytywnej selekcji kadry. Powszechne stało się zjawisko wieloetatowości, co nie sprzyja jakości, ani rozwojowi kadry. Przeciętne planowane wynagrodzenia miesięczne w szkolnictwie wyższym wynosiły: w 1997 – 1164 zł, w 1998 – 1312 zł, w 1999 – 1757 zł, w 2000 – 1881 zł, w 2001 – 1999 zł. Ich relacje w stosunku do średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej kształtowały się w latach 1997-2001 na poziomie: 109,2, 105,8, 103,5, 98,0 i 95,5 proc. Wykazują one tendencję malejącą. Ich wysoki poziom w 1997 roku był spowodowany preferencyjną podwyżką płac nauczycieli akademickich w 1996 r. Należy tu przypomnieć, że średnie wynagrodzenie nauczyciela mianowanego wynosiło w 2000 r. ok. 1950 zł, zaś w 2001 r. będzie wynosiło 2117 zł. Stąd wniosek oczywisty, o pilnej potrzebie wprowadzenia nowego systemu wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym.
Wprowadzenie nowego systemu wynagrodzeń, rozłożonego na 3 etapy, planowane jest w ramach nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym. Brak wystarczającego kompromisu w stosunku do ustawy całościowej ogranicza obecnie możliwości jedynie do nowelizacji ustawy i to tylko w zakresie spraw najważniejszych, nie budzących kontrowersji. Jedną z nich jest wdrożenie nowego systemu wynagrodzeń. W planowanym systemie przyjęto, że średnie wynagrodzenie asystenta, które obecnie kształtuje się na poziomie 74 proc. średniego w gospodarce narodowej, wzrośnie od września br. do poziomu 81 proc., w roku 2002 do poziomu 91 proc., zaś w 2003 roku – do poziomu 100 proc. Wynagrodzenie profesora będzie 2,8 razy wyższe od płacy asystenta. Jestem przekonany, że taki system będzie stanowił wystarczającą motywację do zatrudniania najlepszych i do zdobywania kolejnych stopni na drodze awansu zawodowego. Możliwe też będzie stawianie wymagań, wśród których jednym z ważniejszych będzie konieczność uzyskania zgody rektora na podjęcie pracy poza uczelnią macierzystą. Rozwiązanie takie jest popierane przez KRASP i RGSzW, a także akceptowane wstępnie przez związki zawodowe. Oby więc doczekało się ono szybkiej realizacji w parlamencie obecnej kadencji.
|