Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 1/2001

W pogoni za wskaźnikiem
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Kształcenie polskiej młodzieży jest zbyt ważnym problemem, 
aby pozostawić go ludziom niekompetentnym.

Rudolf Michałek

Fot. Stefan Ciechan

Rozwój gospodarczy każdego kraju pozostaje w ścisłym związku z rozwojem nauki i techniki, a polega na wykorzystaniu ich osiągnięć w procesie rekonstrukcji wszystkich gałęzi gospodarki. Choć stwierdzenie to wydaje się oczywiste, w polskich warunkach jest ciągle niedostatecznie docenione. W pewnym sensie można to tłumaczyć poziomem zamożności społeczeństwa, gdyż obszary ubóstwa, a nawet nędzy, są niepokojąco duże. O strategii gospodarczej kraju decydują zawsze politycy, wybierani i rozliczani przez wyborców. Wobec trudnych dylematów społecznych restrukturyzację i modernizację gospodarki zostawia się „na jutro”. W efekcie, pomimo corocznego, stosunkowo wysokiego tempa wzrostu produktu krajowego brutto, głodnych stale przybywa, wprowadzane reformy okazują się za drogie, a przede wszystkim nieefektywne i uciążliwe dla większości społeczeństwa. Pycha i zarozumiałość rządzących, przechwalających się wprowadzaniem reform, bez oglądania się na ich skutki społeczne i ekonomiczne, doprowadza z powrotem do podziału społeczeństwa na władzę i resztę. Okazuje się, że nawet demokratyczne wybory nie muszą likwidować starych podziałów. Nowa władza ma nowe potrzeby, nowe zobowiązania i nowych „znajomych”, stąd też złożone w trakcie kampanii obietnice nie znajdują szansy na pełną realizację i proces alienacji władzy zaczyna się powtarzać.

PARADOKS DOSTĘPU

Wypowiadając te gorzkie słowa mam świadomość wszystkich wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań oraz ciążących na nas skutków zastoju i zadłużenia, ale każdemu musi przyświecać nadzieja, że pomimo trudności stopniowo wychodzimy na prostą. Niestety, tej nadziei obecnie mamy za mało. Jako przedstawiciel nauki nie należę ani do głodujących, ani też do zamożnej elity. Przyjęta filozofia życia nauczyła mnie patrzenia perspektywicznego – co będzie jutro? W chwilach rozważań przypominam sobie słowa Jana Zamoyskiego: takie będą Rzeczpospolite, jakie jej młodzieży chowanie. Mam na myśli problem edukacji społeczeństwa, zwłaszcza zaś nierównych szans dzieci i młodzieży z rodzin zamożnych i ubogich. Obawiam się, że dla tej drugiej proces edukacyjny może kończyć się co najwyżej na poziomie szkoły średniej.

Już słyszę głosy protestu. Przecież nigdy dotąd nie mieliśmy tak wysokiego wskaźnika scholaryzacji. Stale przybywa uniwersytetów i wyższych szkół państwowych, nie mówiąc już o prywatnych, które rozwijają się jak grzyby po deszczu. To prawda, ale problem dostępności i równych szans stale narasta. Powiedziałbym, że dostępność biednej młodzieży do wiedzy proporcjonalnie maleje wraz ze wzrostem liczby szkół prywatnych oraz przyjęć na studia zaoczne i wieczorowe. Jest to swoistego rodzaju paradoks. jako przedstawiciel środowiska wiejskiego boleję nad brakiem perspektyw młodzieży wiejskiej, a także tej ubogiej z miast.

Obserwując przemiany w środowisku akademickim, mam mieszane uczucia, czy idą one we właściwym kierunku, czy rozmiary, a przede wszystkim struktura kształcenia, zaspokoją potrzeby kadrowe nowoczesnej gospodarki. Wprawdzie dyplom wyższej uczelni nie gwarantuje jej absolwentowi miejsca pracy w określonym zawodzie, jednak nowocześnie zorganizowane społeczeństwo potrzebuje dobrze przygotowanej kadry na poziomie wyższym, z zachowaniem właściwych proporcji. U nas te proporcje zagmatwały się i od kilku lat widać wyraźną modę na niektóre kierunki studiów. Wśród nich najwyższym uznaniem cieszą się: ekonomia, zarządzanie, marketing, prawo, ochrona środowiska, psychologia. Zdecydowanie w odwrocie są tradycyjne kierunki uniwersyteckie, studia o profilu technicznym i rolniczym. Do mody i rynku szybko przystosowują się wszystkie uczelnie, ograniczając nabór na stare kierunki, wprowadzając szeroki wachlarz nowych specjalności i specjalizacji, nie zawsze w zgodzie z umiejętnościami własnej kadry nauczającej. Często na nowych specjalnościach kształci się według starych programów. Trudno przecież kadrze w podeszłym wieku całkowicie się przebranżowić. Żeby dobrze uczyć, trzeba samemu być przygotowanym, żeby rozpalać uczniów, trzeba samemu płonąć. Zastanawiam się też, czy gwałtowna zmiana w gustach młodzieży jest wynikiem dokonujących się transformacji społeczno-gospodarczych, poszukiwania dla siebie najwyższego miejsca na drabinie hierarchicznej w społeczeństwie, czy też są inne powody obecnych tendencji? Trudno na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie, bo i uwarunkowania takich postaw są różnorodne.

Z własnych obserwacji i osobistych kontaktów z różnorodnymi środowiskami młodzieży odnoszę wrażenie, że poza dążeniem do najlepszego ustawienia się w życiu – co zresztą jest sprawą normalną, a nawet pozytywną – o doborze kierunku studiów decydują kompleksy wyniesione ze szkoły średniej. Duży udział fizyki, chemii i matematyki w planach nauczania z góry ustawia kandydatów negatywnie do tych przedmiotów. Problem jest poważny i leży na pewno w reformie nauczania na poziomie podstawowym i średnim. Czy wprowadzane reformy to unormują? Trudno dzisiaj jednoznacznie odpowiedzieć. Obawiam się jednak, że wręcz pogłębią różnice w przygotowaniu młodzieży wiejskiej w porównaniu do środowisk wielkomiejskich.

DEKLAROWANA JAKOŚĆ

Czas upływa szybko, a niepokojące trendy ciągle się utrzymują. Przy obecnej strukturze kształcenia, będziemy tylko handlować i sądzić. Kto się zajmie produkcją, przetwarzaniem i uszlachetnianiem produktów? Żeby handlować, trzeba mieć czym. Dzisiejsze nadwyżki na rynku w dużej mierze są konsekwencją ubóstwa społeczeństwa, którego znaczna część nie dojada, nie kupuje lekarstw, mało czyta i nie korzysta z osiągnięć cywilizacyjnych i kulturalnych. Teatr i kino zastąpiła telewizja; dobre i to, ale na dłuższą metę niewystarczające, ogłupiające – szczególnie młodzież. Każda transformacja jest trudna i wymaga cierpliwości, czasami ofiar. Chodzi tylko o to, aby ten okres maksymalnie skrócić i z wiarą oraz nadzieją oczekiwać lepszego jutra.

Śledząc jednak przygotowywany projekt budżetu na pierwszy rok XXI wieku z niepokojem zauważam kolejne cięcia w sferze nauki i edukacji, a trzeba pamiętać, że inflacja w tych działach jest znacznie wyższa od średniej krajowej, bo inne parametry o niej decydują. W tych warunkach w nowe milenium wejdziemy przy zaostrzającym się konflikcie wewnątrz poszczególnych pionów nauki i edukacji. Wprawdzie ukazujemy pozytywny obraz przemian i stale rosnący trend w rozwoju szkolnictwa wyższego, ale należy wszystkim uzmysłowić, że wydatki z budżetu, w przeliczeniu na jednego studenta, systematycznie maleją. trwa wyścig uczelni po pieniądze do MEN i KBN. Przy stale rosnących rozmiarach kształcenia nikt nie uwzględnia wskaźnika jakościowego. nawiasem mówiąc, środowisko naukowe w pewnym sensie ma swój udział w malejących corocznie dotacjach. Bo z jednej strony głośno krzyczymy, że brakuje pieniędzy na wszystko, z drugiej zaś, gdy chcemy otwierać nową uczelnię, wydział czy punkt konsultacyjny, to z pychą pokazujemy wysoki standard i kosztowne urządzenia. Miałem „przyjemność” recenzowania niektórych wniosków o powołanie prywatnych uczelni. Czego tam nie było – wspaniała kadra, jeszcze lepsze wyposażenie. Wszystko, niestety, w formie deklaracji. Rzeczywistość jest smutna i szara. Żal mi tylko naciągniętych studentów, którzy dodatkowo za marne kształcenie muszą płacić duże pieniądze.

KARUZELA SIĘ KRĘCI

Pamiętam lata 80. i całą dyskusję nad ustawą o szkolnictwie wyższym. Wszyscy postulowali obniżenie pensum dydaktycznego, bo zbyt wysokie szkodzi jakości kształcenia. W skrajnych przypadkach sugerowano nawet zniesienie tego pensum. Chodziło też o zmniejszenie liczebności grup studenckich, no i nade wszystko o pełną autonomię środowisk akademickich. To miało gwarantować podnoszenie poziomu kształcenia i wychowania. Od 1990 r. mamy nową ustawę i dużą samorządność. Sami wybieramy władze akademickie, ustalamy plany i programy nauczania. I co, mamy pełny komfort psychiczny? Niestety, zamiast komfortu mamy nowe i poważne problemy. Zmuszeni konkurencją i niedostatkiem środków finansowych czynimy odwrotne działania. Stale podnosi się wysokość pensum; dobrze, że przynajmniej istnieje ustawowa górna granica. Zwiększa się liczebność grup. Obniżając wymiar zajęć zmienia się proporcje pomiędzy wykładem a ćwiczeniami i seminariami. Wszystko ze względów oszczędnościowych. w dni ustawowo wolne od pracy rezygnuje się z kwantyfikujących czas pracy wskaźników przeliczeniowych. Przede wszystkim jednak zmienia się proporcje kształcenia, stale zwiększając nabór na płatne studia niestacjonarne. W efekcie dochodzimy do paradoksu, że za lepsze studia dzienne studenci nie płacą, a za znacznie gorsze zaoczne muszą płacić czesne, którego wysokość wcale nie zależy od ponoszonych kosztów kształcenia, tylko od mody na dany kierunek. To kolejny krok pogłębiający dystans pomiędzy uczelniami, a wymagający natychmiastowego przeprofilowania ofert kształcenia.

Do tego dochodzi jeszcze stale rosnąca konkurencja ze strony uczelni prywatnych, których liczba przyrasta w sposób niekontrolowany. Wprawdzie decyzję o ich powołaniu wydaje minister, po zaopiniowaniu wniosku szkoły przez Radę Główną Szkolnictwa Wyższego, ale zawsze naciski założycieli są silniejsze od odporności ministra. Zresztą, jego nadzór sprowadza się do oceny przedstawionego stanu kadrowego. Z tym organizatorzy nie mają problemu. Składają oferty kadrze naukowej szkół państwowych i uzyskują ich gotowość do podjęcia u nich pracy, oczywiście z zachowaniem dotychczasowego stanowiska w macierzystej uczelni. Czy to jest w porządku? Od strony prawnej jak najbardziej. Ustawa o szkolnictwie wyższym nie zabrania nauczycielom akademickim podejmowania pracy w innych uczelniach. Stąd też mamy coraz liczniejsze przypadki wieloetatowości. Zresztą stosunkowo niskie zarobki w macierzystych uczelniach sprzyjają temu procederowi. W codziennej praktyce jednak bardziej utytułowani nauczyciele nie mają czasu na prowadzenie tam zajęć, poprzestając jedynie na firmowaniu tej jednostki swoim nazwiskiem – z obopólną korzyścią zresztą. Powie ktoś, w czym problem, jeśli obydwie strony są zadowolone? Problem jednak istnieje, i to zarówno w sferze moralnej, jak i w jakości kształcenia na poziomie akademickim. Różni się ono tym, w porównaniu z niższymi szczeblami edukacji, że nauczyciele akademiccy w przekazywanej wiedzy zawierają pierwiastek własnych osiągnięć badawczych. Uczą nie tylko o samym zjawisku, ale także o mechanizmach jego powstawania i przebiegu. To wynoszą z prowadzonych badań i tego nie da się zastąpić choćby najlepszym przygotowaniem do zajęć. Karuzela się kręci, liczba uczelni przyrasta, rośnie wskaźnik scholaryzacji, przyrasta też kadra naukowa – dościgamy, a nawet przeganiamy w tym Europę.

KRYTERIA POLITYCZNE

Więc o co chodzi? W wielu powstających szkołach prywatnych jakość kształcenia niewiele różni się od poziomu szkół średnich, mamy rektorów w togach, ale bez ukończonych studiów, wielu zdegradowanych polityków zamienia się w „profesorów” itd. Skąd mają zresztą wiedzieć, że nie reprezentują poziomu akademickiego? Mają tupet, przebicie i własne zaplecze polityczne. Wykorzystując te cechy i okoliczności próbują reformować prawo o szkolnictwie wyższym, zmieniać dla własnych potrzeb ustawę o tytule naukowym i stopniach naukowych. Postulują zlikwidowanie habilitacji i tytułu naukowego profesora, gdyż w ich mniemaniu proponowane zmiany przyśpieszą i ułatwią karierę naukową. Ale komu? W uzasadnieniu swoich racji wskazują na wiele przykładów z krajów wysoko rozwiniętych, gdzie nie ma ani habilitacji, ani tytułu profesorskiego, a nauka i standardy kształcenia stoją na wysokim poziomie. Pamiętać jednak należy, że tam na stanowisko profesora wybiera się najlepszego spośród kandydatów, a kryteria konkursu przekraczają wymogi naszej ustawy o tytule naukowym. W naszych warunkach konkurs jest zwyczajną fikcją i ogłasza się go mając na uwadze konkretnego kandydata na dane stanowisko.

Wierzę, że i u nas, może nawet w niedalekiej przyszłości, wprowadzać będziemy dobre i sprawdzone kryteria doboru kadry naukowej. Obawiam się jednak, że natychmiastowe zniesienie habilitacji i tytułu profesora spowoduje zmianę kryteriów awansowych z merytorycznych na polityczne. Mamy w tym względzie wiele smutnych doświadczeń, choćby z grupą tzw. docentów marcowych. W efekcie więc, zamiast uzdrawiać sytuację, będziemy ją bardziej pogrążać.

Aktualnie obowiązująca ustawa ma także wiele wad i niesie poczucie niesprawiedliwości. Za szybko powstała i za długo jest weryfikowana. Przytoczę choćby przykład zniesienia w uczelniach stanowiska docenta. W efekcie, przy tych samych kwalifikacjach, osoba posiadająca stopień naukowy doktora habilitowanego może być zatrudniona na trzech różnych stanowiskach: docenta (jeśli było nadane przed ustawą), adiunkta bądź też profesora nadzwyczajnego. Kryteria awansu są bardzo enigmatyczne i zależą od różnorodnych uwarunkowań, często odbiegających od merytorycznych.

Nie pozwólmy, aby za naszymi plecami politycy przygotowywali własną wizję prawa o szkolnictwie wyższym, nie tylko bez naszego udziału, ale nawet w tajemnicy przed nami. Kształcenie polskiej młodzieży jest zbyt ważnym problemem, aby pozostawić go ludziom niekompetentnym. Podjęte decyzje mogą spowodować negatywne skutki, trudne do zlikwidowania przez długie lata.

Prof. dr hab. inż. Rudolf Michałek, specjalista w zakresie organizacji i ekonomiki techniki rolniczej, kierownik Katedry Mechanizacji Rolnictwa Akademii Rolniczej w Krakowie, członek korespondent PAN.

Komentarze