Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 1/2001

Zlota rybka
Poprzedni Następny

Polemiki

Opieranie nauki na „potrzebach społeczeństwa” jest wielką naiwnością. 
Stąd już prawie krok do pomysłu, by to właśnie społeczeństwo 
(np. poprzez audiotele) decydowało, kto ma dostać pieniądze.

Andrzej Sitarz

Fot. Stefan Ciechan

Wiktor Niedzicki dramatycznie apeluje o wizjonerstwo w uprawianiu nauki, gromko wołając: dajcie nam cel! I bardzo słusznie. wizja, dalekowzroczność i odwaga patrzenia ciut dalej są nam jak najbardziej potrzebne. Tyle że chyba nie najlepiej zostali dobrani adresaci tego apelu. wizję powinni mieć przede wszystkim decydenci i politycy, tak jak w zacytowanych przykładach margaryny czy lotu na Księżyc. A co jeszcze ważniejsze – powinni być cierpliwi w realizowaniu tej wizji.

BANAŁY: NOBEL DLA POLAKA

Muszę przyznać, że retoryczne pytania: „Gdzie są nagrody Nobla dla polskich naukowców?” czy: „dlaczego kupujemy licencje?” brzmią bardzo demagogicznie. Zwłaszcza, jeśli porówna się wysokość nakładów na sprzęt i ludzi, łożonych nie tylko przez rządy, ale i przez przemysł, u nas i w krajach rozwiniętych, przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Tak, tak, odkrycia dziś dokonywane są niejednokrotnie owocem inwestycji dokonywanych przed laty, a nagrody Nobla za nie zostaną być może przyznane za kilkanaście lat. Z kolei licencje, oczywiście, jest taniej i łatwiej kupić niż przechodzić samemu żmudną drogę badań, prototypów, wyważając niejednokrotnie otwarte już drzwi. Dla rozwoju Polski (nawet jako części Unii Europejskiej) istotne jest nie to, czy teraz to robimy, ale czy będziemy też zmuszeni to robić za 20 czy 40 lat.

Powiedzenie, że „nie od razu Kraków zbudowano” nie ma więc, jak widać, wzięcia w Warszawie – „dajemy (małe) pieniądze i oczekujemy (wielkich) rezultatów” – a jeśli tego Nobla dla Polaka jeszcze nie ma, to zaczynamy się złościć?

DIAGNOZY: KONKURS AUDIOTELE

Demokracja w nauce nie jest najlepszą rzeczą i słusznie to Wiktor Niedzicki wypunktowuje, niemniej nie należy przechodzić z deszczu pod rynnę. Opieranie nauki na „potrzebach społeczeństwa” jest wielką naiwnością. stąd już prawie krok do pomysłu, by to właśnie społeczeństwo (np. poprzez audiotele) decydowało, kto ma dostać pieniądze. Wykręca się numer (dodatkowy zysk, bo połączenie można ustalić na 4 zł za minutę), trzeba odpowiedzieć na jakieś pytanie (by nie było, że to zupełni ignoranci decydują: coś typu, ile jest 2 razy 2), a potem tylko wcisnąć numer projektu, który popieramy. Proste i ekonomiczne, prawda? Odpadają kosztowne recenzje, koszta delegacji, nie mówiąc o żmudnym wypełnianiu wniosków o grant. 

Przepraszam za ironię, ale nauka ma to do siebie, że nie zawsze społeczeństwo wie, co warto, a czego nie warto finansować i co może przynieść korzyści. Np. kilkanaście lat temu mało kto ośmieliłby się zapewne uznać teorię liczb za „ważną dla potrzeb społeczeństwa”. Ba, nawet jej badacze dumni byli z zajmowania się kompletnie bezużyteczną nauką. Czy ktoś zaryzykowałby takie stwierdzenie dzisiaj, gdy kryptografia, kodowanie przesyłania danych i sporo podobnych problemów jest w centrum uwagi?

Tego typu dalekowzroczności i odwagi trzeba wymagać od rządzących. Niestety, rząd polski też nie za bardzo wie, co badać. Wystarczy rzucić okiem na tzw. celowe i zamawiane projekty badawcze w Polsce, by przekonać się, że sporo z nich służy jedynie opracowaniu statystyk rządowych czy wojewódzkich, strategii rozwoju, prognoz ekonomicznych, a nie właściwym badaniom, i powinno być finansowane przez administrację lub przemysł, nie zaś z budżetu nauki.

WIZJONERZY CZY "MILIONERZY"?

Nie oszukujmy się, że Polska może samodzielnie przeprowadzić jakiś większy projekt naukowy, zwłaszcza że nie istnieje w Polsce praktycznie żaden przemysł zaawansowanych technologii. Nikt odpowiedzialny nie rzuci hasła budowy statku na Marsa – toż nawet nie stać nas na własnego satelitę telekomunikacyjnego. Podobne projekty wykluwają się w wielkich międzynarodowych laboratoriach i dla nas ważne jest po prostu, byśmy mieli w tym swój istotny udział. Podobnie trzeba promować Polskę poprzez tworzenie i zachęcanie do tworzenia i rozwijania wyspecjalizowanych laboratoriów w naszym kraju – chociażby przy wsparciu i w ramach programów UE. I rzeczywiście, do tego potrzebni są wizjonerzy, ale przede wszystkim potrzebni są znakomici naukowcy. Utkwiła mi w głowie odpowiedź przedstawiciela Deutsche Forschungsgemeinschaft, który na moje pytanie, jakie są preferencje DFG, odpowiedział krótko: jakość. Tak proste, że aż się wierzyć nie chce, prawda? Może więc tędy droga?

Tylko że jakość ma, niestety, swoją cenę. Samo wizjonerstwo naprawdę niewiele da, jeśli jakość naszej nauki będzie spadać, a światowej klasy uczeni polscy będą pracować poza Polską. Zresztą, czyż można nazwać polskimi uczonymi ludzi, którzy większość dochodów otrzymują z zagranicy?

Wizjonerem naprawdę nie jest łatwo zostać, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W pogoni za normalnym życiem naukowcy dorabiają, jeżdżą (za chlebem...), piszą wnioski o granty, niezliczone ilości raportów i sprawozdań. Czy kogokolwiek stać na ryzyko zmiany tematu lub poświęcenia kilku lat na obiecujący, lecz ryzykowny projekt badawczy? I co więcej – czy warto się poświęcać dla Ojczyzny za pieniądze wielokrotnie niższe od apanaży samorządowych czy poselskich?

Może warto dawać najlepszym ludziom tę szansę? Tylko trzeba jasno powiedzieć: jeśli chcemy odnosić jakiekolwiek sukcesy, to, niestety, nie przyjdzie to za darmo.

MILIARD W ROZUMIE?

Punkt widzenia, jaki reprezentuje Wiktor Niedzicki jest – jak mi się wydaje – typowo „medialny”. Nie ma wizjonerów, nie ma wizji – nie ma o czym pisać, nie ma co pokazywać. Zaiste, jest to prawda. Mało kogo interesują skomplikowane badania czy udowodnienie kolejnego tematu do jakiegoś twierdzenia. Wystarczy tylko, że ktoś ogłosi, iż jego piramidki emitują jakieś pole, zbuduje superzderzak czy rakietę na Marsa ze starej warszawy, a już nie będzie mógł się opędzić od kamer telewizyjnych, a kto wie, może nawet dostanie medal od premiera? Wszak i Discovery Channel prezentował, na równi z innymi wynalazcami i postaciami, hochsztaplera od zginania łyżeczek Uri Gellera.

Powiedzmy sobie jednak wprost – ludzie chcą to oglądać i jest to ich święte prawo, choć przyznam, że wolałbym, by przynajmniej telewizja publiczna była rzetelna i np. nie podawała w głównym wydaniu programu informacyjnego bajdurzeń astrologów, jak to miało miejsce przed zaćmieniem Słońca ponad rok temu.

Niemniej jednak, wcale nie jest prawdą, że nauki nie da się sprzedać. Ba, co więcej, nauka w końcu i tak wygrywa z hochsztaplerką. Ale to jest rola popularyzatorów, w tym m.in. dziennikarzy. Jakimś cudem, za czasów mojego dzieciństwa, inteligentny program „Sonda” potrafił przyciągnąć ludzi. Wiedza i nauka mogą być niesamowitą przygodą, więc może warto to wykorzystać?

Oczywiście, wszystko wymaga chęci i pracy. Zupełnie zrozumiałe jest dla mnie, że łatwiej przetłumaczyć kawałek z „Nature” czy „New Scientist” niż wydobyć coś ciekawego od polskiego uczonego. Zwłaszcza że dla wielu gazet, telewizji czy wydawnictw popularnonaukowych świat zaczyna się i kończy na Warszawie. Ale może warto? Kto wie, czy nie okazałoby się wtedy, że jednak mamy w kraju ludzi, którzy są blisko światowej nauki – nie tylko robią ciekawe rzeczy, ale i potrafią o nich opowiedzieć?

WIELKA GRA

Mimo wszystko rozumiem, o co chodzi Wiktorowi Niedzickiemu. wspaniale byłoby mieć Wielki Cel, Wielki Projekt. Ech, sam z radością popracowałbym nad polską bombą atomową czy choćby działem elektromagnetycznym. Tyle że te czasy już minęły. Dziś jest czas wielkich międzynarodowych projektów, wspólnych przedsięwzięć, które nie są wyłącznie narodowe. Nie można żyć iluzją wielkiej wizji czy wielkich odkryć, gdy kto wie, czy nie ważniejsze mogą być drobne wizje bądź kawałki wielkich wizji układane jak puzzle. Wierzę, że i to ma sens, przynosi korzyść i jest głęboko potrzebne. jestem przekonany, że w osobie pana Niedzickiego polscy naukowcy znajdą sojusznika. To też jest wizja nauki, wizja rozwoju, a wielką rolą mediów jest prezentowanie tej misternej układanki. Sporo można też dyskutować nad naszymi „prowincjonalnymi” kawałkami. Wiele jest pytań i problemów, które może warto zadać i szukać na nie odpowiedzi. Jak to w końcu jest z energetyką jądrową? Stać nas na niewybudowanie elektrowni jądrowej czy nie? Co z polskim miejscem na orbicie geostacjonarnej (jeśli takowe jeszcze mamy)? Czy można ściągnąć do Polski przemysł high-tech i jak to zrobić?

Oczywiście, można nadal czekać na wielką wizję, która zelektryzuje naukę w Polsce oraz będzie z pożytkiem dla wiedzy i społeczeństwa, będzie zrozumiała i jeszcze wciągnie szerokie grono naukowców z różnych dziedzin. Ja zresztą mam już gotową propozycję: badania nad wyhodowaniem złotej rybki, która spełni nasze trzy narodowe życzenia. Wybitnie interdyscyplinarny projekt, który zainteresuje genetyków, biologów molekularnych, chemików (wszak rybka ma być złota), fizyków (ani chybi spełnianie życzeń musi jakoś wykorzystywać zasadę nieoznaczoności), nie mówiąc o inżynierach (akwarium dla złotej rybki). Sukces murowany. Jeśli tylko, oczywiście, będziemy w stanie takie trzy wspólne życzenia Polaków jakoś uzgodnić.

Dr Andrzej Sitarz jest fizykiem, pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego, obecnie przebywa we Francji na europejskim stypendium Marie Curie.

Komentarze