Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

O nauce do ludzi
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Popularyzacja osiągnięć naukowych i nauki jako takiej jest w Polsce 
wciąż niedorozwinięta. Więdnie też sama nauka, chronicznie niedofinansowana. 
Jedno z drugim jest związane. Co można poradzić?

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Na początku dziejów ludzkości dokonało się pomieszanie języków. W nauce podobny proces miał miejsce już w czasach historycznych. Dawne, dobre czasy starożytnych filozofów, rozważających całościowo tajemnice świata i kondycji ludzkiej, odeszły w przeszłość. Drzewo rozumowego poznania rzeczywistości rozrosło się niepomiernie, a „mieszkańcy” różnych, zwłaszcza odległych, gałęzi niewiele o sobie wiedzą i mówią innymi językami. Często nawet w ogóle nie są tych innych ciekawi.

Publikacje naukowe są zazwyczaj pisane językiem hermetycznym, czytelnym głównie dla specjalistów w danej dziedzinie. Tak zwana szeroka publiczność nie ma szans, by bezpośrednio, z pierwszej ręki dowiedzieć się, co też porabiają naukowcy w swoich pracowniach i czego dokonali. Podobnie ich koledzy z innych dziedzin. Większość gałęzi nauki, a także wiele spośród pomniejszych specjalności, wytworzyło swój specyficzny język. Jednym z najważniejszych elementów przygotowania do pracy naukowej jest biegłe opanowanie jej slangu.

Nauka jest istotną częścią naszej kultury, w szerokim sensie tego słowa. Współczesna cywilizacja, zwana zachodnią, ale obejmująca coraz większe połacie naszego globu, opiera się w przeważającej mierze na osiągnięciach naukowych. Od czasów Oświecenia poznanie rozumowe jest wysoko cenione, głównie zresztą dzięki swej skuteczności, tj. możliwości przełożenia osiągnięć teoretycznych na codzienne życie. Większość z nas żyje dziś w środowisku wypełnionym produktami techniki i technologii, których powstanie było możliwe dzięki odkryciom dokonanym w pracowniach uczonych.

Z NAUKOWEGO NA NASZE

Poszczególne dyscypliny naukowe nie mogą istnieć i rozwijać się w izolacji od całego świata, a w szczególności od innych, zwłaszcza pokrewnych, specjalności. Wymiana informacji, idei, myśli wymaga pokonania barier komunikacyjnych, czyli przełamania wspomnianego pomieszania języków. Podobnie, jak to się dzieje w przypadku kontaktów ludzi mówiących różnymi językami, potrzebni są tłumacze potrafiący przekazać treści wypowiadane przez jedną stronę w sposób zrozumiały dla drugiej.

W krajach anglosaskich takich tłumaczy slangu naukowego na język powszechnie zrozumiały określa się mianem science writers. Często są oni zaliczani do grona żurnalistów, pisują bowiem głównie do gazet i czasopism. Pracują nie tylko piórem, pojawiają się też w innych mediach, opowiadając w sposób przystępny o tym, co ciekawego robią uczeni, dlaczego jest to interesujące i – co ważne – jakie mogą być konsekwencje dokonywanych odkryć, czy to w odniesieniu do obrazu świata, czy w praktycznych zastosowaniach.
U nas o takiej działalności mówi się zwykle jako o popularyzacji nauki, które to określenie kojarzy się raczej z mówieniem czy pisaniem dla szerokiej publiczności (co również ważne – na ten temat parę słów poniżej). Często też towarzyszą temu skojarzeniu dalsze – spłycania, nadmiernych uproszczeń, poszukiwania na siłę sensacji lub wręcz odchodzenia w stronę pseudonauki. Dlatego zapewne tak niewielu naukowców, specjalistów w swoich dziedzinach, czyta artykuły czy książki popularyzujące inne gałęzie wiedzy. Poza tym coraz mniej jest takich, dla których praca jest wyrazem ogólnej ciekawości świata i powołania do poszukiwania praw nim rządzących oraz Prawdy.

NAUKA POLITYCZNA

Podejrzewam (badań nie prowadziłem), że większość uczonych żywi przekonanie, iż uprawianie nauki nie ma nic wspólnego z polityką. Nawet w czasach PRL placówki naukowe często były azylem wolności od obowiązującej ideologii, partyjności i innych uwarunkowań politycznych. Uprawiając w tamtych czasach np. matematykę, astronomię czy biochemię, można było mieć poczucie dużej swobody intelektualnej, choć i tu jedynie słuszna postawa polityczna potrafiła dać znać o sobie, m.in. w postaci cytatów z uchwał zjazdów partii we wstępie do podręczników fizyki.

Wraz z nastaniem demokracji skończyła się presja ideologiczna, wydawało się więc, że nauka tym bardziej może rozkwitnąć. Ale jest wręcz przeciwnie! Jeden z podstawowych mechanizmów państwa demokratycznego to redystrybucja pieniędzy, zabieranych obywatelom w formie podatków na cele ogólnospołeczne. Część z nich idzie m.in. na finansowanie nauki. Zatem, nawet jeśli naukowcom zdaje się, że oderwali się od polityki, polityka nie chce się odczepić od nich. Ponieważ zaś filarem demokratycznej polityki są powszechne wybory, na owo finansowanie nauki pośrednio ma wpływ każdy obywatel.

To właśnie jeden z powodów, dla których statystyczny Kowalski albo Nowak mogą być zainteresowani postępami polskiej astrofizyki, biologii czy paleografii. Co prawda, dla większości najważniejsza jest doraźność, ale w szerszej perspektywie każdy wyborca powinien przynajmniej mieć możliwość dowiedzenia się, na co poszła część jego pieniędzy. Popularyzacja nauki jest więc potrzebna publiczności szerszej niż tylko nieliczna grupka ludzi ciekawych wszystkiego – „dziwaków”, którzy znajdą się w każdej społeczności.

CIEKAWOŚĆ ŚWIATA

Można więc zaryzykować stwierdzenie, że czym dla polityki jako takiej są media – czwarta władza, tym dla nauki jest „pisarstwo naukowe”. Dziennikarze w ogólności pełnią m.in. rolę pośrednika między społeczeństwem a sprawującymi rozmaitą władzę jego przedstawicielami. Z jednej strony, w imieniu wyborców kontrolują i wyrażają ich oczekiwania, z drugiej – wyjaśniają sens i konsekwencje podejmowanych przez rządzących decyzji. Jest to zarazem zaszczytna misja i bardzo ważny element nowoczesnej demokracji.

Tak pojęta rola dziennikarstwa bywa jednak wystawiana na liczne niebezpieczeństwa. Najgroźniejsze jest sprzeniewierzenie się bezstronności i obiektywizmowi w opisie rzeczywistości. Presja konkurencji na rynku mediów prowadzi do pewnego „preparowania” faktów. Najważniejsze staje się znajdowanie „niusów”, które przyciągną czytelnika czy widza. Czasem jest to kwestia wyeksponowania jednej spośród wielu różnych wiadomości, kiedy indziej pewnego „podkolorowania”. Ogólnie chodzi o uczynienie z informacji dobrze sprzedającego się towaru. Nie od dziś zaś wiadomo, że najlepiej sprzedają się sensacje i niecodzienności. Dlatego niejednokrotnie o wydarzeniach najzwyklejszych mówi się i pisze, jakby były niemal cudowne.

Niusów mogą dostarczyć nie tylko psy pogryzione przez ludzi, ale i uczeni. Redaktorzy i dziennikarze odkryli to już dawno. W serwisach PAP doniesienia na tematy „naukowe” pojawiają się więc obok wojen, bieżącej polityki, sportu i kryminałków. Ponieważ jednak spektakularne odkrycia trafiają się raczej rzadko, trzeba się trochę postarać, by „usensacyjnić” to i owo, a w dodatku podać w formie dostępnej dla przeciętnego odbiorcy, czyli w kilku niezbyt skomplikowanych zdaniach. Często, kiedy się czyta takie „wiadomości ze świata nauki”, widać jak na dłoni, że przygotowujący je dziennikarz nie tyle uprościł, co strywializował sprawę, a przy okazji, że sam niewiele zrozumiał. Jeśli jednak wiadomość istotnie okazała się nośnym niusem o pozytywnym wydźwięku, nawet uczony, o którego prace chodzi, nie będzie miał za złe. Zyskuje przecież popularność (a któż jej nie lubi), co może się przełożyć na zwiększenie możliwości uzyskania pieniędzy – wszak decydenci też oglądają telewizję i czytają gazety.

KTO DO PIÓRA?

Pisać o nauce dla niespecjalistów każdy może. Ale żeby robić to kompetentnie i dobrze, trzeba wiedzy, sprawnego pióra, przynajmniej odrobiny talentu, a przede wszystkim ciekawości świata i szerokich horyzontów myśli. Trzeba też chęci i czasu, by szukać, czytać, rozmawiać, myśleć. Za popularyzację biorą się niekiedy aktywni naukowcy, jednak dotyczy to zwykle ich własnego pola badań i jest działalnością incydentalną, jako że sama praca naukowa zabiera wiele czasu, a i korzyści z popularyzacji są raczej symboliczne. Któż zatem miałby to robić?

Wielu jest powołanych, lecz mało wybranych – te słowa z Ewangelii św. Mateusza pasują do sytuacji ludzi, którzy poszli drogą tak zwanej kariery naukowej. Istotnie, wielu prowadzi badania i produkuje publikacje. Jednak nie wszyscy oni nadają się do tego, co robią. Nie wszyscy dokonują odkryć, są w stanie formułować nowe hipotezy czy budować teorie. Nieliczni zyskują uznanie społeczności naukowej, nagrody, doktoraty honorowe. Tylko nieliczne jednostki mają szansę znaleźć się w panteonie naukowej sławy, dostając Nagrodę Nobla.

O tych, którzy zrobili tak rozumianą karierę naukową wiele się mówi publicznie. Mniej zaś o pozostałych, którzy podobnie zaczynali, jednak z braku szczęścia, warunków, predyspozycji intelektualnych czy osobowościowych nie osiągnęli znaczących sukcesów. Są wśród nich tacy, którzy wszedłszy w „rurę” naukowo-akademicką podążają nią w stronę światełka – emerytury. Produkują niejako pod przymusem „dziełka” przyczynkarskie, a zarazem wykonują – czasem doskonałą – pracę „okołonaukową” lub dydaktyczną. Są też inni, którzy doszedłszy do wniosku, że jednak nie są powołani do uprawiania nauki, opuszczają tę „rurę” i szukają swej drogi życiowej na innych polach. „Przygoda z nauką” daje im jednak umiejętność krytycznego myślenia, dobre pojęcie o metodach pracy naukowej itp. Wśród nich znalazłby się niejeden talent w dziedzinie „pisarstwa naukowego”.

BIURKO DLA PISARZA

Następne istotne pytanie: gdzie tacy „tłumacze międzynaukowi” i specjaliści-popularyzatorzy mieliby pracować? Jasne, że mogą sobie pisać i wysyłać teksty do gazet i czasopism, np. do „Forum Akademickiego”. Jednak z takiego „wolnego strzelectwa” trudno wyżyć, a na znalezienie posady w jakiejś redakcji, co byłoby dość naturalne, trudno liczyć. Niewiele jest bowiem w kraju pism popularyzujących naukę lub przynajmniej mających poświęcone jej stałe, rozbudowane działy. Nawet tytuły istniejące borykają się z trudnościami finansowymi, więc miast inwestować w ludzi, wolą drukować tłumaczenia lub omówienia tego, co napisali zagraniczni science writers.
Nic nie wskazuje, by sytuacja na rynku prasy w ogóle, a w „niszy naukowej” w szczególności, uległa szybkiej poprawie. Należy więc szukać gdzie indziej. W ostatnich latach rozpowszechnił się w polskich ośrodkach akademickich zwyczaj urządzania festiwali nauki. Inicjatywa ze wszech miar pożyteczna. Imprezy te, popularyzujące naukę wśród masowego odbiorcy, z jednej strony zbliżają lokatorów wież z kości słoniowej do zjadaczy hamburgerów, z drugiej zaś są elementem bezpośredniego marketingu uczelni, skierowanego do potencjalnych kandydatów na studia. Mają jednak charakter akcyjny. Wydaje się, że mogłyby mieć znacznie silniejsze oddziaływanie i trwalsze skutki, gdyby były poparte systematycznymi działaniami.

Można by powołać do życia lub wzmocnić i rozbudować istniejące komórki promocji uczelni. W mniejszych ośrodkach akademickich mogą to być jednostki środowiskowe, międzyuczelniane, w większych – afiliowane przy poszczególnych dużych uczelniach, ale „obsługujące” zarazem mniejsze. Do ich zadań należałoby m.in. popularyzowanie nauk uprawianych w danym środowisku, ze szczególnym uwzględnieniem lokalnych osiągnięć, a w perspektywie ogólniejszej – szeroko rozumiane public relations nauki i środowiska akademickiego. Tu właśnie mogą znaleźć swoje miejsce na świecie i miejsce pracy potencjalni mistrzowie popularnonaukowego pióra. Znaleźć ich nie będzie trudno.

Pomysł ten dedykuję obecnym i przyszłym Magnificencjom.

pm@wroclaw.com 

Komentarze