Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 5/2003

Tępienie szkodników

Poprzedni Następny

Życie akademickie

Nie idzie tu o mnie, ja właściwie już przegrałem. Jak łatwo się domyślić, 
zostałem zweryfikowany negatywnie i otrzymałem właśnie wypowiedzenie.

Mikołaj Korzec*

Fot. Stefan Ciechan

W artykułach Taki wydział („FA” z lipca 2002) i Skandalu ciąg dalszy („FA” z listopada 2002) opisałem niektóre moje perypetie spowodowane faktem, iż nie chciałem przejść do porządku nad ewidentnymi nieprawidłowościami w funkcjonowaniu wydziału, na którym pracuję. Dziś pozwolę sobie opisać zastosowany przez władze wydziału i uczelni skuteczny i elegancki sposób załatwiania takich, jak ja „szkodników”.

WYSOKA POZYCJA

W moim przypadku odbyło się to następująco. Na początku października władze wydziału zajęły moje rzeczy: prawie skończoną książkę, kilka artykułów pisanych na okazję różnych konferencji i dużą część pracy, którą zamierzałem przedstawić jako habilitację. Zajęto też materiały dydaktyczne, m.in. autorskie programy wykładów, notatki, prace, protokoły egzaminacyjne itp. O takich drobiazgach, jak prywatne książki, dyktafon z nagraniami z konferencji czy sporządzone dużym nakładem pracy notatki bibliograficzne, nie warto chyba wspominać. Materiały dydaktyczne musiałem oczywiście odtwarzać. Łatwe to nie było, bo zabrano mi potrzebne do sporządzenia programów nauczania materiały. Mimo to, sporządziłem w terminie takie programy. Natychmiast też okazało się, że „nie są one całkowicie zgodne z wytycznymi Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego” (nb. o istnieniu tych wytycznych dowiedziałem się właśnie z pisma informującego o niezgodności z nimi moich programów nauczania; co ciekawe, dokładnie tak samo sporządzane programy były dotychczas akceptowane). Odtwarzanie ocen zajęło mi dobre dwa miesiące. Musiałem też, oczywiście, ponownie sporządzać szczegółowe plany tego, co będę robił na zajęciach, bo wszelkie takie pomoce zajęły władze wydziału.

W tymże czasie dowodziłem rzecznikowi dyscyplinarnemu, że nie przeprowadziłem zajęć dydaktycznych, bo nigdy mi ich nie zlecono (zlecenie otrzymałem 28 października), a następnie przygotowywałem materiały na komisję dyscyplinarną. Psychicznie byłem więc na totalnym luzie i mając tak wiele wolnego czasu starałem się wypełnić go udziałem w seminariach naukowych i pracą w bibliotekach. W moim mieście nie ma, niestety, żadnych seminariów z mojej dziedziny, a stan bibliotek (w interesującej mnie dziedzinie) określić można jako rozpaczliwy. Zakupione przeze mnie ze środków badań statutowych i własnych książki zostały przekazane do biblioteki i z powodu konieczności ich opracowania stały się dla mnie niedostępne. Jedyne, co mogłem zrobić, to uczestniczyć w seminariach i korzystać z bibliotek w innych miastach. Wydawało się to łatwe, bo miałem na ten cel spore środki finansowe w postaci tzw. badań własnych i badań statutowych. Przyznano mi z tych ostatnich dużo pieniędzy, bo jak na nasz wydział, miałem niezłe wyniki. Jako jedyny publikowałem prace w pismach listy filadelfijskiej i jako jeden z niewielu w tzw. pismach punktowanych przez KBN (nie tych najlepszych, ale takich u nas nie było). W tzw. punktacji KBN miałem po prostu bardzo wysoką pozycję.

WALOR TAJNOŚCI

Okazało się jednak, ze delegacji otrzymać nie mogę. Przez kilka miesięcy nie wiedziałem dlaczego. Pisałem pisma do wszelkich możliwych władz, ale odpowiedzi uzyskać mi się nie udało. Nie dostaję ich do dziś i dalej nie znam powodów odmowy. W styczniu dowiedziałem się, że nie mam po co składać pisma o przedłużenie zatrudnienia, bo i tak otrzymam odmowę. Nie miałem go zresztą do kogo złożyć, bo władze wydziału tak skutecznie „pokombinowały” moje przeniesienie, że miałem do wyboru zaakceptować je i stać się bezużytecznym pracownikiem Zakładu Zarządzania Rozwojem Organizacji (nie mam o tym pojęcia) albo nie mieć do kogo złożyć pisma o przedłużenie zatrudnienia. W pierwszym przypadku zostałbym zwolniony (i słusznie!) z powodu nieprzydatności do pracy w zakładzie, w drugim, z powodu niezłożenia prośby o przedłużenie. Nie jestem orłem, mam w dorobku wprawdzie ok. 90 prac, w tym trzy książki, ale nie są to pozycje „po 10 punktów”, a wiele jest punktowanych zerem. Rzecz w tym, że inni mają znacznie mniej. Licząc normalnie, „średnia wydziałowa” to ca 4-7 punktów, licząc „optymistycznie” – może 15. Ja mam ich ok. 60, a licząc „optymistycznie” – ponad 200.

W przeciwieństwie do mojego, dorobek naukowy większości pracowników wydziału ma walor tajności. Poza władzami nie jest nikomu dostępny (mam pismo prorektora ds. nauki orzekające, iż jest on chroniony ustawą o ochronie danych osobowych). Większość pracowników wydziału niczego punktowanego nigdy nie napisała. W rankingu dorobku naukowego jestem najdalej w pierwszej piątce (na ok. 130 pracowników). Jak łatwo się domyślić, zostałem zweryfikowany negatywnie i otrzymałem właśnie wypowiedzenie.

Podobnie jak poprzednio, proszę o zachowanie mych danych do wiadomości redakcji. Być może ktoś w uczelni zauważy jednak groteskowość sytuacji i zrobi coś, aby ją „wyprostować”. Upublicznienie moich danych na pewno nie pomogłoby ani mnie, ani szkole. Nie idzie tu o mnie, ja właściwie już przegrałem. Nie chcę jednak szkodzić tym, którzy nic nie zawinili (winnych można policzyć na palcach), a będą na tym właśnie wydziale pracować. Rozumiem ich obawy o utratę pracy i nie potępiam za bierność w tej konkretnej sprawie.

Wyrażam jednak zgodę na udostępnienie mych danych wszelkim instytucjom związanym z MENiS. Deklaruję również współpracę, gdyby jakiekolwiek władze zainteresowały się sprawą.

* Jest to pseudonim nadany autorowi przez redakcję.

 

Komentarze