Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 9/2003

Nauka polska u dzrwi UE

Poprzedni Następny

Polska nauka w Unii

Ośrodki finansowania powinny być ulokowane przy innych ministerstwach, tak aby 
realizować badania naukowe służące bieżącym potrzebom gospodarczym kraju.

Marcin Chrzanowski

Rys. Piotr Kanarek

 Tytuł powyższy – świadomie prowokacyjny – jest z gruntu fałszywy. Nauka polska jest od wielu lat obecna nie tylko w Unii Europejskiej, ale i na forum światowym. Jednak nie znaczy to, że jest w dobrej kondycji. Wręcz przeciwnie, jest chora i samo wejście Polski do UE nie spowoduje ani jej uzdrowienia, ani zniknięcia z areny międzynarodowej. Objawy choroby są liczne: od nieproporcjonalnie małego udziału w nauce światowej, poprzez spóźnione awanse naukowe i starzejącą się kadrę (błędy w polityce kadrowej), aż do nikłej przydatności nauki do rozwoju ekonomicznego kraju. W krótkim artykule trudno się pokusić o pełną analizę tego stanu, tym bardziej że piszący te słowa reprezentuje tylko nauki techniczne i niektóre wyrażone tu poglądy mogą nie odpowiadać sytuacji w innych naukach. Ponadto, tekst niniejszy dotyczy badań naukowych prowadzonych w wyższej uczelni, a więc specyficzne problemy innych ośrodków prowadzących badania mogą nie znajdować swojego odzwierciedlenia. Jednak trzy główne problemy przedstawione poniżej mogą mieć szersze znaczenie, a na pewno wymagają szczegółowego rozwinięcia.

PRACA BADAWCZA A STOPNIE NAUKOWE

Zapewne dość powszechny jest pogląd (O. Achmatowicz, „Forum Akademickie” nr 5/02), podzielany także przez piszącego te słowa, że stopnie naukowe powinny być „produktem ubocznym” systematycznej działalności badawczej. Niestety, nie znajduje to potwierdzenia w codziennej praktyce. Mimo że większość uczelni umieszcza w swojej misji twierdzenie, że nauczanie musi być powiązane z prowadzeniem badań naukowych i z nich wynikać, to jednak panuje powszechny wyścig do stopni. Parametryczna ocena jednostek wprowadzona przez Komitet Badań Naukowych wymusza nieco inne podejście (liczą się publikacje i stopnie). Jednak szczupłość przyznanych środków i – dodatkowo – konieczność włączania ich do wynagrodzenia podstawowego pracowników uczelni powodują, że ocena ta nie stanowi dostatecznie silnej motywacji dla nauczycieli akademickich.

Nie sprzyja jej też obecny system zatrudniania, oparty na koncepcji mianowania na czas nieokreślony, począwszy od stanowiska asystenta (Art. 89 ustawy o szkolnictwie wyższym). Dodatkowe ograniczenie okresu zatrudnienia (8 lat dla asystenta czy 9 lat dla adiunkta) nie tylko nie sprzyja systematycznej pracy naukowej, ale – wskazując na konieczność pokonania określonej „przeszkody” w określonym czasie – wywołuje co najwyżej mobilizację wobec „stanu zagrożenia”. Dochodzi do tego słabe poczucie upływu czasu, charakterystyczne dla ludzi młodych (młody asystent indagowany po roku pracy co do słabych postępów w pracy badawczej oświadczył: „Przecież mam jeszcze 7 lat!”). A przecież z wielkim zadowoleniem witalibyśmy adiunkta, który prowadząc systematyczną działalność naukową (np. jedna publikacja o zasięgu światowym rocznie) nie ubiegałby się o uzyskiwanie następnego stopnia czy – w dalszej perspektywie – tytułu naukowego. Niestety, obecne przepisy dopuszczają co prawda możliwość wydłużenia – nawet nieograniczonego – czasu pracy adiunkta, jednak praktycznie eliminują możliwość zwolnienia go z pracy, jeśli tylko wykonuje on swoje obowiązki dydaktyczne.

Tu dotykamy problemu innego uregulowania prawnego, które, nie związane bezpośrednio z badaniami naukowymi, rzutuje jednak na ich prowadzenie w sposób zasadniczy. Chodzi o tzw. pensum dydaktyczne, a wręcz o sam fakt jego określania przez ustawę (Art. 101). Jego precyzyjne określenie wywołuje poczucie spełnienia swoich obowiązków, jeśli zostało ono „wykonane”. Co prawda ustawa określa dość szerokie „widełki” i daje delegację senatom uczelni co do określenia wymiaru pensum, jednak trzeba sobie zdawać sprawę, że wobec przeładowania programów studiów zajęciami na salach i trzykrotnego zwiększenia liczby studiujących przy nieznacznym wzroście kadry (o ok. 20 proc.), wykonywanie pensum poniżej górnej granicy jest możliwością tylko hipotetyczną. Jest to temat sam w sobie – tu przytaczany jedynie po to, aby pokazać, jak nadmierna szczegółowość ustaw, przy równoczesnym unikaniu rozwiązań generalnych (np. zatrudnienia kontraktowe), prowadzi do zachowań patologicznych.

JĘZYK

Język, jakim posługujemy się przy publikacji wyników naszych badań, to temat tylko pozornie wtórny wobec poruszanego powyżej. Przyzwolenie na zaliczanie do dorobku publikacji w językach niekonferencyjnych prowadzi do zamykania się nauki w wąskim kręgu, często nawet nie na poziomie krajowym, a środowiskowym – w najwęższym tego słowa rozumieniu. Stąd biorą się „towarzyskie konferencje”, publikacje na granicy popularnonaukowych lub czysto technicznych. I nie chodzi tu o szarganie czyichś uczuć patriotycznych: nauka jest jedna – nie krajowa, nie europejska, lecz światowa. A ta posługuje się w zasadzie jednym językiem – angielskim. W wielu krajach UE publikacje w lokalnych krajowych konferencjach czy czasopismach naukowych po prostu nie są uwzględniane przy ocenie dorobku naukowego. Prace doktorskie w Szwecji, których byłem recenzentem, już w latach 70. były zbiorem 3-5 publikacji w czasopismach o zasięgu i znaczeniu światowym, poprzedzonym kilkustronicowym ich omówieniem; wszystko po angielsku.

Argument różnorodności kultury europejskiej nie wytrzymuje próby czasu. Rzeczywiście, kilkadziesiąt lat temu porozumienie np. na konferencjach międzynarodowych napotykało na trudności (funkcjonował wówczas „Frenglish” czy „pidgin English” z wszystkimi odmianami narodowymi, w tym polską). To jednak już historia, i choć angielski nie jest może tak powszechny, jak w krajach skandynawskich, to jednak jest w powszechnym użytku. Z przykrością obserwuję w swoim bliższym i dalszym otoczeniu wielu kolegów o wybitnych osiągnięciach naukowych, którzy na skutek swojej przynależności do określonych stref językowych o ograniczonym zasięgu (np. niemieckiej czy francuskiej) nie biorą pełnego udziału w życiu akademickim. To zaściankowość, z której musimy się wyrwać. A język ojczysty, najbliższy naszemu sercu, pozostawmy literaturze i codziennemu, poprawnemu użytkowi (wiele tu mamy do zrobienia...). Choć, jeden z moich przyjaciół, wybitny filolog, twierdzi, że i publikacje z dziedziny filologii polskiej nie powinny być hermetyczne wobec światowej nauki, szczególnie, jeśli wnoszą nowe wartości do metod badawczych. Niech symbolem będzie tu Irlandia, która utraciwszy swój język ojczysty, wydała co najmniej dwu wybitnych pisarzy piszących po angielsku (Shaw, Joyce). Dziś osiąga znaczne sukcesy ekonomiczne, także dzięki powszechnej znajomości języka angielskiego, przyciągającego inwestorów zza oceanu. Choć my mamy Conrada-Korzeniowskiego, wierzę, że uchronimy nasz język przed zagładą, otwierając się jednak na świat nauki.

FINANSOWANIE NAUKI

Po nieco lżejszej – z pozoru – tematyce, nie sposób odnieść się do tematu niewątpliwie zasadniczego: finansowania nauki. Środowisko nauki polskiej z wielką uwagą obserwuje ostatnie poczynania w tym zakresie, jak np. utworzenie Ministerstwa Nauki i Informatyzacji. Dominuje jednak uczucie niedosytu, wywołane przede wszystkim faktem, że poziom ogólnych nakładów na naukę nie rośnie i zatrzymał się na kompromitująco niskim poziomie poniżej 1 proc. PKB. Skoro apele do polityków nie odnoszą skutku, być może kluczem jest rozproszenie finansowania nauki. Pierwszy krok został już zrobiony: planuje się decentralizację finansowania przez Komitet Badań Naukowych i przejęcie go przez wspomniane ministerstwo. To tylko z pozoru przesunięcie scentralizowanych decyzji. KBN ma utrzymać swoją rolę selekcjonera tematów badawczych na podstawie opinii środowiska naukowego. Jednak decyzje co do finansowania – i oceny jego efektów – ma przejąć minister.

Potrzeba dalszych kroków. Ośrodki finansowania powinny być ulokowane przy innych ministerstwach, tak aby dzięki selekcji dokonanej przez ekspertów powołanych przez te ministerstwa realizować badania naukowe służące bieżącym potrzebom gospodarczym kraju. Wówczas można się zgodzić, że poziom dotychczasowego finansowania z budżetu państwa pozostanie utrzymany, jednak tylko w odniesieniu do Ministerstwa Nauki i Informatyzacji, które być może powinno się zająć finansowaniem badań podstawowych, niekoniecznie mających bezpośrednie zastosowania i gwarantujących utrzymanie odpowiedniego poziomu badań w dziedzinach, które mają znaczenie ogólnokulturowe. Pozostałe środki ministerstw branżowych powinny się złożyć na kwotę 2-3 proc. PKB, niezbędną do rozwoju nauki na poziomie, który nie zepchnie nas do roli trzeciorzędnych wyrobników i konsumentów tandetnej produkcji wyrobów wytwarzanych poza Europą.

Wreszcie konieczne jest jasne – także w kontekście finansowym – określenie roli uczestników polskiego świata nauki: uczelni, instytutów Polskiej Akademii Nauk i instytutów branżowych. Do „podziału” są badania podstawowe, jakościowe badania o charakterze innowacyjnym, wysokiej jakości badania ilościowe dla przemysłu. I ustosunkowanie się do kwestii pozostawienia naukowcom swobody twórczej przy równoczesnym osiągnięciu praktycznej przydatności ich pracy.

Niech kodą zamykającą ten temat będzie anegdota ilustrująca dylemat nauki „na zamówienie” i nauki „wolnej”. To Feigenbaum, rozmyślając w roku 1974 nad kształtami chmur przepływających nad ośrodkiem badawczym w Los Alamos, nadał impuls badaniom nad zjawiskami chaotycznymi. Poprzez prace Manedelbrodta i innych badania te doprowadziły do wielu praktycznych zastosowań, jak np. kompresja obrazów komputerowych czy danych przesyłanych przez światowe sieci. Nie zawsze niepraktyczne jest nieużyteczne...

Kończąc te uwagi pragnę wyrazić nadzieję, że zachodzące zmiany, zarówno legislacyjne (nowa ustawa o stopniach naukowych), jak i wspomniane powyżej rozwiązania organizacyjne (w tym, być może i te wskazane powyżej), a także wzmacniająca się pozycja polskiego przemysłu nie pozwolą na marginalizowanie naszej roli jako współtwórców cywilizacji XXI wieku.

Prof. dr hab. inż. Marcin Chrzanowski, specjalista w zakresie mechaniki stosowanej i mechaniki uszkodzeń, pełni funkcję rektora Politechniki Krakowskiej.

 

Komentarze