Kierunki studiów i standardy nauczania |
AgoraChoć uważam, że uczelnie ponoszą odpowiedzialność za wartość wydawanego dyplomu, to jednak nie postulowałbym obecnie zniesienia centralnego systemu kierunków studiów, związanych z nimi wymagań i kontroli ich spełniania. Marek Dietrich Na początku zastanówmy się, w jakim celu został wprowadzony centralnie ustalany system kierunków studiów i dlaczego jest do tej pory utrzymywany. Przypomnę, że dawniej zarówno kierunki, jak i odpowiadające im wymagania programowe były znacznie sztywniej określone, a cele takich ustaleń centralnych były w dużym stopniu polityczne. Starsi pamiętają na przykład, że karą za niepokorność młodzieży studenckiej było zwiększanie obowiązkowych godzin przedmiotów traktowanych wybitnie ideologicznie, takich jak podstawy nauk politycznych czy ekonomia polityczna. Ustalano wtedy wymagania nie tylko co do samych przedmiotów, ale także co do siatek godzin. Później od tak daleko idących rygorów odstąpiono. Po zmianie ustroju, już w roku 1992, Rada Główna dwukrotnie zmniejszyła liczbę kierunków, ustalając jednocześnie tak zwane minima programowe. Określają one wymagania dotyczące czasu trwania studiów, ogólnej liczby godzin zajęć oraz wymagania tematyczne, obejmujące jednak nie więcej niż 50 proc. ogólnej liczby godzin. Ustalono też dodatkowe wymagania, np. dotyczące praktyk. SYSTEM CENTRALNY CZY UCZELNIANY?Choć na temat celów, jakie powinny przyświecać tak określonemu systemowi kierunków studiów, napisano wiele opracowań i poświęcono im niemało konferencji, to pozostało jeszcze dużo spraw dyskusyjnych, wymagających rozstrzygnięć. Jedno wydaje się oczywiste – system kierunków studiów i związanych z nimi wymagań powinien wynikać z aktualnej sytuacji cywilizacyjnej, osiągniętego poziomu gospodarczego oraz przewidywań na przyszłość. Cele te można w największym skrócie sformułować następująco: W Polsce sytuacja nie jest jeszcze ustabilizowana. Nasze uczelnie, poza nielicznymi, nie mają ustalonej na świecie renomy, wiele niestety obniżyło jakość kształcenia. A przy tym wiele uczelni państwowych i prawie wszystkie prywatne nie mają tradycji, powstały bowiem najwyżej 10 lat temu. W takiej sytuacji utrzymanie rozsądnych wymagań centralnych wydaje się konieczne. Zwłaszcza że wszystkie legalnie działające uczelnie wydają takie same dyplomy państwowe (nielegalnie pewnie też, bo dyplomy nie są drukami ścisłego zarachowania). Choć uważam, że to uczelnie ponoszą odpowiedzialność za wartość wydawanego dyplomu, to jednak nie postulowałbym obecnie zniesienia centralnego systemu kierunków studiów, związanych z nimi wymagań i kontroli ich spełniania. Natomiast trzeba przewidzieć możliwość jego modyfikacji, a nawet likwidacji. KTO JEST KTO?Biorąc pod uwagę te specyficznie polskie uwarunkowania warto się zastanowić, czy sformułowane tu podstawowe cele systemu kierunków studiów są obecnie realizowane? Punktem wyjścia do tych rozważań niech będą informacje zawarte w rozporządzeniu ministra edukacji narodowej i sportu z 18 kwietnia 2002 r. Potem powstało już kilka nowych kierunków, opracowano nowe standardy nauczania, ale nie są one jeszcze opublikowane, a więc nie obowiązują. Pominę je, nie zmieni to bowiem ogólnego obrazu systemu. Niektóre kierunki są bardzo wąskie z niewielką liczbą studiujących (np. kierunki artystyczne), niektóre bardzo szerokie (np. kierunek lekarski). Czasem trudno się zorientować, czego niektóre dotyczą (np. towaroznawstwo, nauki o rodzinie, stosunki międzynarodowe, turystyka i rekreacja). Niektóre dziedziny wiedzy są rozdrobnione (np. informatyka). Mamy informatykę inżynierską, informatykę licencjacką, informatykę i ekonometrię, informatykę stosowaną, wprowadzoną ostatnio przez Państwową Komisję Akredytacyjną, zgłoszono już teleinformatykę. Dziwne, że nie zgłoszono jeszcze bioinformatyki – bardzo ważnej dziedziny wiedzy. W niektórych kierunkach trudno doszukać się specyfiki wiedzy, którą obejmują, a także dziedzin nauki, na których się opierają. Dyskusyjna jest sprawa liczby kierunków studiów. Są zwolennicy ich małej liczby, zwolennicy tak zwanych makrokierunków i studiów międzywydziałowych, ale i odwrotnie – widać obecnie tendencję do zwiększania ich liczności. Chcąc więc spełnić dwa pierwsze postulaty, trzeba szybko uporządkować stan aktualny. Nie chciałbym się teraz wypowiadać, kto i jak ma to zrobić. Jest to sprawa, która powinna być uregulowana prawnie. Czy system kierunków studiów i odpowiadających im standardów nauczania pozwala na jasne określenie etapów studiów i czy zapewnia ich drożność? Mam wątpliwości. Na ogromnej większości kierunków dzienne studia magisterskie trwają 10 semestrów, ale są kierunki – ekonomia, finanse i bankowość, gospodarka przestrzenna, stosunki międzynarodowe oraz zarządzanie i marketing – na których edukacja trwa 9 semestrów, a na turystyce i rekreacji oraz wychowaniu fizycznym tylko 8 semestrów. Podobnie było dawniej, ale do czasu pojawienia się studiów licencjackich nie budziło to większych zastrzeżeń. Natomiast prowadzone obecnie dzienne studia zawodowe – licencjackie i inżynierskie – trwają od 6 do 8 semestrów na kierunkach rolniczych. Czyli tyle samo, co na innych kierunkach studia magisterskie. Jest to oczywiście związane ze specyfiką poszczególnych zawodów, ale stan taki nie pokazuje wyraźnego podziału na studia I i II stopnia, przynajmniej co do czasu ich trwania. Czy to jest prawidłowe? Może na pewnych kierunkach powinien być prowadzony tylko licencjacki tok kształcenia, podobnie jak na innych jest tylko kształcenie magisterskie. A może powszechny system studiów dwustopniowych jest po prostu sztuczny? Jeżeli popatrzymy na wymagania stawiane studiom zawodowym, to w wielu przypadkach są one zbieżne z wymaganiami na studiach magisterskich tylko w ograniczonym zakresie i na niższym poziomie. A przecież studia zawodowe powinny przygotowywać do innego rodzaju zatrudnienia niż studia magisterskie i w żadnym razie nie powinny być ich namiastką. Jeżeli mają jednak pozostać studia dwustopniowe, to nie nazywajmy ich pierwszego stopnia zawodowymi, bo to jest mylące. Na marginesie: studia zawodowe w szkołach zawodowych znaczą co innego niż w szkołach akademickich. WYKORZYSTAĆ AUTONOMIĘJeszcze poważniej przedstawia się sprawa zakresu wymagań programowych. Dla 32 kierunków, czyli prawie połowy, przekroczono ustalony przez Radę Główną limit 50 proc. godzin objętych regulacją. Na studiach magisterskich na weterynarii ustalono 73 proc. godzin, na pielęgniarstwie 69 proc., a na prawie kanonicznym 66 proc. Na studiach zawodowych wskaźnik 50 proc. jest przekroczony prawie na wszystkich kierunkach. Wskazuje to na tendencję do usztywniania programów nauczania i narzucania uczelniom zbyt dużych ograniczeń. A może uczelnie i ich wydziały same tego chcą? Pracownicy mogą uchronić i utrwalić swoje zajęcia wprowadzając je do sztywnych rygorów, unikając dyskusji wynikających z szybkiego postępu wiedzy i w efekcie – konkurencji. Jest to, moim zdaniem, tendencja szkodliwa i dziwi mnie, że uczelnie głoszące potrzebę autonomii i swobody kształcenia dotąd nie przeciwstawiły się skutecznie tym tendencjom. Ten stan wymaga szybkich zmian, ogranicza bowiem możliwości dostosowania programu do potrzeb, a także ogranicza swobodę wyboru studentom. Dobrze, że są też kierunki, na których wymagania obejmują znacznie mniejszą liczbę godzin – np. na archeologii oraz górnictwie i geologii standardami objęto tylko 33 proc. liczby godzin. Bardzo zróżnicowana jest też liczba obowiązkowych przedmiotów ustalonych w standardach – od 7 na archeologii, historii sztuki i muzykologii do 55 na rolnictwie. Nie potrafię tego skomentować. Ale to, że w dobie społeczeństwa informacyjnego na niektórych kierunkach nie wprowadza się do wymagań żadnych przedmiotów informatycznych, jest co najmniej dziwne. Koordynacja naszego systemu z europejskim wymaga dokładnego omówienia i nie będę się na ten temat szerzej wypowiadał. Czy jednak obecny system kształcenia studentów zapewnia możliwość przemieszczania się z jednej uczelni do drugiej? W zasadzie tak, choć są kierunki prowadzone tylko np. w dwóch uczelniach, a obecnie, zgodnie ze znowelizowaną ustawą, uczelnie akademickie, za zgodą PKA, mogą tworzyć kierunek tylko na swoim terenie, co oczywiście jest pozytywne, ale utrudnia studentom swobodę przenoszenia się z uczelni do uczelni. Istotną sprawą jest ustalenie minimów programowych ułatwiających czy wręcz umożliwiających kontrolę jakości studiów, a jednocześnie skłaniających do modernizacji procesu kształcenia. Wydawać by się mogło, że są to postulaty sprzeczne. Kontrola dotyczy przede wszystkim spraw pewnych, powszechnie akceptowanych i ustabilizowanych, a rozwój tworzy się w wyniku prób, badań, eksperymentów. Moim zdaniem, można jednak pogodzić oba te wymagania, po pierwsze przez proces stałej aktualizacji wymagań, a po drugie przez bardziej merytoryczne, a nie tylko formalne podejście organów kontrolnych. Pierwsza sprawa nie wygląda najlepiej – niektóre minima programowe opracowane były bardzo dawno i operują pojęciami zdezaktualizowanymi, nie idą za rozwojem wiedzy. Dotyczy to np. braku przedmiotów związanych z informatyką na wielu kierunkach nieinformatycznych, o czym już wspomniałem. W drugiej sprawie dopiero zbieramy doświadczenia. PRAKTYKI BLIŻEJ ŻYCIAZwróćmy uwagę na praktyki. Wymagania co do praktyk są zróżnicowane od zera do 28 tygodni. Ustalenia te pewnie odpowiadały wymaganiom konkretnych dziedzin kształcenia, a więc kierunkom czy może lepiej grupom kierunków. Ale często wygląda to dziwnie – dlaczego np. na filologii polskiej wymagane są 4 tygodnie praktyk, a na filologii praktyk się w ogóle nie przewiduje? Sprawa jest jednak ogólniejsza. Czy wymagania co do praktyk programowych są konieczne i czy są realne? Wymaga to przemyśleń. W nowym systemie społecznym i gospodarczym, nowym oczywiście dla nas, praktyki spełniać muszą inną rolę niż poprzednio. Mają nie tylko pokazywać zakład pracy i realne warunki w nim panujące, ale przede wszystkim powinny stwarzać studentom możliwość kontaktu z przyszłymi pracodawcami, stanowić pole do zaprezentowania kwalifikacji i w ten sposób ułatwiać im znalezienie pracy po studiach. To zaś wymaga od studentów indywidualnej aktywności w poszukiwaniu partnerów wśród przyszłych pracodawców, a nie tylko formalnego zaliczania praktyk. Moim zdaniem, uczelnie powinny pomagać w poszukiwaniu praktyk i oczywiście oceniać ich przebieg i rezultaty, ale powinny być tu bardzo elastyczne, nie związane sztywnymi wymaganiami programowymi. Tak rozumiane praktyki – lub lepiej staże – powinny wpływać na problematykę dyplomów, pozwalając w ten sposób studentom lepiej przygotować się do przyszłej, już trochę poznanej pracy. Wiadomo, że wymagania programowe niektórych organizacji międzynarodowych, np. organizacji inżynierskiej FEANI, odnoszą się również do praktyk, ale można je przecież odpowiednio interpretować. Poza tym, nie wszystko co zagraniczne jest lepsze. Realizacja praktyk, w obecnym ich ujęciu, przysparza uczelniom wiele kłopotów organizacyjnych, a także nakłada poważne obciążenia finansowe. Przedsiębiorstwa nie chcą bezpłatnie kształcić studentów-praktykantów. Powoduje to pewną fikcję, tworzenie praktyk pozornych, np. odbywanych na terenie uczelni. Taka sytuacja nie przynosi korzyści, raczej demoralizuje. Zresztą dawniej praktyki, pokazując ówczesną rzeczywistość gospodarczą naszego państwa, też demoralizowały, nawet znacznie bardziej. Na tym chciałbym zakończyć prezentację pewnych problemów związanych z kierunkami kształcenia i standardami nauczania. Omówiłem tylko niektóre aspekty zagadnienia, starałem się wskazać tematy wymagające przemyśleń i dyskusji. Prof. dr hab. inż. Marek Dietrich, biocybernetyk i biomechanik, jest dyrektorem Instytutu Problemów Współczesnej Cywilizacji. Pełni też funkcję wiceprzewodniczącego PKA.
|
|
|