Wzorcowa sala ćwiczeń |
Życie akademickieNim przyszły dealer walutowy otrzyma poważne zadanie, Halina Bykowska
Instytut Handlu Zagranicznego Uniwersytetu Gdańskiego wygrał ogólnopolski konkurs pod hasłem „Super Pracownia 2002”, w ramach programu „Internet w szkołach – Projekt prezydenta RP". Zorganizował wzorcowy dealing room do ćwiczeń praktycznych dla przyszłych dealerów walutowych. Takiej pracowni nie posiada żadna inna uczelnia w Polsce. Młodzież akademicka ma do dyspozycji kilkanaście nowoczesnych komputerów oraz serwer z programem zapewniającym wgląd w autentyczne rynki walutowe na świecie. TEST SYMULACYJNYDealer walutowy to profesja ekskluzywna i nieźle płatna. Doświadczony przedstawiciel tego zawodu ma szansę zarobić w Polsce 30-50 tys. zł miesięcznie. – Dealerami walutowymi mogą zostać w przyszłości studenci, których obecnie kształcimy na kierunku finanse międzynarodowe i bankowość – informuje mgr Monika Szmelter, asystentka prof. Pietrzaka, która prowadzi zajęcia w nowej sali ćwiczeń na zmianę z mgr Urszulą Opacką. – Studenci mają okazję zapoznać się z działalnością rynku walutowego, co może im ułatwić start w zawodzie dealera walutowego nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Centrum rynku walutowego znajduje się w Londynie. Tak zwany dealing room znaczących banków handlowych i inwestycyjnych to miejsce szczególnie ważne. Tam bowiem ustala się kursy walut oraz kluczowe ceny międzynarodowych i narodowych rynków finansowych. W polskich bankach funkcjonuje ogółem ponad 10 dużych dealing roomów. Uniwersytecki dealing room praktycznie nie różni się od identycznych pomieszczeń w departamentach skarbu banków komercyjnych w Polsce. Pozwala to studentom czwartego roku kierunków ekonomicznych, a zwłaszcza niezwykle popularnej specjalności finanse międzynarodowe i bankowość, utworzonej w 2001 r., wykonywać czynności, z jakimi miewają do czynienia autentyczni dealerzy walutowi. Oczywiście, zajęcia studentów posiadają wyłącznie charakter ćwiczeń symulacyjnych. Specjalność finanse międzynarodowe i bankowość wybierają po dwóch latach nauki głównie studenci najzdolniejsi. – Z takimi studentami pracuje się najlepiej, ponieważ całkowicie świadomie wybrali kierunek studiów – stwierdza mgr Opacka. – Są bardzo sumienni i pracowici. Nie trzeba ich zmuszać do nauki. Mogą zawierać transakcje walutowe różnego rodzaju. Każdy student może śledzić, w jaki sposób zmieniają się kursy walut i jest w stanie podejmować konkretne decyzje, podobnie jak autentyczny dealer walutowy. nie dysponują jedynie pieniędzmi. Doskonale jednak wiedzą, jak kształtuje się rynek walutowy na świecie. Ich zadaniem jest nauczyć się podejmować korzystne decyzje, stosownie do tego, co dzieje się na rynku. Serię ćwiczeń w semestrze podsumuje test symulacyjny, który wykaże umiejętność zawierania korzystnych transakcji. A na ćwiczeniach żartów nie ma. W dniu, gdy odwiedziliśmy dealing room w UG, jednej z grup studentów zlecono wykonanie następujących zadań: Jesteś przekonany, że wartość złotego osłabnie w ciągu dnia w stosunku do dolara, a wzmocni się do euro i franka szwajcarskiego. 1. Otwórz pozycje walutowe na wymienionych wyżej parach walut, zgodnie z twoimi oczekiwaniami, za pomocą co najmniej ośmiu transakcji, z co najmniej trzema partnerami. Wykonaj zadanie w ciągu 20 minut. 2. W warunkach braku istotnych informacji z rynku, ale na skutek wcześniejszych danych, oczekujesz bardzo dobrych informacji o wzroście gospodarczym w Polsce. Jesteś przekonany o tym, że będą one wskazywały na przyśpieszenie jego tempa. Rynek nie zdyskontował tej informacji. Zajmij w związku z tym odpowiednie pozycje. Masz na to zadanie 10 minut. PREDYSPOZYCJE I NERWY NA WODZYNie każdy może zostać dealerem walutowym. – Trzeba posiadać odpowiedni zasób wiedzy i umiejętności praktyczne – wyjaśnia mgr Opacka. – Każdy dealer powinien posiadać umiejętność szybkiego analizowania danych oraz musi mieć rzetelną wiedzę na temat kształtowania się poszczególnych walut na rynku. Wszystko to powinno iść w parze z umiejętnością błyskawicznego decydowania, z czym wiąże się także podejmowanie ryzyka. Nie każdego na to stać, jeśli się weźmie pod uwagę, że wszelkie poczynania oceniane są przez szefa, który domaga się zysku. W grę wchodzą, oczywiście, niebagatelne kwoty, z których minimalna wynosi milion dolarów. Każdy dealer musi umieć trzymać nerwy na wodzy. – Jest to profesja wyniszczająca i niezwykle stresująca – twierdzi mgr Opacka. – Nazwisko każdego dealera jest znane na rynku walutowym. Zawsze wiadomo, kto podjął decyzję, ponieważ każdy bank wie, który dealer jest na ściśle określonym stanowisku w dealing roomie. Przed bezpośrednim zwierzchnikiem też uciec się nie da. Szefowie są zwykle byłymi dealerami i posiadają niemałe doświadczenie. Na początku dnia dają dealerom wskazówki. A dealerami bywają ludzie młodzi (większość jest przed trzydziestką) i wytrzymują na swym stanowisku zaledwie kilka lat. – Rynek walutowy jest innowacyjny – twierdzi mgr Opacka. – Ciągle się zmienia i stale wchodzą nowe instrumenty finansowe. Młodzi ludzie najlepiej reagują na wszelkie zmiany i wykazują się szybkim refleksem. Kandydaci do pracy w dealing roomie poddawani są testom psychologicznym. Nim przyszły dealer walutowy otrzyma poważne zadanie, wcześniej jest stopniowo wprowadzany w obowiązki służbowe. Najpierw trzeba przez pewien czas obserwować, jak pracuje doświadczony dealer. Potem praktykant i dealer wspólnie dyskutują nad wybranymi transakcjami. Dopiero po dłuższym czasie dealerowi bez stażu powierza się przeprowadzenie transakcji. Oczywiście niedużej. NIE BRAK CHĘTNYCHMimo perspektyw, związanych z niemałym stresem, nie brakuje studentów, którzy chętnie korzystają z ćwiczeń w uniwersyteckim dealing roomie (zajęciami tymi interesuje się też młodzież akademicka innych kierunków ekonomicznych UG) i zapowiadają, że zamierzają podjąć pracę dealera walutowego w przyszłości. Takich studentów w kilkunastoosobowej grupie jest jednak zaledwie kilku. – Praca dealera walutowego jest bardzo trudna, ale równocześnie ciekawa – oznajmia Krzysztof Piernicki, jeden z najzdolniejszych studentów IV roku finansów międzynarodowych i bankowości w UG. – Zawód jest elitarny, ponieważ w polskich bankach i instytucjach finansowych jest tylko kilkanaście dealing roomów. Praca na pewno jest wyczerpująca i stresująca, ale za to dobrze płatna, co jest atutem niebagatelnym. Dealer wytrzymuje na swym stanowisku średnio ok. 5 lat. Pracuje w systemie prowizyjnym. Ile wypracuje, tyle zarobi. Chodzi o bardzo duże kwoty, wynoszące najmniej 30 tys. zł miesięcznie. Wśród kandydatów na dealerów nie ma przedstawicielek płci żeńskiej, ponieważ – jak tłumaczy mgr Opacka – w autentycznych dealing roomach kobiety zajmują inne stanowiska, które pozwalają na podejmowanie decyzji w dłuższym czasie. Np. kobiety zatrudnione w dealing roomach w warszawskich bankach, podejmują decyzje dotyczące długoterminowych papierów wartościowych. Przedstawicielki płci żeńskiej działają mniej ostro. OstrzeŻenie z Londynu – Gdy uczelnia nie dysponowała pracownią ćwiczeń dla przyszłych dealerów walutowych, prof. Pietrzak organizował swoim seminarzystom wyjazdy do banków w Warszawie, gdzie istnieją autentyczne dealing rooms – informuje mgr Szmelter. Na zajęciach bardzo dokładnie analizowano przyczyny upadku w 1995 r. słynnego londyńskiego Barings Bank. To właśnie młody dealer walutowy Barings Bank Nick Leeson, działający w Singapurze, naraził go na olbrzymie straty, wynoszące 82 mln funtów szterlingów. – Przykład Barings Bank jest niezwykle pouczający – twierdzi mgr Opacka. – Nick Leeson odpowiedzialny był za przeprowadzanie wielokwotowych transakcji na giełdach dalekowschodnich. Zaczął on zawierać transakcje czysto spekulacyjne, które mogły przynieść duże zyski albo duże straty. Co więcej, nie posiadał on uprawnień do zawierania wspomnianych transakcji, ale wykorzystując fikcyjne konta, zdołał przez dłuższy czas zataić straty, na jakie naraził swój bank. Wykorzystał duże zaufanie, jakim go obdarzono, ponieważ wcześniej zapewnił swemu bankowi niemały zysk. Nikt nie kontrolował jego ryzykownych transakcji w Singapurze. Nick Leeson – jak wiemy z doniesień światowych – trafił do więzienia. – Przykład brytyjskiego dealera walutowego stał się dla szefów wszystkich banków, jak również dla zwierzchników dealing roomów, niezwykle pouczający – mówi mgr Szmelter. – W wielu bankach na całym świecie usprawniono procedury operacyjne. Dealerzy dysponują obecnie ściśle określoną pulą pieniędzy, jakimi wolno im obracać. Jeśli się okazuje, że transakcja, jaką zawarł dealer, przynosi straty, musi ją zamknąć, by nie generować dalszych strat. Musi tak postąpić, nawet jeśli wierzy, że w przyszłości może osiągnąć spory zysk. Przykład Barings Bank wykazał, że wszelkie instrumenty pochodne, a zatem czeki, weksle itp., które stosowano do zabezpieczenia transakcji, generują wysokie ryzyko. Dlatego tylko wybitni, doświadczeni specjaliści mogą się nimi posługiwać. – W przypadku instrumentów pochodnych działa tak zwana dźwignia finansowa – wyjaśnia mgr Szmelter. – Można bardzo dużo zyskać, ale również bardzo wiele stracić. Nieduża zmiana ceny może powodować bardzo duży zysk albo ogromne straty. W tym właśnie tkwi niebezpieczeństwo instrumentów pochodnych, czego muszą być świadomi dealerzy walutowi. Przed tym naszych studentów przestrzegamy.
|
|
|