Wsparcie czytelników |
Z archiwum nieuczciwości naukowej(18)Marek Wroński Ostatnio w ramach „wsparcia” od Czytelników dostałem pięć konkretnych informacji o różnych plagiatach, które miały miejsce w dwóch czołowych politechnikach (poznańskiej i śląskiej) i dwóch znanych uniwersytetach (UAM i UMCS). Dowiedziałem się także o plagiatowej pracy magisterskiej (MBA) przepisanej słowo w słowo i obronionej w studium podyplomowym Akademii Ekonomicznej w Krakowie, jak również plagiatowej pracy habilitacyjnej z nauk historycznych, pochodzącej z Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Wszystkie te sprawy są dość dobrze udokumentowane i zamierzam je w nadchodzącym roku akademickim publicznie ujawnić. PROMOCJA ZŁEJ REPUTACJIOprócz tego wyczytałem (lipcowy numer miesięcznika „Press”), iż prof. Tomaszowi Goban-Klasowi z Uniwersytetu Jagiellońskiego (byłemu wiceministrowi edukacji) zarzucono, że w wydanym w 1994 roku podręczniku Public relations, czyli promocja reputacji znajdują się całe fragmenty prawie dosłownie przetłumaczonego tekstu z amerykańskiego podręcznika The practice of public relations Frasera P. Seitela. Miejmy nadzieję, że władze UJ wyjaśnią to publiczne oskarżenie, szczególnie że prof. Goban-Klas skomentował zarzuty uwagą, iż jego podręcznik to kompilacja – rodzaj skryptu dla biznesmenów, gdzie nie trzeba cytować tłumaczeń, bo w public relations wszyscy mówią takimi samymi zdaniami. SPRAWA DOBREJ REPUTACJIInna rzecz to plotki dotyczące domniemanego plagiatu, popełnionego jakoby przez profesora prawa penitencjarnego z Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego, Andrzeja Bałandynowicza. Mówi się, iż wydrukowany w naukowym czasopiśmie prawniczym artykuł z nazwiskiem profesora B. to część pracy magisterskiej jego studenta. Po wpłynięciu oficjalnej skargi do rektora, sprawę zaczął wyjaśniać rzecznik dyscyplinarny prof. Jacek Jagielski. Poinformował mnie, iż sprawę musiał umorzyć, bowiem otrzymał swoiste „alibi”, czyli oświadczenie od redaktora naczelnego czasopisma, iż to redakcja do niepodpisanego artykułu, który przyszedł pocztą, „samorzutnie dołączyła nazwisko prof. B.” Dlaczego właśnie jego? Redaktor umotywował to faktem, iż treść artykułu pokrywała się z zainteresowaniami naukowymi profesora B. W szanującym się uniwersytecie w USA ustalenia rzecznika dyscyplinarnego zostałyby w całości podane do wiadomości całej uczelni. Każdy mógłby poznać fakty, okoliczności i argumenty stojące za decyzją rzecznika. Oczyściłoby to atmosferę na wydziale. Tymczasem w UW członkowie Rady Wydziału nic na ten temat nie wiedzą, a dziekan Rzepliński odpisał mi, że nie zna dokładnie uzasadnienia rzecznika, które z urzędu mu się należy. Może jednak Senat UW zainteresuje się tą sprawą i doprowadzi ją do publicznego wyjaśnienia. Od tego zależy reputacja prof. Bałandynowicza i UW. LEPIEJ PÓŹNO NIŻ WCALEA teraz wiadomość pomyślna. Na początku lipca Rada Wydziału Zarządzania i Ekonomiki Usług Uniwersytetu Szczecińskiego wreszcie uznała, iż praca doktorska Artura Korneluka jest plagiatem i trzeba wdrożyć procedurę odbierającą stopień. Sprawa ciągnęła się od marca 1998. Plagiat odkryto w kilka tygodni po obronie, kiedy zadowolony doktor (ówczesny menedżer klubu piłkarskiego Pogoń) przyszedł do okradzionego autora dr. Ryszarda Czyszkiewicza (ówczesnego dyrektora szczecińskiego Wojewódzkiego Urzędu Pracy), aby ten wydał drukiem doktorat. Ten, rozpoznawszy swoją pracę, od razu zaalarmował ówczesne władze uczelni, jednak nikt – włącznie z promotorem, prof. Waldemarem Grzywaczem – nie chciał zareagować. Dopiero artykuły red. Marcina Górki ze szczecińskiej „Gazety Wyborczej” i nacisk opinii publicznej zmusiły wydział do skutecznego działania. Jeszcze tylko zakończenie sprawy plagiatów dr praw Magdaleny Sitek (zatrudnionej obecnie w Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim) i Uniwersytet Szczeciński będzie miał czystą kartę. Trzymam kciuki!
|
|
|