Tezaurus pani Marii |
Rody uczone (78)Przyswajanie tradycji przez kolejne pokolenia rodzin inteligenckich jest naturalne Magdalena Bajer
Moja historia rodzinna składa się z dziejów czterech rodzin, z których każda pochodzi spoza Polski, każda przybyła w trochę innym czasie i bardzo szybko się spolonizowała. To jest dowód, z jednej strony, niesłychanej siły asymilacyjnej środowiska polskiego i polskiej kultury, z drugiej – chyba ogromna zasługa... kobiet. Na ogół przybywali mężczyźni, żenili się z Polkami i wrastali w nową ojczyznę. Wszystkie te rodziny zostawiły jakiś trwały ślad w kulturze polskiej. Pani Maria Piechotkowa z Huberów, architekt i historyk architektury, podobnie jak jej mąż, kolega i najbliższy współpracownik, wypowiedziała na samym początku spotkania to, co stanowi rdzeń przechowywanej przez pokolenia tradycji, co sprawiło, że i moi gospodarze, mieszkańcy warszawskich Bielan, gdzie jest wiele budynków ich projektu, przysporzyli kulturze ojczystej cennych dóbr. Potwierdził się znowu zaświadczony tylekroć gorący i rozumny patriotyzm inteligenckich rodzin cudzoziemskiego pochodzenia. Pani Maria mówi o tym nader skromnie, pewnie dlatego, że w aurze takiej duchowości rosła od dzieciństwa. Ansch?tz – AnczycPierwszym przodkiem po kądzieli, o którym w rodzinie wiadomo, był Jan (Johann?) von Ansch?tz, chorąży wojsk saskich, który za panowania Augusta II przybył do Polski, uzyskał indygenat, z nim herb „ancuta” i został skarbnikiem brzeskim. Starszy z dwóch jego synów Jan Zygmunt – już po polsku: Anczyc – udokumentował tę polskość śmiercią powstańca w 1794 roku. Jego z kolei syn Zygmunt został aktorem i ożenił się ze znaną wileńską aktorką Barbarą Hrechorowicz. W Warszawie i Krakowie grywał role charakterystyczne oraz „kontuszowe” – wnuk niemieckiego przybysza wyglądał jak polski szlachcic tamtej epoki. Pośród siedmiorga dzieci aktorskiej pary był pradziad w prostej linii pani Marii Piechotkowej – Władysław Ludwik Anczyc, urodzony w 1823 roku. Z wykształcenia farmaceuta, w tym fachu nie pracował. Po wyjściu z więzienia, gdzie trafił za udział w rabacji 1846 roku, oddał się literaturze, pisząc poezje i dramaty. Z pierwszych, poświęconych najczęściej powstaniu styczniowemu, do dziś pamiętamy pieśń Hej strzelcy wraz..., a najbardziej znaną i najczęściej grywaną sztuką (ostatni raz kilka lat temu w Warszawie) jest Kościuszko pod Racławicami. Jan Lechoń w Dzienniku zalicza ją do dziesięciu najlepszych polskich dramatów, obok Dziadów, Nie-Boskiej, Zemsty, Wesela. Z wojennego dzieciństwa we Lwowie pamiętam wieczorne lektury Dziejów Polski w dwudziestu czterech obrazkach, które Władysław Anczyc napisał w 1863 roku, a wiem, że pokolenie mojej mamy, która mi je czytała, uczyło się z elementarzy i wychowywało na książkach dla dzieci jego pióra. Był także, może przede wszystkim, wydawcą, pionierem nowoczesnego edytorstwa. Założona w 1875 roku w Krakowie drukarnia stała się rychło jedną z najlepszych w Polsce. To dzieło kontynuował syn Wacław, z wykształcenia historyk, który nie dokończywszy doktoratu w Uniwersytecie Jagiellońskim, pojechał na studia specjalistyczne, zakończone praktyką zawodową w najlepszych drukarniach Lipska. Własną, odziedziczoną, doprowadził do stanu świetności zarówno pod względem programowym, jak i technicznym. Słynęła z wysokiego poziomu artystycznego wydawnictw, a wydawano u Anczyca najwybitniejsze dzieła polskiej literatury XIX i początków XX wieku, edycje bibliofilskie, a także tak specjalistyczne dzieła jak Bibliografia polska XIX wieku Karola Estreichera – do dzisiaj jedno z podstawowych źródeł dla każdego humanisty. Razem z wydawnictwem Gebethnera i Wolffa założył w Krakowie księgarnię. W roku 1929 Wacław Anczyc otrzymał Grand Prix, bardzo prestiżową międzynarodową nagrodę za osiągnięcia w sztuce drukarskiej. Pozytywista z ducha, choć żył w późniejszej epoce, zatem społecznik, pierwszy wprowadził płatne urlopy dla swoich pracowników oraz fundusz emerytalny, a czas pracy ograniczył do dziewięciu godzin. Po ojcu, który z dr. Chałubińskim i malarzem Aleksandrem Kotsisem wędrował w Tatry, wziął Wacław także to zamiłowanie. Wnuczce, dzisiejszej Marii Piechotkowej, starszy pan z sarmackim wąsem barwnie opowiadał, jak to całą rodziną jeżdżono do Zakopanego z Krakowa – dwiema furkami, przez dwa dni – wioząc materace, balie, worki z kaszą i mąką oraz służącą. Krokodyl w WiśleWszyscy przodkowie mojej rozmówczyni, z czterech cudzoziemskich rodzin, zasłużyli się najbardziej książce, oświacie, edukacji powszechnej, choć i osiągnięć naukowych w bogatym zasobie tradycji nie brakuje. Wszyscy uczestniczyli w życiu publicznym – na rozmaitych szczeblach i w rozmaitej skali – gdyż odznaczali się usposobieniem ruchliwym, żywością oraz przenikliwością umysłu, szerokimi horyzontami, bujnym na ogół temperamentem. Wacław Zygmunt Anczyc, właściciel i dyrektor drukarni, dokładniej – wielkiej oficyny wydawniczej, znajdował czas na udzielanie się w Bractwie Kurkowym Krakowa. Pani Marii zapadła w pamięć zabawna historia, świadcząca u umiejętnościach organizatorskich, znajomości prawa oraz znaczeniu jej dziadka w miejskiej społeczności. Pewnego razu z menażerii, jaka odwiedziła wawelski gród, uciekł krokodyl. Znalazł schronienie w Wiśle, a pożywieniem były mu pływające tam gęsi z okolicznych gospodarstw. Delegacja bezradnych chłopów ze wsi Mogiła przybyła do siedziby Bractwa Kurkowego prosić o ratunek od „smoka” ogoniastego (smok w Krakowie nie jest, jak wiemy, żadną osobliwością). I właśnie pan Anczyc upolował egzotycznego rabusia zyskując dozgonną wdzięczność, a nadto pomógł przewieźć jego zwłoki przez rogatkę Wolnego Miasta Krakowa jako... prosię, gdyż w spisie przedmiotów dozwolonych nie figurował ani krokodyl, ani smok. Po obfotografowaniu i wypchaniu zwierz znalazł się w zbiorach PAU z odpowiednią adnotacją, a całą rzecz uwiecznił Boy we wspomnieniach. Wierni książkomKolejny dziedzic edytorskiej tradycji nosił, jak dziad, imię Władysław. Przejął drukarnię w roku 1938. Był polonistą oraz muzykiem i także, jak ojciec, kształcił się w zakresie poligrafii. Zmobilizowany w 1939 roku, zginął w Katyniu. Zięć jego ojca Wacława, Hugon Trzebicki, prowadził drukarnię przez cały okres wojny, aby pod przykrywką oficjalnej produkcji, na jaką zezwalali Niemcy, drukować nocami, na potrzeby podziemnego państwa, fałszywe dokumenty, kartki żywnościowe, odezwy, ulotki itp. Pani Maria mówi z naciskiem: – Wszyscy z załogi o tym wiedzieli – nikt nie zdradził. W 1950 roku drukarnia Anczyca została przez władze komunistyczne upaństwowiona, jej wyposażenie (częściowo już zabytkowe) zniszczone, a budynek zburzony. Dzisiaj w tym miejscu jest parking. Wątek naukowy tej linii przodków pojawia się w pokoleniu dziadków mojej rozmówczyni. Dziadek stryjeczny Stanisław (brat Wacława drukarza) był wybitnym metaloznawcą, profesorem technologii metali, przez pewien czas rektorem Politechniki Lwowskiej. Jego córka nie zdążyła zasłużyć się kulturze ani nauce – zginęła w powstaniu warszawskim. I mówiąc o niej pani Maria już nie wspomina o cudzoziemskim pochodzeniu Anczyców, bo, jak wszyscy potomkowie, nie pamięta o nim na co dzień. Sięgając pamięcią w rodzinną przeszłość, przy podobnych jak nasze spotkanie okazjach, zastanawia się nad tym, co sama zawdzięcza tej różnorodności, temu splotowi kultur, temu bogactwu doświadczeń historycznych oraz jednostkowych, jakoś przecież w charakterach, w osobowościach obecnych, choć szybko i gorliwie stopionych z doświadczeniem wielorakiej służby ojczyźnie wybranej. W jej rodzie zainteresowania naukami ścisłymi i techniką ustępują pasjom humanistycznym, jeśli jednak próbujemy je rozdzielać i przypisywać poszczególnym postaciom, okazuje się, że prawie zawsze współistnieją harmonijnie przy różnym rozłożeniu akcentów. SchmidtowieDruga linia przodków, także niemieckiego pochodzenia, to Schmidtowie. Najstarsze przekazy mówią o protoplaście tego rodu urodzonym w roku 1680, który już czuł się Polakiem. Bliższe dane pochodzą z początku wieku XIX, kiedy to Henryk Schmidt wybudował w Kielcach browar. Jego syn, również Henryk, zakupił majątek Krzywaczka pod Krakowem, żeniąc się z córką właściciela. Potomkini – architekt i historyk architektury – z żalem mówi o tamtejszym klasycystycznym dworze, „zdewastowanym przez PRL-owskich użytkowników”, dzisiaj opuszczonym i popadającym w ruinę. Brat Henryka był jej pradziadkiem, a dziadek Władysław Daniel, urodzony w 1840 roku we Lwowie, należy już do klanu księgarzy-wydawców, którzy naznaczyli tak mocno i trwale rodzinne dzieje. W samym środku miasta, tuż koło lwowskiej katedry, mieściła się księgarnia Schmidt-Gubrynowicz, będąca jedną z największych w Galicji, z filiami w Sokalu, Jarosławiu i Stryju. W roku 1882 otwarto czytelnię oraz wypożyczalnię książek. Nakładem tej spółki ukazało się wiele cennych serii wydawniczych, m.in. Biblioteka Najciekawszych Powieści i Romansów, a w niej ponad dwieście dzieł literatury polskiej i obcej, prace wielkich historyków epoki – Józefa Szujskiego, Franciszka Smolki, Ludwika Kubali. Owe księgarskie tradycje stanowią dziedzictwo humanistyczne o europejskim oddechu, a w zasobie duchowych bogactw, z którego czerpie pani Maria, wolno pomieścić także dorobek naukowy Bronisława Gubrynowicza (syna księgarza), historyka literatury, profesora Uniwersytetu Jana Kazimierza i Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożyciela „Pamiętnika Literackiego”, redaktora innych literackich czasopism, członka PAU, autora m.in. fundamentalnych prac o dziejach powieści w Polsce. Łączyła go z rodziną przyjaźń, nie mówiąc o powinowactwie duchowym wszystkich tych twórców, mecenasów i badaczy kultury. Z francuskiej glebyOjczym matki Fryderyk Pap?e pochodził z rodziny hugenockiej, która w 1684 roku uciekła z Francji przed prześladowaniami religijnymi. Zatrzymując się krótko w Brunszwiku i na Węgrzech, znalazła się w Polsce. Przodek „dziadka Frydka” Henryk miał drukarnię w Preszowie, co umacnia edytorski wątek tradycji, a zarazem osadza tę tradycję na szerokim, międzynarodowym gruncie, choć należy pamiętać, że było to w obrębie monarchii austro-węgierskiej, do której i Galicja pod zaborem należała. Jego syn, urzędnik c.k., zamieszkał z początkiem XIX wieku we Lwowie. Następne pokolenie było już całkowicie spolonizowane. Zajmował się specjalnie średniowieczem polskim, epoką Jagiellonów. Napisał monografie Jana Olbrachta, Kazimierza Jagiellończyka, Aleksandra, ale także historię miasta Lwowa. Głównym dziełem Fryderyka Pap?e jest, poprzedzona trzydziestoletnimi badaniami, synteza Polska i Litwa na przełomie wieków średnich, przedstawiająca stosunki ustrojowe, politykę wewnętrzną i zagraniczną obu państw z perspektywy wielonarodowej Rzeczypospolitej. Jak wszyscy niemal uczeni doby rozbiorowej, znakomity badacz i dziejopis angażował się w liczne przedsięwzięcia służące rozwojowi nauki i zapewnieniu należnego miejsca osiągnięciom Polaków pozbawionych własnej państwowości. Należał do szczupłego grona założycieli lwowskiego Towarzystwa Historycznego w roku 1886. Redagował „Kwartalnik Historyczny” w latach 1904-05. Udzielał się w pracach Akademii Umiejętności, później PAU, a także w Polskim Towarzystwie Historycznym oraz Komisji do Badań Dziejów Sztuki w Polsce. Uczestniczył żywo w aktualnych dysputach naukowych oraz sporach o to, jak przygotowywać społeczeństwo do niepodległości, w której odzyskanie nigdy nie zwątpił. Z innymi przedstawicielami elity swego czasu dzielił przekonanie, że niezmiernie ważne, może najważniejsze, jest oświecanie szerokich jego kręgów. Zainicjował cykl publicznych odczytów na temat dziejów ojczystych, które odbywały się w Krakowie, ale głośne były poza granicami Galicji. Osobno trzeba zapisać nieautorskie związki „dziadka Frydka” (w tym miejscu tak go nazwać wypada) z książką, gdyż dopełniają rodzinny tezaurus zasług drukarsko-edytorskich o wątek biblioteczny. Część lwowskich lat młodzieńczych przepracował jako bibliotekarz Ossolineum. W roku 1890 zajął się reorganizowaniem, tj. unowocześnianiem biblioteki UJK. Później (1905-26), w Krakowie, był dyrektorem Biblioteki Jagiellońskiej, zastępcą dyrektora Biblioteki Czartoryskich, inspektorem Biblioteki PAU. Nowoczesną organizację księgozbiorów mających służyć nauce, edukacji, kulturalnym potrzebom społeczeństwa, uważał za pilne zadanie w Polsce niepodległej. Fryderyk Pap?e zmarł w roku 1940, kiedy jego wnuczka Maria już myślała o poświęceniu się architekturze. Drugi syn Adam Pap?e uzyskawszy doktorat prawa poświęcił się... szermierce, czterokrotnie przysparzając narodowemu sportowi olimpijskich laurów. SplotPrzyswajanie tradycji przez kolejne pokolenia rodzin inteligenckich jest naturalne jak wdychanie powietrza, toteż moja rozmówczyni, dziedziczka tego wszystkiego, co przynieśli do Polski jej przodkowie – z Niemiec, Francji, Austrii (o tej linii, czwartej, będzie mowa w następnym numerze), co zbudowali, w sensie materialnym i duchowym, w nowej ojczyźnie – opowiada o rzeczach codziennych, jakie dopiero z dłuższej perspektywy jawią się ważne i zobowiązują. Maria Huberówna-Piechotkowa przygotowała na nasze spotkanie stos dokumentów, tłumacząc się z tego, że własną rodzinną historię ma w pamięci jak szereg obrazów różnej wyrazistości, a niektórych ważnych jej rysów nie potrafi uporządkować ani wprost owym obrazom przypisać. Wie od zawsze, że takim rysem była otwartość na innych, o egzemplifikacje trudniej, bo rzeczy oczywistych pamięć nie wyróżnia. Wzorów osobowych znajduje w dziedzicznym panteonie mnóstwo i korzysta z nich, jak wszystkie pokolenia, spontanicznie, dobywając konkretne cechy któregoś z antenatów wtedy, gdy przychodzi odpowiedzieć na pytanie o własną intelektualną albo duchową tożsamość. W życiowych wyborach rola tych postaci była oczywista. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w sierpniu 2001 r.
|
|
|