Nawarzył piwa... |
Sposób byciaNasiąkłem przyrodą – wspomina prof. Jara. Obrazy, Piotr Kieraciński Dr Andrzej Sadownik jest częstym gościem na korcie tenisowym przy SGGW na Ursynowie. W pobliżu, na poletku doświadczalnym uczelni uprawia cztery rośliny chmielu, każda innej odmiany, choć wszystkie polskie: goryczkowe Marynka i Izabella oraz aromatyczne Lubelski i Nadwiślański. Rośliny służą nie tylko celom dydaktycznym. Dr Sadownik używa szyszek chmielowych do chmielenia piwa, które sam warzy w domu. Pasją domowego browarnictwa zaraził się w Stanach Zjednoczonych. – Trzy razy byłem w uniwersytecie Lehigh w Pensylwanii – wspomina. – Poznałem tam Czesława Peruna, Polaka z pochodzenia, który starał się utrzymywać kontakty z rodakami odwiedzającymi uniwersytet. Podczas wizyt w 1986 i 1989 r. pan Czesław zawsze z pasją opowiadał o grzybach. Aż nagle w 1994 zamiast o grzybach rozprawia o piwie. Dr Sadownik miał okazję degustować to, czego nawarzył w domu Czesław Perun. – Piwo pana Czesława poraziło mnie swoją dobrocią – mówi. Wkrótce sam zaraził się piwowarstwem. Jeszcze w Stanach na pożyczonym sprzęcie uwarzył siedem warek piwa. – Wszystkie udane – chwali się pan Andrzej i dodaje: – Pierwsze zawsze się udają. Do kraju wrócił z zestawem domowego piwowara. Od tej pory każdego roku warzy 2-3 hektolitry piwa, tj. 10-15 warek. Na pytanie, czy sam wypija to, czego nawarzył, odpowiada: – Mało tego, jeszcze kupuję, bo żona też nie gardzi tym trunkiem. Niestety, nie znosi stouta, który należy do ulubionych przez mnie stylów piwnych. PRZERWA BIAŁKOWA– Chęć do warzenia piwa dojrzewa we mnie w październiku i trwa przez chłodniejszą część roku. To raczej ciepłe zajęcie, więc nie warto robić tego latem – mówi Sadownik. – W długie jesienne i zimowe wieczory można nawarzyć piwa i spokojnie pić je cały rok. Warzenie piwa zaczyna od rozdrobnienia słodu na śrutę. Słód to specjalnie spreparowana odmiana browarna jęczmienia (czasami pszenicy). Kupuje go najczęściej w słodowni sierpeckiej. Rozdrobniony słód wprowadza do ciepłej wody w garnku pełniącym rolę tzw. kadzi zaciernej. – To bioreaktor, w którym zachodzą rozmaite reakcje chemiczne, głównie hydroliza skrobi – w moim rozmówcy odzywa się zawodowy chemik. – W ciągu półtorej godziny następuje rozpad łańcuchów skrobiowych. Jeśli utrzymać temperaturę w okolicach 62 stopni, działa głównie enzym beta amylaza, która bardzo systematycznie odszczypuje jednostki dwucukrowe – maltozę – od łańcucha skrobiowego. Z tak powstałej brzeczki otrzymuje się piwa o względnie dużej zawartości alkoholu. Jeśli prowadzimy reakcję – zacieranie, jak się popularnie mówi – w temperaturze 72 stopni, beta amylaza jest zupełnie unicestwiana i działa tylko alfa amylaza. Z brzeczki zrobionej w ten sposób otrzymuje się piwa bardziej treściwe, odżywcze, jak mówi dr Sadownik – „chlebowe”. Tradycyjnie zacieranie realizowano stopniowo, najpierw w temperaturze 35 stopni, potem robiono tzw. przerwę białkową, przetrzymywanie zacieru w temperaturze 50 stopni – wtedy intensywnie działają enzymy hydrolizujące białka. – Jeśli w piwie jest dużo białka, to ma ono tendencję do mętnienia na zimno, ale to białko jest mniam, mniam – mówi Sadownik, mając na myśli odżywcze wartości takiego piwa. To dlatego dawniej zakonnicy pili je w czasie długotrwałych postów. Zarazem białko jest nośnikiem substancji smakowych i jest pianotwórcze. – Ponieważ dziś kasuje się białka, aby piwo nie mętniało, współczesne piwa słabo się pienią i są pustawe smakowo – mówi Sadownik, który oprócz tego, że sam warzy piwo, jest też kopalnią wiedzy na ten temat, a także na temat historii piwa i browarów, piwnych tradycji i stylów. – Współczesne piwo przemysłowe jest też zubażane o garbniki, czyli polifenole, które mają, jak w przypadku czerwonego wina, bardzo korzystny wpływ na zdrowie, m.in. wiążąc wolne rodniki działają przeciwrakowo – kontynuuje. MOC CUDOWNYCH WONIWróćmy jednak do warzenia. Po półtorej godziny zacierania, pan Andrzej filtruje zacier i otrzymuje brzeczkę przednią. Jest ona teraz intensywnie warzona, czyli gotowana. Na początku tego procesu dodawany jest chmiel goryczkowy, na koniec – aromatyczny. Piwo można jeszcze chmielić „na zimno” podczas następnego etapu jego tworzenia – fermentacji. I znów głos chemika: – Gotujemy, aby wyekstrahować z chmielu substancje goryczkowe, aby strącić trochę nadmiarowych białek, odparować substancje uznawane za niekorzystne, jak sulfid dimetylu, aby wysterylizować brzeczkę z mikroorganizmów, które mogłyby konkurować o nią ze szlachetnymi drożdżami piwowarskimi. Kolejne etapy produkcji piwa to chłodzenie i zadawanie brzeczki drożdżami. – Po kilkunastu godzinach rozpoczyna się intensywna fermentacja. Pojawia się mnóstwo pięknej piany i wydobywa z piwa moc cudownych woni – mówi pan Andrzej. Potem jeszcze przez kilkanaście dni piwo fermentuje „po cichu”. Tuż przed butelkowaniem pan Andrzej dodaje do piwa trochę glukozy, aby pozostałe jeszcze drożdże wznowiły działalność w butelkach na sposób szampański. To sprawia, że jego piwo jest naturalnie gazowane i można je przechowywać przez długi okres. W piwnicy ma butelki leżące już cztery lata, których zawartość nie straciła na jakości. Miałem okazję spróbować dwóch gatunków piwa uwarzonego przez Andrzeja Sadownika: „Białowieskiego” – jasnego i lekkiego piwa pszenicznego, aromatyzowanego lekko trawą „żubrówką”, oraz znakomitego pszenicznego bocka, czyli koźlaka. – Niestety, ostatnie polskie piwo pszeniczne „Grodzisz” znikło z rynku 10 lat temu. Z koźlaków pozostał na rynku bodaj tylko olsztyński – mówi. Jako znawca piwa bardzo żałuje, że polski rynek piwny stał się lagerową monokulturą. Nadzieję na jej ubarwienie widzi w piwowarstwie domowym, którego jest gorącym propagatorem na łamach prasy, a także podczas piwowarskich warsztatów, które organizuje z grupą przyjaciół. Dr Andrzej Sadownik pracuje w Katedrze Chemii Wydziału Technologii Żywności SGGW. Jest specjalistą w zakresie syntezy organicznej.
|
|
|