Morze i Unia |
Poczta elektronicznawbrew niegdysiejszym zapewnieniom PRL-owskiej propagandy i obecnym Paweł Misiak Szanowny Panie Redaktorze! Było, minęło. Myślę o urlopie. Zgodnie z wymaganiami cywilizacji przemysłowej, w której rytmie wciąż jeszcze żyjemy, przez parę tygodni w roku należy odpocząć od pracy (chyba że jest się jednym z milionów bezrobotnych). Nauczyciele odpoczywają więcej. I słusznie. Uczenie cudzych dzieci to trudne, męczące i niewdzięczne zajęcie. Zresztą to samo odnosi się też do dzieci własnych... Wakacyjne odpoczywanie różne jest w szczegółach u różnych osób, choć sporo tych, którzy mają jak i za co gdzieś wyjechać poddaje się działaniom „przemysłu wypoczynkowego”, tkwiąc w trybach tej samej maszyny cywilizacyjnej, która organizuje nam życie codzienne także w pracy. U mnie podobnie, choć zwykłem sam sobie organizować urlopowe wyjazdy. Praca nauczyciela akademickiego jest – choć czasem rodzą się wątpliwości – pracą głównie umysłową. Z mózgiem zaś, przynajmniej z moim, inaczej niż z mięśniami – odpoczynkiem dlań jest nie bezczynność, lecz aktywność innego rodzaju niż powszednia praca. Lubię zatem wyjechać w jakieś miejsce, gdzie przyroda mniej od wielkomiejskiej zdegradowana i bogatsza, gdzie jest co pooglądać i pozwiedzać, jednak niespiesznie, obserwacyjnie, kontemplacyjnie i z umysłowym dystansem. OBSERWATOR URLOPOWYSamonarzucającym się przedmiotem wakacyjnych obserwacji są przede wszystkim bliźni. Trudno się temu dziwić w kraju o sporej gęstości zaludnienia, a w dodatku stosunkowo niewielkiej powierzchni gór, wybrzeża czy pojezierzy, uważanych tradycyjnie za najatrakcyjniejsze miejsca spędzania letniego urlopu w kraju. Trudno znaleźć tam jakieś ustronia czy przestrzenie do samotnych spacerów. Trzeba raczej szukać sobie miejsca między ludźmi. W tym roku pojechałem nad Bałtyk, na północno-zachodnie rubieże kraju, a konkretniej – do Świnoujścia. Miasto i plaża tam nie są jeszcze tak ludne, jak na przykład w niedalekich Międzyzdrojach, gdzie w słoneczne popołudnie na Promenadzie Gwiazd przewalają się tłumy jak – nie przymierzając – przy wyjściu ze stadionu po meczu. Tyle że rzadko ktoś kogoś bije, nie ma też tyle policji. W Świnoujściu spokojniej, na tamtejszej nadmorskiej promenadzie nie depcze się płyt upamiętniających cały firmament polskiego aktorstwa, co nie znaczy, że spokojnie i pusto. Życie i tu kwitnie w typowym krajowym stylu miejsc licznie odwiedzanych przez publikę, czyli jest to głównie życie handlowe. Jedni przyjeżdżają od pracy odpocząć, inni – wręcz przeciwnie. DZIKA PLAŻANa plaży też bez większego tłoku, zwłaszcza gdy się odejdzie kilkaset metrów od jej części zagospodarowanej, to jest strzeżonej, skomercjalizowanej i zradiofonizowanej. Poza zasięgiem gwałcącej uszy produkcji spod znaku disco polo przeplatanej odczytywaniem lokalnych reklam i komunikatów o „nadzwyczajnych” imprezach organizowanych co dzień na plaży ku uciesze gawiedzi, można było posłuchać szumu fal i krzyku mew, poleżeć na piasku bez obawy rozdeptania i powdychać morskie powietrze bez dodatków zapachowych pochodzenia grillowego czy temu podobnych. Niezależnie od wybranego miejsca, można było poczynić sporo obserwacji i dojść do interesujących wniosków. Od razu na wstępie dawało się na przykład zauważyć, że wiadomości o zbliżaniu się czasów, w których okaże się, iż mamy w kraju zbyt wielu nauczycieli, są mocno przesadzone. Z moich plażowych obserwacji wynika bowiem, że wbrew niegdysiejszym zapewnieniom PRL-owskiej propagandy i obecnym oficjalnym danym, mamy w społeczeństwie wysoki stopień analfabetyzmu. Być może chodzi tylko o analfabetyzm funkcjonalny, ale nawet jeśli tak, to stopień jego rozpowszechnienia jest zatrważająco wysoki, nawet w porównaniu z wynikami badań nad tym zagadnieniem, które co roku z lubością przytacza prasa. Tezę tę opieram na następujących faktach. Przy każdym wejściu z promenady na plażę stoją tablice, gdzie czytelnie, drukowanymi literami wypisano obowiązujące przepisy porządkowe. Mowa w nich na przykład o zakazie niszczenia wydm czy wprowadzania na plażę psów. Ogólnie rzecz biorąc lubię zwierzęta i nie mam nic przeciw psom, jednak – jak mi się wydaje – rozumiem sens tego drugiego zakazu. Dość wyobrazić sobie, że oto leżymy sobie na białym piasku, a nieopodal jakiś miły piesek załatwia swoje naturalne potrzeby, nie wspominając już o groźniejszych dla zdrowia ludzi możliwych przypadkach kontaktu z najlepszym ponoć przyjacielem człowieka. Tymczasem codziennie, gdym tak sobie plażował, niezależnie od pory dnia, co chwilę dobiegały mnie ujadania i poszczekiwania wyprowadzonych na plażę i spuszczonych ze smyczy czworonogów. Słysząc je, na ekranie swej wyobraźni zobaczyłem zajęte sale szkolne w okresie wakacyjnym, pełne właścicieli owych psów, a przed nimi nauczycieli, jak przed ponad pół wiekiem bohatersko walczących z analfabetyzmem. OPOWIEŚCI DROGIZ mojego miasta do Świnoujścia droga daleka – kilka godzin jazdy samochodem. Choć trasa oznaczona jako międzynarodowa, to niezbyt przyjemna, ruchliwa a wąska. Co rusz jakieś utrudnienia: a to teren zabudowany, a to traktor, a to znów skrzyżowanie z inną ważną drogą. Jechać szybko się nie da, a w dodatku trzeba stale uważać. Obserwacje, które poczyniłem w trakcie podróży, skłaniały do wniosków podobnych do tych z plaży – zdawały się wskazywać na rozpowszechnienie wśród kierowców objawów ograniczonego postrzegania związanego z analfabetyzmem. Zacznę od małej dygresji. Czasami mam okazję jeździć najdłuższymi w Polsce odcinkami autostrad. Wiem zatem, jak z punktu widzenia kierowcy wygląda podróż nawet długa, lecz spokojna, przyjemna i w poczuciu bezpieczeństwa. Na podstawie własnych wieloletnich doświadczeń „za kółkiem”, czasami dość bolesnych, łącznie ze „skasowaniem” samochodu przed paru laty, bez wahania potwierdzam słuszność powtarzanego w mediach przy każdej kolejnej akcji w rodzaju „Bądź bezpieczny na drodze” twierdzenia, iż najważniejszym talentem kierowcy jest wyobraźnia i umiejętność przewidywania. Istotna jest też przy tym elementarna wiedza i intuicja w zakresie kinematyki i dynamiki, na przykład taka, że obiektu fizycznego o masie jednej czy półtorej tony, poruszającego się z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę nie da się zatrzymać nagle w miejscu, chyba że na skutek zderzenia z obiektem o zbliżonej albo większej masie, poruszającym się w kierunku przeciwnym lub z dużą przeszkodą w rodzaju betonowej ściany czy odpowiednio grubego drzewa. Spokojnie zatem jadąc i obserwując zachowania innych kierowców zauważyłem, że znaczny ich odsetek ignoruje większość znaków i przepisów drogowych. Następnie próbowałem sobie wyobrazić przyczyny takiego stanu rzeczy, czyli postawić jakąś hipotezę. Jedna z nich, nazwijmy ją analfabetyczną, mówi, iż kierowcy ci, choć może nawet potrafiliby wyrecytować odpowiednie definicje i ustępy kodeksu drogowego, po prostu nie rozumieją treści wyrażanych za pomocą znaków i przepisów. Efekt jest taki, jakby tych znaków nie widzieli lub przepisów nie znali. Ich znaczenia wykraczają bowiem poza zakres pojęciowy owych obserwowanych osobników. Innymi słowy, analfabetyzm funkcjonalny, czyli znowu społeczna potrzeba kształcenia, a co za tym idzie – szansa dla nauczycieli, w tym przypadku także tych od fizyki. REJS DO UNIIJedną z atrakcji Świnoujścia są rejsy statkami wycieczkowymi do sąsiednich kąpielisk na wyspie Uznam. Popłynąłem, a jakże. I tu poczyniłem pewne obserwacje. O ile dla jednych źródłem rozmaitych wrażeń był sam rejs po morzu, kołysanie statku na fali i spacer po molo w jednej z miejscowości docelowych, o tyle dla innych najważniejsze było to, co dzieje się na statku po wypłynięciu z portu, to znaczy otwarcie wolnocłowego sklepiku. W trakcie podróży pasażerowie w większości bynajmniej nie podziwiali uroków morza, lecz stali w kolejce po „przydziałowy” bezcłowy towar, czyli alkohol, perfumy i papierosy. W porcie docelowym na brzeg zeszła tylko niewielka grupa. Reszta została na pokładzie, zapewne po to, by w rejsie powrotnym nabyć kolejny „przydział”. Spacerując wzdłuż tamtejszej promenady i rozglądając się po owych do niedawna enerdowskich, a obecnie unijnych kurortach próbowałem wyobrazić sobie, jakie też zmiany mogą nastąpić po naszej stronie granicy po przyszłorocznej akcesji. Nie musi to zaraz oznaczać luksusowych hoteli i sanatoriów, które – odbudowane i odremontowane – nawiązują tam do historii sprzed półtora stulecia, kiedy to miejscowości te zostały „odkryte” przez cesarza Wilhelma. Zdecydowanie zacząć by należało – myślałem sobie – od dorównania poziomem publicznych toalet, które po naszej stronie granicy nie dość, że reprezentują zwykle odstraszający standard czystości i wyposażenia, to jeszcze są płatne. Nic dziwnego więc, że – jak zaobserwowałem – wielu wczasowiczów wybierało zarośla na wydmach, gdzie skądinąd wstęp wzbroniony. I jeszcze jedna obserwacja, która rzuciła mi się w oczy, a właściwie w nos, kiedy wracałem (drogą lądową – pociągiem i pieszo) na ojczyzny łono. Nawet w miejscach pełnych ludzi nie musiałem wstrzymywać oddechu w celu uniknięcia wdychania tytoniowego dymu. Kilka osób, które widziałem spacerujące z papierosem w ustach, okazało się być rodakami na wycieczce. I nie była to kwestia jakichś przepisów czy zakazów, lecz po prostu pewnego poziomu kultury współżycia społecznego. Od niej tak naprawdę zależy, czy także po akcesji w każdej garści piasku na plaży w Świnoujściu czy Międzyzdrojach będzie niedopałek. Jak tu iść do Unii, kiedy nam z butów pety wystają? Wraz z powyższymi powakacyjnymi zapiskami przesyłam Panu Redaktorowi serdeczne pozdrowienia i wyrazy uszanowania. Paweł Misiak |
|
|