Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 2/2004

Dziki ogród

Poprzedni Następny

Rozmowa Forum

Mamy za sobą dwanaście miesięcy naprawdę intensywnej pracy. Były tygodnie, 
kiedy spędzaliśmy nad projektem po trzydzieści i więcej godzin. 
Nie wierzę, że ktoś mógłby powtórzyć ten wysiłek i osiągnąć lepszy efekt.

Rozmowa z prof. Mirosławem Zdanowskim, 
prezesem Stowarzyszenia Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych

Fot. Andrzej Świć

Dr inż. Mirosław Zdanowski, prof. WSUiB (ur. 1947), specjalista w zakresie problematyki ubezpieczeniowej oraz technologii bezpieczeństwa technicznego. Absolwent Politechniki Warszawskiej. Założyciel i rektor utworzonej w 1991 (nr 2 w rejestrze MENiS) Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości w Warszawie. W latach 1982-87 dyrektor Centrum Naukowo-Badawczego Ochrony Przeciwpożarowej, a w latach 1987-89 komendant-rektor Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie. Pierwszy przewodniczący Konferencji Rektorów Uczelni Niepaństwowych (1993-97). Obecnie prezes Stowarzyszenia Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych oraz Polskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego.

 Mamy obecnie 256 uczelni niepaństwowych, a „tylko” 125 państwowe. Takiej ilości prywatnych szkół wyższych nie ma w żadnym europejskim kraju, a na świecie chyba tylko w Stanach Zjednoczonych. Ale tam jest znacznie większa liczba ludności i inne tradycje prywatnego kształcenia. Cały czas rozpatrywane są kolejne wnioski. Słyszałem o szkołach wyższych, w których kształci się 60 osób. Czy to jest jeszcze racjonalne i czy nie straciliśmy kontroli nad systemem edukacji na poziomie wyższym?

– Powstanie sektora uczelni niepublicznych jest z pewnością jednym z ważniejszych osiągnięć polskiej transformacji. Dziś w uczelniach niepaństwowych studiuje blisko jedna trzecia wszystkich studentów. Jest to jeden z nielicznych obszarów, który bez finansowania ze strony państwa znakomicie się rozwinął i umożliwił osiągnięcie jednego z wyższych w Europie, przekraczającego 46 proc., współczynnika scholaryzacji. Mają tu swoje osiągnięcia, oczywiście, także uczelnie państwowe, które kształcą trzykrotnie więcej studentów niż przed 15 laty.

Rozwój szkolnictwa niepaństwowego to niewątpliwie zasługa tych wszystkich, którzy, podejmując ryzyko, stworzyli nowy obszar działalności edukacyjnej. Jesteśmy autorami tego sukcesu, tu nie mam wątpliwości. Oczywiście, mam też świadomość, że nie tworzymy zrębów kultury narodowej i bez uniwersytetów Jagiellońskiego, Warszawskiego i innych posiadających tradycje uczelni, nie byłoby polskiego szkolnictwa wyższego. Niestety, jest prawdą, że wiele zjawisk, w tym także ilość uczelni niepaństwowych, wymknęło się spod kontroli. Nikomu nie można jednak zakazać administracyjnie złożenia wniosku o utworzenie uczelni. Tu powinny obowiązywać naprawdę rozsądne wymagania.

– Środowisko uczelni niepaństwowych nie stanowi monolitu. Naliczyłem siedem konferencji, konsorcjów i stowarzyszeń zrzeszających rektorów i właścicieli uczelni niepublicznych. Był Pan pierwszym przewodniczącym Konferencji Rektorów Uczelni Niepaństwowych, a dziś przewodniczy Pan, w pewnym sensie konkurencyjnemu, Stowarzyszeniu Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych.

– Przy tak dużej liczbie uczelni i różnorodności interesów istnienie wielu konferencji nie powinno dziwić. Na samym początku, kiedy było dosłownie kilka uczelni niepaństwowych, z inspiracji ministerstwa edukacji powstała KRUN. Zostałem wybrany jej przewodniczącym i byłem nim przez dwie kadencje. Natomiast SRiZUN założyliśmy dlatego, że brakowało nam organizacji posiadającej osobowość prawną, potrzebną do prowadzenia wielu spraw. To miała być organizacja w pewnym sensie uzupełniająca całą strukturę, potrzebna także i z tego powodu, że w uczelniach niepaństwowych struktura własnościowa i decyzyjna jest bardziej skomplikowana: istnieją założyciele uczelni, nie zawsze pełniący funkcje rektorów, oraz kanclerze, będący de facto zwierzchnikami rektorów.

– Ale dziś można mówić raczej o rywalizacji pomiędzy KRUN i SRiZUN niż o współpracy, choć są szkoły należące do obu organizacji.

– Myślę, że wielość nie szkodzi, a jest wręcz naturalna. Trudno jest czasem pogodzić interesy szkół zawodowych, które powstały dwa, trzy lata temu, i uczelni działających ponad dziesięć lat, które zdobyły już uprawnienia do doktoryzowania, czy, jak uczelnia prof. Andrzeja Koźmińskiego, do habilitowania, i stały się uczelniami akademickimi. Różnice biorą się przede wszystkim z różnych pozycji uczelni. Osiągnięta pozycja wynika ze stopnia rozwoju, który jest funkcją czasu istnienia uczelni. Wierzę, że wszyscy zmierzamy do rozwoju swoich uczelni, ale jesteśmy na różnych jego etapach. Szkoły, które dziś zaczynają, rzeczywiście czasem są bytami wirtualnymi. Zdarza się, że zatrudniają rektora na pół etatu i kadrę na umowy zlecenia. One też mają szansę stać się szkołami akademickimi, tylko czeka je dziesięć, piętnaście lat pracy. Ja te lata mam już za sobą. Bieżące różnice niweczą możliwość wspólnego występowania w interesie uczelni niepublicznych. Myślę, że brak nam w środowisku mądrości, która, uwzględniając te różnice, pozwoliłaby wspólnie występować w interesie uczelni niepublicznych. A wspólnych problemów mamy przecież wiele.

– Projekt nowego prawa o szkolnictwie wyższym zakłada utworzenie Konferencji Rektorów Uczelni Nieakademickich, czyli nie mających prawa do doktoryzowania – w praktyce oznacza to niepaństwowych. Ale by mogła ona reprezentować te uczelnie, musi zrzeszać ponad połowę z nich. Może to będzie bodziec do zjednoczenia środowiska uczelni niepaństwowych.

– Mam taką nadzieję. Choć jest to o tyle skomplikowane, że pięć uczelni niepaństwowych, w tym moja, należy do konferencji szkół akademickich.

– Istnieją szkoły dobre, którym zależy na jakości kształcenia, i które działając w dłuższej perspektywie poprzez solidność budują swój wizerunek, ale istnieją też szkoły działające raczej jak sprzedające dyplom przedsiębiorstwa niż wyższe uczelnie. Opisywane co jakiś czas przez prasę niechlubne przypadki kładą się cieniem na opinii całego sektora uczelni niepublicznych. Czy nie ma Pan wrażenia, że w tym obszarze dzieją się rzeczy, które nie mieszczą się w kanonie zachowań i wartości akademickich?

– To prawda, różne procesy toczyły się żywiołowo. Obecną sytuację można porównać do ogromnego, pięknego ogrodu, ale trochę zarośniętego i dzikiego, który musi być uporządkowany przez mądrego ogrodnika. I takiego ogrodnika obecnie szukamy. Powinno nim być mądre prawo o szkolnictwie wyższym. Pilnie potrzebne są nowe regulacje i usunięcie zaniedbań, które się nawarstwiły przez te blisko 15 lat od uchwalenia obecnej ustawy.

– Był Pan jedynym przedstawicielem środowiska uczelni niepublicznych w 12-osobowym zespole, powołanym przez Prezydenta RP do przygotowania projektu nowego prawa o szkolnictwie wyższym. Nie czuł Pan w zespole niedostatku reprezentacji uczelni niepaństwowych?

– Zostałem zaproszony przez prezydenta nie jako prezes stowarzyszenia, tylko jako rektor jednej z najstarszych szkół niepaństwowych. Byłem tam zatem specjalistą, dobrze poinformowanym o sprawach szkolnictwa niepaństwowego. Niedostatku, o którym Pan mówi, nie czułem, ponieważ od początku byłem ze swoimi problemami bardzo poważnie traktowany przez pozostałych członków zespołu.

– Czy współpraca międzysektorowa przebiegała gładko?

– Jako generalną przyjęliśmy zasadę, że tworzymy jeden spójny system szkolnictwa wyższego i nie będziemy różnicować uczelni na państwowe i niepaństwowe – mamy takie same prawa i obowiązki. Istnieje, oczywiście, specyfika szkolnictwa niepaństwowego i została ona uwzględniona, natomiast regulacje prawne dotyczą wszystkich uczelni, niezależnie od tego, czy są państwowe, czy niepaństwowe. Wprowadziliśmy na przykład możliwość mianowania profesorów także przez uczelnie niepaństwowe. Spór w zespole na ten temat ciągnął się przez wiele miesięcy, ale uważałem, że skoro ma funkcjonować jeden system szkolnictwa wyższego, to także w tym wymiarze. W rezultacie, szkoły niepaństwowe, które się na to zdecydują, mogą to robić. To da nam możliwość stabilizowania zatrudnienia kadry w uczelniach. Dotychczas profesor miał poważne wątpliwości w wiązaniu się wyłącznie z uczelnią niepubliczną, nie mając pewności stabilizacji, jaką ma w uczelni państwowej.

– W projekcie znalazł się zapis, że minister edukacji może finansować kształcenie w uczelniach niepaństwowych. W stosunku do stanu obecnego jest to zapis rewolucyjny.

– Minister powinien mieć możliwość kierowania środków na kształcenie, także do uczelni niepaństwowych, np. wówczas, gdy będzie potrzebował specjalistów określonego kierunku albo uzna, że efektywniejsze i tańsze jest kształcenie w uczelni niepaństwowej. Na poziomie oświaty państwo dofinansowuje przecież 50 proc. budżetu szkół niepaństwowych i nie budzi to specjalnych emocji.

– Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów jest zgoda rektora na zatrudnienie pracownika uczelni na drugim etacie. To także dotyczy zarówno uczelni państwowych, jak i niepaństwowych.

– W ostatecznym projekcie zapisaliśmy, że jeśli pracownik pracuje tylko w jednym dodatkowym miejscu pracy, to ma obowiązek powiadomić o tym rektora, a ten, w uzasadnionych, wymienionych w ustawie przypadkach może się na to nie zgodzić. Tu chodzi przede wszystkim o działalność konkurencyjną w stosunku do uczelni, w której pracownik jest zatrudniony na pierwszym etacie. Wbrew pozorom nie jest to tylko problem uczelni państwowych, to dotyczy także uczelni niepaństwowych. Jako rektor mam podobne problemy. Moi pracownicy, zatrudnieni w uczelni jako pierwszym miejscu pracy, także czasem pracują w innych szkołach. Uważam, że mam prawo się na to nie zgodzić, jeśli jest to działalność konkurencyjna wobec mojej uczelni. Taki zapis daje rzeczywistą możliwość strzeżenia praw własności do opracowań naukowych i edukacyjnego know-how. Uważam, że to jest naturalne prawo każdego pracodawcy.

– Poważną dyskusję i ostrą reakcję środowiska uczelni niepaństwowych, łącznie z apelem do minister edukacji o jej unieważnienie, wzbudziła uchwała Uniwersytetu Jagiellońskiego, zakazująca podejmowania działalności konkurencyjnej. Po niej podobne uchwały podjęło wiele uczelni.

– To jest poważny problem. Nowe pomysły na studia, nowe programy nauczania, wyniki badań naukowych są, nazwijmy to, transferowane przez niektórych pracowników uczelni na zewnątrz. Zarządzający uczelnią musi mieć prawo do zabezpieczenia tych wartości i strzeżenia poniesionych przez uczelnię nakładów. Chodzi także o to, by ktoś zatrudniony na ważnym stanowisku w pierwszym miejscu pracy, miał czas na tę pracę i wykonywanie powierzonych obowiązków. Jeśli będzie pracował w innym miejscu i nie będzie wypełniał zadań powierzonych mu zakresem czynności, jest to nie w porządku, a mówiąc wprost – to okradanie pracodawcy z czasu pracy. Uważam, że istnieje niezbywalne prawo kierownika jednostki do wyrażania zgody na takie dodatkowe zatrudnienie, zwłaszcza w przypadkach działalności konkurencyjnej wobec własnej uczelni. Żeby było jasne: to dotyczy tak uczelni państwowych, jak i niepaństwowych.

– Czy generalnie jest Pan zadowolony z projektu ustawy? Czy znalazły się w nim wszystkie zapisy satysfakcjonujące uczelnie niepaństwowe?

– Przede wszystkim jestem niezadowolony z tego, że ustawa jest tak obszerna i reguluje zbyt wiele spraw. To cała książka.

– Ale przecież ustawa i tak bardzo wiele kwestii odsyła do zapisów w statutach uczelni, które mogą rozstrzygać, jakie przyjmują rozwiązania.

– Na pierwszych spotkaniach zespołu wiedliśmy spór o kształt ustawy. Ja, a chyba równie mocno prof. Piotr Węgleński, rektor UW, uważaliśmy, że powinna to być ustawa maksymalnie krótka, regulująca jedynie najważniejsze kwestie. Z biegiem czasu, po wielu dyskusjach i spotkaniach z legislatorami i prawnikami, doszliśmy do wniosku, że niektóre kwestie związane ze specyfiką zawodu nauczyciela akademickiego, funkcjonowaniem uczelni, autonomią, prawem pracy, prawami studentów powinny się w ustawie znaleźć. Na pewno jej zaletą jest to, że tworzy jeden spójny system szkolnictwa wyższego, łącząc to, co regulują obecnie dwie ustawy: o szkolnictwie wyższym i wyższych szkołach zawodowych.
Mamy za sobą dwanaście miesięcy naprawdę intensywnej pracy. Były tygodnie, kiedy spędzaliśmy nad projektem po trzydzieści i więcej godzin. Nie wierzę, że ktoś mógłby powtórzyć ten wysiłek i osiągnąć lepszy efekt. Największą wartością jest fakt, że udało nam się znaleźć konsensus i stworzyć projekt, który jest powszechnie akceptowany. Jest co prawda grupa szkół niepaństwowych, w większości zawodowych, które nie ze wszystkiego są zadowolone, ale ta ustawa porządkuje bardzo wiele spraw i każdej uczelni daje możliwości rozwoju.

– Te szkoły uważają, że nowe prawo nadmiernie faworyzuje uczelnie duże, posiadające uprawnienia do doktoryzowania, np. w kwestiach możliwości tworzenia wydziałów zamiejscowych i prowadzenia studiów podyplomowych. Pada argument, że uprawnienia do nadawania stopni naukowych nie mają wiele wspólnego z tymi kwestiami, a po prostu faworyzują uczelnie państwowe i najstarsze niepaństwowe.

– W ostatecznym projekcie uprawnienia do prowadzenia studiów podyplomowych w specjalnościach, w których szkoła kształci, mają wszystkie uczelnie posiadające uprawnienia do kształcenia na poziomie magisterskim. A jeśli chodzi o wydziały zamiejscowe, podwyższenie wymagań było konieczne ze względu na praktykę, gdzie często, jak to anegdotycznie komentowano, ośrodek akademicki istniał tylko do odjazdu ostatniego pociągu z tej miejscowości. Będą je mogły otwierać także uczelnie zawodowe dysponujące odpowiednią kadrą, po uzyskaniu zgody ministra. Uważam, że najważniejsze jest dbanie o poziom nauczania i systematyczny rozwój uczelni, a efekty na pewno z czasem przyjdą.

– Kontrowersje wzbudza też przyjęte nazewnictwo: uczelnie publiczne i niepubliczne, a także podział na akademickie i nieakademickie. Pada często argument, że to trochę dziwne, jeśli uczelnia kształcąca na poziomie magisterskim jest nieakademicka. Trudno się z tym nie zgodzić. Czy nie lepiej byłoby po prostu: państwowe i niepaństwowe oraz np.: autonomiczne i nieautonomiczne lub: samodzielne i niesamodzielne czy: uniwersyteckie i nieuniwersyteckie.

– Tu się akurat zgadzam. W odniesieniu do uczelni publicznych i niepublicznych podnoszony był argument, że takimi określeniami operuje konstytucja, ale być może określenia państwowe i niepaństwowe również są uprawnione. Natomiast w odniesieniu do uczelni akademickich i nieakademickich oparliśmy się na funkcjonującym dziś podziale, który od strony semantycznej rzeczywiście nie jest najszczęśliwszy.

– Projekt został przekazany prezydentowi i co dalej?

– Spodziewamy się, że wkrótce, już jako projekt prezydencki, zostanie przekazany do Sejmu i trafi na szybką ścieżkę legislacyjną. Mamy nadzieję, że nowy rok akademicki rozpoczniemy pod rządami nowej ustawy.

– Posłowie czują się zazwyczaj suwerenni przy podejmowaniu różnych decyzji i nie jest wykluczone, że zechcą projekt poprawiać.

– Myślę, że takie myślenie może się pojawić, ale mam nadzieję, że posłowie uznają osiągnięty kompromis za wartość nadrzędną i jego zapisy pozostaną. Ten projekt jest uzgodniony ze wszystkimi najważniejszymi środowiskami. Został skonsultowany z uczelniami zrzeszonymi w KRASP. Zaakceptowało go Stowarzyszenie Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych, któremu przewodniczę, i które zrzesza 140 uczelni. Uwzględnione zostały uwagi przesłane przez KRUN. Na bieżąco uwzględnialiśmy uwagi Ministra Edukacji, Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i Państwowej Komisji Akredytacyjnej oraz Parlamentu Studentów. Jest to zatem wynik powszechnego kompromisu. Nie wszyscy są w 100 procentach zadowoleni, ale gdybyśmy zniweczyli ten wysiłek i projekt by przepadł, to cofniemy koło historii o piętnaście lat i zablokujemy szansę wejścia do Unii Europejskiej z nowoczesnym prawem w zakresie szkolnictwa wyższego. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie i uda nam się otworzyć drogę rozwoju naszego szkolnictwa już w zjednoczonej Europie.

Rozmawiał Andrzej Świć 

Komentarze