Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 2/2004

Biblioteczne zaplecze studiów

Poprzedni Następny

Życie akademickie

Mało kto wierzy, że polskie biblioteki akademickie mogłyby osiągnąć 
autonomię organizacyjną oraz finansową. Nie przemawia za tym ani tradycja, 
ani system prawny, ani nawet opinia publiczna.

Jacek Wojciechowski

Fot. Stefan Ciechan

Do studiowania nie wystarczy udział w zajęciach dydaktycznych, nawet gdyby były realizowane idealnie. Pod tym względem nie zmieniło się nic: nie ma rzeczywistych studiów bez dopełnienia przez indywidualnie wybrane źródła wiedzy.

Jest jednak także różnica. Teraz współistnieją dwa rodzaje takich źródeł: elektroniczne oraz drukowane. Jedne obok, a nie zamiast, drugich. No i mogłyby być wykorzystywane (pogłoski, że już nikt nie umie czytać, są przesadzone), gdyby były dostępne. Lecz nie bardzo są.

WŁASNYM SUMPTEM

Nikt na własną rękę nie zapewni sobie wszystkich potrzebnych podręczników i czasopism naukowych. To jest tak dalece niewykonalne, że już sam pomysł wydaje się bzdurny. Zresztą nawet podręczniki podstawowe nie są dostępne dla wszystkich. Byle podręcznik kosztuje 40-60 zł, a w ciągu studiów trzeba ich każdemu więcej niż dużo, no więc kogo na to stać? Swoją drogą, nie wiadomo, czemu ceny są kalkulowane tak właśnie, skoro dotacja pokrywa znaczną część kosztów, a honoraria autorskie są żadne. Ktoś tu kogoś robi w konia, a przede wszystkim uniemożliwia solidne studiowanie.

Niektórzy cynicznie wyrażają święte oburzenie, że oto ma miejsce kserowanie części podręczników na masową skalę. A co innego można zrobić?

Mitem jest także rozpowszechniona opinia, że wszyscy studenci mają stały dostęp do Internetu. Kto tak opowiada, ten nie ma pojęcia, w jakim żyje kraju. Elektronika kosztuje wszak dużo i wobec tego indywidualnie mało kogo na nią stać. A i poruszanie się po internetowych zakamarkach też nie jest umiejętnością powszechną. Tak więc samodzielnie trudno sobie zorganizować zaplecze niezbędne do studiów.

POWINNOŚCI BIBLIOTEK AKADEMICKICH

Oczywiście wiadomo, że właśnie w tym celu powstały biblioteki akademickie, jednak nawet z ich strony wsparcie studentów nigdy nie było idealne. Jakkolwiek sto lat temu można było liczyć w szerszym zakresie na biblioteczną dostawę podręczników, ponieważ studentów (i podręczników) było wielokrotnie mniej. Natomiast teraz trzeba obsłużyć publiczność masową.

Biblioteki akademickie mają zresztą do spełnienia kilka równoległych zadań: obsługę pracowników nauki, obsługę studentów, własne powinności naukowe i dodatkowo obsługę użytkowników spoza uczelni. Jest tego stanowczo za dużo, toteż hierarchie ulegają rozchwianiu i nie wszystkie obowiązki są realizowane z takim samym zapałem. Najmocniej kuleje obsługa publiczności „obcej” oraz własny, bezpośredni wkład w naukę. Z braku możliwości, z niedostatku środków oraz personelu, a niekiedy – chociaż jednak rzadko – z braku odpowiednich chęci.
Dominuje nastawienie na wsparcie nauki i dydaktyki oraz na obsługę studentów macierzystej uczelni. Ale przy ograniczonych środkach i kiepskiej przeważnie bazie, nawet te powinności główne nie są realizowane skutecznie. Zwłaszcza studenci zaoczni i podyplomowi, pomimo że wnoszą niemałe opłaty, stanowią z natury rzeczy klientelę drugiej kategorii.

Sytuacja rozhuśtanych potrzeb i niedostatecznych środków, generuje tendencje do wprowadzania różnych, mętnie charakteryzowanych opłat „za korzystanie” – np. za karty magnetyczne w ich czterokrotnej wartości – co np. studenta zaocznego zmusza do opłat potrójnych (w podatku, za studia i za bibliotekę). Doraźne potrzeby przesłaniają więc sens. Biblioteka bowiem, która za usługi każe sobie płacić, zmierza do samozagłady. Odpłatnie wszak można pozyskać książkę w księgarni, a ofertę internetową przedstawi byle operator; biblioteka wtedy nie jest już potrzebna.

NIEWYDOLNY SYSTEM

Fakt, że ani prywatne starania indywidualne, ani baza biblioteczna – z dynamicznie rozwijającym się serwisem elektronicznym i z kontrowersyjną praktyką kserowania materiałów – nie gwarantują wszystkim studentom pełnego zaplecza edukacyjnego, jest w gruncie rzeczy sygnałem kryzysu studiów jako takich. No bo jednak mimo to dyplomy zdobywa znacznie więcej osób niż mogłyby obsłużyć biblioteki, a wobec tego niektóre certyfikaty kwalifikacyjne nie całkiem odpowiadają rzeczywistości.

Ogromna poprawa obsługi nauki z jednej strony i niedostateczna wydolność bibliotek akademickich w obsługiwaniu studentów – z drugiej. Taka, z grubsza biorąc, jest ogólna sytuacja, a powody są złożone.

Miarą ograniczonej sprawności jest powolne dostosowywanie form świadczenia usług do oczekiwań publiczności, od pewnego czasu już na pewno masowej. Przedtem ta publiczność tak liczna nie była i to jest źródło ewentualnych niepowodzeń: zmiany infrastruktury i bazy nie nadążają za lawinowo rosnącą liczbą użytkowników. Ale nowa sytuacja wymaga też zmiany priorytetów, z tradycyjnej ochrony zasobów na intensyfikację usług, a to nie następuje z dnia na dzień, bo to jest zmiana zawodowej mentalności i zmiana paradygmatu. Część bibliotek ma już tę metamorfozę za sobą (to znaczy, że można), ale wciąż jest wiele takich, które wśród studentów uchodzą za twierdze trudne do zdobycia.

Jedną z miar sprawności bądź niesprawności bibliotek jest poza tym poziom zaopatrzenia w zasoby – w polskim bibliotekarstwie dość kiepski. Zapewniono wprawdzie prawie wszystkim bibliotekom uniwersyteckim darmowe egzemplarze obowiązkowe, lecz większość polskich uczelni to wszak nie uniwersytety. No i cóż to jest: jeden egzemplarz wydawnictwa na cały uniwersytet? A na więcej środków nie zawsze wystarcza, że już nie wspomnę o absurdalnym stosowaniu do zakupu książek reguł ustawy o zamówieniach publicznych.

Elektronika, pomimo biedy, wkroczyła do bibliotek akademickich w stylu imponującym i osiągnięcia – w zestawieniu z możliwościami – są niewiarygodne. Jednak główny pożytek ujawnia się w sferze obsługi nauki, natomiast w relacji do potrzeb studenckich pejzaż nie jest aż tak atrakcyjny. Trzeba bowiem lawinowego przyrostu stanowisk i terminali, stałej modernizacji oraz wzajemnego połączenia (nie zawsze kompatybilnych) różnych bibliotecznych programów elektronicznych. A gdzie te lawiny oraz modernizacje?

W tym wszystkim szczególnie dokucza świadomość, że ocieramy się o granice możliwości. Bardzo wielu studentów, może nawet większość, nie korzysta ze swoich bibliotek, stwarzając w ten sposób szanse korzystania innym. Ale gdyby nagle, któregoś dnia, przyszli do bibliotek wszyscy, system biblioteczny zatkałby się nieodwracalnie. Nawet tam, gdzie istnieją wyspecjalizowane „podręcznikarnie”, nie da się założyć, że można obsłużyć wszystkich.

SIEĆ

Trudno liczyć na rychłą i radykalną poprawę potencjału bibliotecznego w Polsce, trzeba więc optymalnie wykorzystać to, co już istnieje. A prawie w każdej uczelni jest więcej niż jedna biblioteka, często cała sieć, tyle że to nie jest żadna sieć. Biblioteki wydziałowe lub instytutowe to bowiem jednostki autonomiczne, przyporządkowane – zgodnie z nazwą – swoim wydziałom bądź instytutom.

Współdziałanie wzajemne oraz z biblioteką główną ma miejsce tylko o tyle, o ile ktoś tego chce. Jeżeli natomiast nie chce, to współdziałania nie ma. Biblioteka główna spełnia powinności koordynacyjne też tylko na bazie dobrej woli bibliotek ewentualnie koordynowanych; narzucić niczego nie można ponad to, co wynika z licencji na wykorzystywany wspólnie program elektroniczny, jeżeli taka wspólnota istnieje. Paranoja.

Biblioteki rozproszone powstały już to z powodów topograficznych – rozproszonej lokalizacji uczelni – już ze zbożnych intencji: żeby biblioteczne zaplecze było możliwie blisko jednostki nauczającej. Rychło jednak okazało się, że są to struktury słabe, rachityczne i najbardziej narażone na biurokratyzację oraz deprofesjonalizację.

To wszak właśnie biblioteki instytutowe należą do najkrócej otwartych bibliotek akademickich, często niedostępne popołudniami, a także w weekendy. „Otwierajcie biblioteki, kiedy ludzie są w pracy lub w szkołach” – nawoływał złośliwie Umberto Eco. I tak nierzadko jest.

Zresztą, taki rozproszony zbiór bibliotek, nie dość, że nieefektywny, jest jeszcze wściekle kosztowny. Tak więc już najwyższa pora na przeprowadzenie zmian.

Zdaniem zagranicznych ekspertów, rozwiązaniem najlepszym jest jeden uczelniany moloch biblioteczny, obsługujący w zasadzie wszystkich. Lecz w Polsce gwałtowne przejście od sieci bibliotek małych do jednej gigantycznej megabiblioteki nie wydaje się na razie możliwe ani też rozsądne. Lepiej dokonać komasacji stopniowej, więc bibliotek instytutowych w wydziałowe albo międzywydziałowe. To zresztą krok bardzo trudny – łatwo przewidzieć lawinę protestów – ale nieuchronny. Tylko bowiem biblioteki duże mogą być wydajne i kosztooszczędne, warte wobec tego unowocześnienia bazy.

Bezdyskusyjnie należy stworzyć też uczelnianą sieć bibliotek. To znaczy, że wszystkie biblioteki z jednej uczelni powinny być organizacyjnie oraz finansowo przyporządkowane bibliotece głównej. Inaczej nigdy nie stworzą całości.

ZARZĄDZANIE

Główna biblioteka uczelni to zazwyczaj instytucja duża i strukturalnie skomplikowana. Wraz z ewentualnym przyporządkowaniem sieci innych bibliotek uczelni ten stopień skomplikowania byłby jeszcze wyższy. Tymczasem stosowane reguły organizacji oraz zarządzania nie zmieniły się tak bardzo od czasów, kiedy były to jednostki wielokrotnie mniejsze. Sytuacja stała się paradoksalna. Oto tak wielkie organizmy nie mają autonomii finansowej ani organizacyjnej, tymczasem samodzielną instytucją jest – nierzadko jednoosobowa – biblioteka gminna.

Kłopotliwa jest też kadencyjna rotacja dyrektorów bibliotek akademickich, utrudnia bowiem lub nawet uniemożliwia opracowanie i realizację długotrwałego programu modernizacyjnego, ale skoro odpowiada to zasadzie kadencyjności innych władz uczelnianych, trudno byłoby cokolwiek zmienić. Natomiast z całą pewnością trzeba zracjonalizować wymagania kwalifikacyjne do dyrektorskich stanowisk. Reliktem przeszłości jest mianowicie zapis, że dyrektorem głównej biblioteki uczelnianej może być każdy samodzielny pracownik nauki, bo to oznacza amatorszczyznę. Takim organizmem bibliotecznym może kierować tylko profesjonalista, a więc zawodowy bibliotekarz.

Trzeba bowiem ogarnąć bogaty rejestr procesów, które należy znać oraz rozumieć. Ewentualna koordynacja funkcjonowania sieci bibliotek wydziałowych (oraz instytutowych) również wymaga bibliotekarskiej wiedzy merytorycznej. No i trzeba znać się na nowoczesnym bibliotekarstwie, nawiązując współpracę z innymi bibliotekami, bo bez tego obsługiwać publiczności nie można. Dlatego wątpię, czy ktoś spoza tego zawodu mógłby takim skomplikowanym organizmem bibliotecznym zarządzać odpowiednio sprawnie.

Z drugiej strony, szef uczelnianej biblioteki musi być człowiekiem uczelni, bo to dla niej przecież bibliotekę prowadzi. Co więcej – uczelniane priorytety muszą mieć odbicie wśród priorytetów bibliotecznych, tak w zakresie specjalizacji zasobów, jak i repertuaru usług. Swoją drogą wolno sądzić, że oprócz elektronizacji oraz oferty informacyjnej stosownej ważności nabierze wkrótce zadanie obsługi studentów zaocznych i studiujących na dystans. Wreszcie cały rozwój biblioteki oraz jej infrastruktury wymaga ścisłych i wielorakich związków z macierzystą uczelnią. Czy bibliotekarz – a nie ktoś z profesorów – potrafi to wszystko zapewnić? Nie ma powodu, żeby nie.

Jednak mało kto wierzy, że polskie biblioteki akademickie mogłyby osiągnąć autonomię organizacyjną oraz finansową. Nie przemawia za tym ani tradycja, ani system prawny, ani nawet opinia publiczna. Ale wobec tego nie ma sposobu, żeby efektywność uległa poprawie.

Tam, gdzie taka autonomia jest, przyznaje się zwykle duże kompetencje senackiej albo rektorskiej radzie bibliotecznej. To gwarantuje tożsamość priorytetów uczelni i jej biblioteki, jak też respektowanie dyrektyw uczelnianych władz. Sama autonomia natomiast oraz strukturalna zwartość wszystkich bibliotek jednej uczelni radykalnie usprawnią działalność bibliotek akademickich jako zaplecza dla studiów i nauki własnej. Otóż istnieje taka potrzeba.

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, jest kierownikiem Katedry Bibliotekarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Komentarze