Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 2/2004

Sam finansuję badania

Poprzedni Następny

Badania naukowe

Słownik współczesnych kompozytorów polskich ma za cel promocję wiedzy 
o Polsce XX wieku, o jej historii, kulturze i muzyce, w kraju i za granicą.

Rozmowa z prof. Markiem Podhajskim, muzykologiem,
redaktorem słownika „Kompozytorzy polscy 1918-2000”

Fot. Arch.

Prof. dr hab. Marek Podhajski (ur. 1938), muzykolog, absolwent Wydziału Kompozycji i Teorii Muzyki Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Sopocie (1961) i studiów kompozytorskich w PWSM w Gdańsku (1966). Doktorat na Wydziale Kompozycji, Dyrygentury i Teorii Muzyki (1972). Habilitacja w ATK w Warszawie w zakresie historii-muzykologii (1993). Od 1961 pracuje w PWSM w Sopocie. Autor pierwszego w historii muzyki słownika kompozytorów islandzkich. W gdańskiej uczelni pełnił obowiązki: dziekana Wydziału Wychowania Muzycznego (1972-75), dziekana Wydziału Kompozycji i Teorii Muzyki (1975-78), kierownika Katedry Kompozycji i Teorii Muzyki (1972-78), dyrektora Instytutu Teorii Muzyki (1978-81, 1987-90) i prorektora (1982-84). Od 1990 pracuje w szkole muzycznej w Akureyri w Islandii. Od 1998, za zgodą rektorów obu uczelni, pracuje na etacie naukowo-badawczym w AMuz. w Warszawie. Jest członkiem Związku Kompozytorów Polskich, International Musicological Society, Gdańskiego Towarzystwa Naukowego, International Biographical Centre Advisory Council w Cambridge, członkiem dożywotnim American Biographical Institute Research Association.

Czy pochodzi Pan z muzycznej rodziny? Jak to się stało, że został Pan muzykologiem?

– Nie, nie pochodzę. Matka była lekarzem i z Nią spędziłem całe moje dzieciństwo i młodość: od Nowogródka, gdzie się urodziłem, poprzez wywózkę do Kazachstanu 13 kwietnia 1940, gdy miałem dwa lata, dalej z Armią Andersa do Teheranu, a potem do Afryki (osiedla w Morogoro i Rongai). Do kraju wróciliśmy w 1948 i osiedliliśmy się w Gdańsku. Tu Mama była jednym z pierwszych doktorów pediatrii. Wykształciła całe pokolenie lekarzy. Tu też zacząłem uczęszczać do szkoły muzycznej, chodziłem na koncerty. Muzyka wchłaniała mnie powoli. Chciałem zostać pianistą, potrafiłem godzinami ćwiczyć. Moim pierwszym nauczycielem fortepianu był Henryk Spychała, świetny pedagog. Zachowuję go we wdzięcznej pamięci. Ku rozpaczy Matki, po maturze postanowiłem dalej kształcić się muzycznie. Jednakże, na skutek Jej nalegań, zdałem również na Politechnikę Gdańską, na Wydział Mechaniczny. Po trzech latach przerwałem te studia, gdyż nie dało się ich pogodzić z nauką w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Sopocie. Z pianistyki zrezygnowałem, zżerała mnie zawsze potworna trema. Studiowałem więc teorię muzyki i kompozycję u Piotra Rytla, a potem u Konrada Pałubickiego. Krótko także, jeden rok, dyrygenturę u Bohdana Wodiczki. Przerwałem te studia, bo Wodiczko wyjechał do Islandii. Tu, po latach, spotkałem się ze wspomnieniami o nim, do dziś żywymi. Był niezwykle wysoko ceniony, promował muzykę islandzką w Islandii! Wykonywał ją i tym zachęcał islandzkich twórców do komponowania. Muzyka islandzka wiele mu zawdzięcza.

– Jest Pan teoretykiem i historykiem muzyki. Jakimi zagadnieniami zajmował się Pan dotąd w swojej pracy naukowej?

– Mój dorobek naukowy obejmuje między innymi około 100 prac drukowanych, w tym 6 książek. W swoich publikacjach koncentruję się głównie na własnościach współczesnego warsztatu kompozytorskiego, sposobach przekazywania wiedzy o tym warsztacie oraz na badaniach o charakterze muzykologicznym. Preferuję tematykę związaną z osiągnięciami współczesnych kompozytorów polskich, a także z dokonaniami polskiej teorii muzyki. Te ostatnie prace odsłaniają często zapomniane, a jednocześnie chlubne karty z historii polskiej kultury muzycznej, np. system harmoniczny Jarmusiewicza. Ten nikomu nieznany proboszcz z Zaczernia k. Rzeszowa, jest autorem odkrywczego i oryginalnego podręcznika harmonii funkcyjnej. Jest to dzieło, które wyprzedza o blisko 40 lat dokonania Hugona Riemanna, uznawanego za pioniera w tym zakresie.

– Co Pan robi w Islandii? Co zagnało polskiego muzykologa na wyspę mgieł i wichrów?

– Nie ma dnia, abym nie zadawał sobie tego pytania. Kontakt z krajem, z polskimi środowiskami akademickimi, z polską młodzieżą, jest dla mnie bezcenną inspiracją, bez której moje działania twórcze straciłyby sens. W Islandii znalazłem dobre warunki do pracy naukowej. Odpadła troska o codzienne sprawy bytowe, tak uciążliwe, czasochłonne i zabarwione stresem. W ciągu pierwszych siedmiu lat pobytu zorganizowałem I Festiwal Islandzkiej Muzyki Fortepianowej, napisałem podręcznik z form muzycznych (wydany przez PWN), pracę habilitacyjną, książkę Dictionary of Icelandic Composers, 21 haseł o muzyce islandzkiej do Encyklopedii PWN, kilka haseł do encyklopedii Grove’a i MGG (Die Musik in Geschichte und Gegenwart), wygłosiłem szereg wykładów o muzyce polskiej. To jeden z najbardziej twórczych okresów w moim życiu. Od 1998 pracuję nad książką o polskich kompozytorach. W Islandii mogła też w pełni rozwinąć swoje pedagogiczne zainteresowania moja żona – wybitny pedagog nauczania gry na skrzypcach Metodą Suzuki.

– Czy Islandczycy sami nie byli w stanie stworzyć słownika swoich kompozytorów?

– Trzeba sobie uprzytomnić kilka faktów z najnowszej historii Islandii. Na początku XX wieku był to jeden z najbardziej zacofanych krajów europejskich. Uniwersytet został założony w 1911 roku, pierwszy koncert symfoniczny (Orkiestra z Hamburga) odbył się w 1926 roku, rozgłośnia radiowa rozpoczęła pracę w 1930 roku, w 1938 Parlament islandzki wydał zakaz budowania lepianek, w których do tej pory mieszkało wielu ludzi. W 1930 roku założono w Reykjaviku szkołę muzyczną o poważniejszym poziomie, w 1950 powstaje orkiestra symfoniczna, a w 1945 Związek Kompozytorów Islandzkich. Niewiarygodny postęp dokonał się w tym kraju w ciągu jednego tylko stulecia. Dziś Islandia, jeśli chodzi o standard życia, należy do czołówki światowej. W życiu muzycznym odnotowujemy także niezwykłe osiągnięcia. Działa w tym kraju 80 szkół muzycznych, do których uczęszcza przeszło 12 tys. uczniów. Z populacji około 45 tys. uczniów poniżej 15 lat, uczęszczających do szkół podstawowych, aż 22 procent jest również uczniami szkół muzycznych. Trzeba pamiętać, że jest to mały kraj, którego ludność wynosi tylko 283 tys. Gdyby te proporcje udało się przenieść na grunt polski, bylibyśmy muzyczną potęgą. Gdy tu przyjechałem w 1990 roku, nie było jeszcze muzykologów. Pojawiła się niezwykła szansa napisania pierwszego w historii muzyki tego kraju słownika kompozytorów. Jak mogłem z tej szansy nie skorzystać?

– Doświadczenia zdobyte w pracy nad tamtą książką wykorzystuje Pan, opracowując słownik Kompozytorzy polscy 1918-2000. Jak narodził się ten pomysł? Od kiedy trwają prace?

– Bywa, że czasami o ważnych decyzjach w naszym życiu decydują drobne, z pozoru bez znaczenia, okoliczności. Tak było i w tym przypadku. Gdy napisałem słownik kompozytorów islandzkich, Amerykanka dr Enid Mayberry, pasjonatka spraw związanych z polską kulturą i jej promocją, zapytała: „Dlaczego nie napiszesz książki o polskich kompozytorach? Ja ci przy wersji angielskiej pomogę, tak jak pomogłam przy książce o kompozytorach islandzkich”. To prawda, rzeczywiście mi wtedy bardzo pomogła i wykonała gratis wszystkie prace native speakera. Pomyślałem sobie, dlaczego nie spróbować? I tak to wszystko się zaczęło w 1998 roku.

– Słownik to jeden z najbardziej użytecznych efektów naukowego trudu w humanistyce. Jest podsumowaniem badań danej dyscypliny, a zarazem przekazaniem ich poza krąg świata naukowego. Dla kogo będzie ta książka? Jaki jest jej cel?

– Adresatem książki w wersji polskiej jest przede wszystkim młodzież szkół muzycznych, średnich i wyższych, muzykolodzy i studenci muzykologii, nauczyciele muzyki. Także wykonawcy różnych specjalności muzycznych, poszukujący repertuaru (w wersji multimedialnej, planowanej na rok 2006, będzie to bardzo łatwe), krytycy i publicyści muzyczni, melomani i ludzie zainteresowani najnowszymi dziejami Polski i jej kultury. W wersji angielskiej – nie tylko szeroki krąg Polaków, mieszkających za granicą i interesujących się muzyką, ale także inni odbiorcy, Polacy i cudzoziemcy zainteresowani sprawami Polski, jej historii, kultury i promocji wiedzy o Polsce.

Obie wersje mają ten sam cel: promocję wiedzy o Polsce XX wieku, o jej historii, kulturze i muzyce, w kraju i za granicą. Jeśli weźmie się pod uwagę zagranicznego czytelnika jako jednego z jej adresatów, odsłaniają się wówczas walory tej publikacji o szczególnej doniosłości, widoczne zwłaszcza w kontekście przystąpienia Polski do UE.

– Jakimi siłami robiona jest ta książka? Zaprosił Pan do współpracy wielu młodych muzykologów z różnych części kraju, interesujących się współczesnością.

– Redakcja jest jednoosobowa. Wykonuję nie tylko prace redakcyjne, ale wszystkie prace biurowe, w tym prowadzę korespondencję (do tej pory ok. 4000 listów), segreguję, porządkuję, kopiuję nadesłane materiały, uaktualniam bazę danych, wypisuję umowy itp. Pomaga mi czworo moich najbliższych współpracowników: mój zastępca Janusz Krassowski, redaktor ds. finansowych i sprawozdawczych Teresa Błaszkiewicz, kierownik grupy korektorów Helena Nowakowska i redaktor ds. technicznych i komputerowych Zbigniew Zuchowicz. Grono autorów jest natomiast liczne i obejmuje około 90 osób. Są wśród nich wybitne postaci, np.: Krzysztof Baculewski, Krzysztof Bilica, Norman Davies, Stanisław Dąbek, Mieczysława Demska-Trębacz, Krzysztof Droba, Stanisław Dybowski, Małgorzata Gąsiorowska, Danuta Gwizdalanka, Włodzimierz Kotoński, Witold Lutosławski, Adam Mrygoń, Jan Nowak Jeziorański, Iza Pacewicz, Jadwiga Paja-Stach, Leszek Polony, Mieczysław Tomaszewski, Krystyna Winowicz, Janusz Żarnowski oraz znakomita grupa muzykologów średniego i młodego pokolenia, np.: Marek Chołoniewski, Magdalena Dziadek, Anna Iwanicka-Nijakowska, Małgorzata Janicka-Słysz, Andrzej Jazdon, Violetta Kostka, Dorota Krawczyk, Kazimierz Kościukiewicz, Ewa Kowalska-Zając, Iwona Lindstedt, Marcin Tadeusz Łukaszewski, Joanna Miklaszewska, Anna Rutkowska, Jerzy Stankiewicz, Marta Szoka, Janina Tatarska. Nie wszystkich mogę tu wymienić, ale o wszystkich pamiętam i, korzystając z okazji, chciałbym im najserdeczniej podziękować za podjęcie współpracy, za ich twórczy trud, a często także – za słowa życzliwości, zrozumienia i wsparcia w moich zmaganiach z tematem.

– Oprócz haseł osobowych, złożonych z biogramu, wywiadu z kompozytorem i charakterystyki jego twórczości oraz bibliografii i spisu utworów, na słownik składa się ogromna część wstępna, zarysowująca obszernie uwarunkowania polskiej historii politycznej XX wieku, historii kultury, historii samej muzyki. Czy od słownika kompozytorów wymaga się tak szerokiego kontekstu historyczno-kulturowego?

– Książka będzie obejmować dwa tomy – eseje (20) i biogramy (ok. 1100). Eseje dotyczą nie tylko głównych tendencji stylistycznych w muzyce polskiej, ale także kreślą tło historyczno-polityczne i związane z rozwojem kultury w najnowszych dziejach Polski. Obecność tych tekstów jest, moim zdaniem, konieczna. Bez znajomości tych uwarunkowań trudno byłoby zrozumieć, zwłaszcza czytelnikowi zagranicznemu, meandry rozwoju polskiej kultury w minionym stuleciu, w tym także kultury muzycznej. Drugi powód – od wielu lat prowadzę w Akademii Muzycznej w Gdańsku seminarium współczesnej muzyki polskiej. Zauważyłem, jak nikła jest wiedza studentów nie tylko o współczesnej muzyce polskiej, ale o uwarunkowaniach historyczno-polityczno-kulturowych jej rozwoju. Doszedłem do wniosku, że trzeba takie krótkie, ale dobrze i atrakcyjnie napisane teksty przekazać studentom. Po to, by nie tylko lepiej rozumieli sam fenomen współczesnej muzyki polskiej, ale również i po to, by wzbudzić w nich poważniejsze zainteresowania dziejami Polski, jej kultury i muzyki.

– Dla mnie jednym z najważniejszych elementów tej książki są opracowania syntetyczne poszczególnych kierunków w muzyce polskiej, np.: neoklasycyzmu, serializmu, sonoryzmu czy postmodernizmu. Dlaczego osobnych omówień nie doczekały się: aleatoryzm, minimalizm i muzyka repetytywna czy spektralizm?

– Omawiam tylko główne tendencje stylistyczne. Tak też zatytułowany jest rozdział, w którego skład wchodzą poszczególne eseje syntetyczne. A wśród tendencji zwłaszcza te, które mają swoją „polską” specyfikę. Ma ją właśnie nurt narodowy, neoklasycyzm, sonoryzm, serializm, postmodernizm.

– Książek o muzyce współczesnej prawie się w Polsce nie wydaje. Nasze oficyny mają dziwne wyobrażenie o potrzebach kulturalnych Polaków. Wśród leksykonów tego typu mieliśmy dotąd Almanach polskich kompozytorów współczesnych Hanuszewskiej i Schaeffera (1982) oraz Kompozytorów XX wieku Schaeffera (1990). Czym różni się Pańska książka od jej poprzedniczek?

– Różnice są wyraźnie widoczne. Wiążą się z budową mojej książki (syntezy i biogramy), zakresem (w stosunku do pracy Schaeffera), liczbą biogramów (odmienne kryteria wyboru), ich budową i zawartością treściową i wreszcie – aktualnością. Moja książka obejmie twórców działających do roku 2000. Praktycznie biorąc, nawet dalej, bo jest stale uaktualniana, aż do momentu przygotowania składu.

– Podobno od roku sam finansuje Pan badania. Jak to rozumieć?

– W pierwszym etapie badań, obejmującym lata 1999-2002, wydatki pokrywane były z grantu przyznanego Akademii Muzycznej w Gdańsku przez KBN. Otrzymałem połowę sumy, o jaką się ubiegałem. Na zakończenie tego etapu złożyłem do KBN sprawozdanie finansowe i merytoryczne. To ostatnie obejmowało bogaty materiał: teksty syntetyczne i biogramy. Razem 2189 stron komputerowego wydruku, w tym 1478 stron tekstów polskich i 711 stron tłumaczeń na język angielski. Przedstawione wyniki stanowiły już 2/3 opracowania całego tematu. Oznacza to, że gospodarowałem oszczędnie przyznanymi mi finansami. Złożyłem wniosek o przyznanie funduszy na kontynuowanie i zakończenie badań. Mając na uwadze wartości poznawcze przedłożonych wyników badań, tak byłem przekonany o tym, że dostanę pieniądze, iż nie czekając na decyzję w tej sprawie (podejmowana była przez 8 miesięcy!) kontynuowałem badania. Nie otrzymałem jednak żadnych pieniędzy, nie został mi przyznany grant. Byłem tym przybity, moralnie upokorzony. Nie potrafiłem wówczas i nadal nie potrafię zrozumieć tej decyzji. Stanąłem przed alternatywą: zrezygnować z prowadzenia tematu albo dalej prowadzić badania z własnych funduszy. Wybrałem tę drugą drogę, nie mogłem zaprzepaścić trudu tak wielu współpracowników, zawieść ich zaufania, unicestwić tak ważnego tematu dla promocji wiedzy o Polsce i jej kulturze muzycznej. Tak więc od 2002 roku badania finansuję sam.

– Kiedy zakończą się prace redakcyjne? Ile pieniędzy trzeba na dokończenie badań i wydanie polskie?

– Oddanie do druku wersji polskiej książki przewiduję w tym roku. Teksty syntetyczne będą gotowe już w marcu, biogramy – najpóźniej w czwartym kwartale.
Wydatki związane z badaniami obejmują głównie honoraria autorskie. Aby dokończyć wersję polską książki, potrzeba mi jeszcze ok. 25 tys. złotych. Na dokończenie wersji angielskiej – ok. 35 tys. Sumy te obejmują wyłącznie wydatki na honoraria, nie uwzględniają kosztów druku, składu, korekt, a więc wydatków, których wielkości nie potrafię określić.

– Są to sumy, które warto wydać, abyśmy mieli wreszcie w Polsce słownik z prawdziwego zdarzenia. Kto został wydawcą polskiej wersji językowej? Sądzę, że tak poważna książka zainteresowała najpoważniejszych edytorów?

– Nie ma, jak dotąd, wydawców ani wersji polskiej, ani angielskiej. Polskie Wydawnictwo Muzyczne, z którym prowadziłem pertraktacje, skłonne jest podjąć się druku części zawierającej teksty syntetyczne. Nie jest natomiast zainteresowane wydaniem części biograficznej. Na takie warunki nie mogę się, niestety, zgodzić. Obie części stanowią bowiem zwartą całość. W najbliższej przyszłości złożę ofertę do oficyny Musica Iagellonica, która wydaje mi się najodpowiedniejszym wydawnictwem do edycji tego rodzaju publikacji. Ale jestem otwarty na wszelkie inne inicjatywy w tym zakresie.

Rozmawiał Grzegorz Filip 

Komentarze