W wypowiedziach, które pojawiają się w przestrzeni publicznej, powtarzane są bezrefleksyjnie hasła: zwiększenie finansowania Narodowego Centrum Nauki, wspieranie młodych naukowców, otwarty dostęp, poziom nauczania, promocja doskonałości… Brakuje natomiast namysłu nad treścią tych postulatów oraz ich praktycznym wymiarem – pisze dr Agnieszka Fulińska. Przypominamy jej tekst z numeru FA 5/2025.
Mój tekst dotyczy tylko dwóch zagadnień, z którymi – jako bezetatowiec – mam bezpośrednio do czynienia: grantów Narodowego Centrum Nauki, czyli najważniejszej instytucji finansującej badania podstawowe, oraz systemu publikacji. Pozostają kwestie organizacji studiów czy też struktury zatrudnienia oraz przede wszystkim rotacji tegoż, czy raczej jej braku i związanym z tym konserwowaniem układów personalnych często niemających wiele wspólnego z realnymi osiągnięciami naukowymi. Niemniej, ponieważ ostatnio byłam tylko kierownikiem grantu, nie mam na co dzień do czynienia z pracą akademicką w jej wymiarze praktycznym, więc pozostawiam to innym.
Od swobody do ograniczania możliwości
Sporo już lat temu rozmawiałam z ówczesnym rektorem jednej z flagowych uczelni. Pisałam właśnie drugi doktorat, a w związku z tym, że z etatami uczelnianymi było już wtedy krucho, wyraziłam wątpliwości co do własnej przyszłości w nauce. Magnificencja z pełnym przekonaniem – szczerym, nawet jeśli, jak się okazało, naiwnym – zapewnił mnie, że po to tworzy się nowy system grantowy, by zwiększać możliwości zatrudniania w nauce osób, które nie mają szans na zwykły, naukowo-dydaktyczny etat. Uwierzyłam w tę wizję, bo wydawała się logiczna i praktyczna. Rzeczywistość ją niestety zweryfikowała negatywnie.
W skrócie: w ciągu kilkunastu lat system grantowy ewoluował od jako takiej swobody do coraz większego ograniczania możliwości wnioskodawców. Obecnie za największe mankamenty systemu uważam:
Dodatkowo stosunkowo niedawno na wszystkie projekty niezakwalifikowane do drugiego etapu konkursu nałożono karencję, wcześniej dotyczyła ona jedynie części wniosków, które uzyskały najniższą ocenę. Obecnie karencja obejmuje również wnioski, które dostały oceny entuzjastyczne, ale nie zakwalifikowały się dalej ze względu na ograniczenia budżetowe panelu.
Wszystkie wymienione powyżej kwestie są, moim zdaniem, kluczowe dla dobrego funkcjonowania systemu grantowego, zwłaszcza w sytuacji, jaką niestety mamy, czyli drastycznego niedofinansowania instytucji grantodawczych. Część z nich znikała powoli przez lata funkcjonowania NCN.
Celowo ułożyłam te punkty w trzech kategoriach: budżetowe, personalne, merytoryczne. Z punktu widzenia samego systemu finansowania i uzyskiwalności najważniejsze są dwie pierwsze sprawy, z tym że druga kwestia jest chyba oczywista: uniemożliwienie składania projektów mających realnie kilku autorów jako zespołowych, co więcej tak, żeby dorobek więcej niż jednego autora liczył się do oceny merytorycznej, jest po prostu, najzwyczajniej pod słońcem, ogromną niesprawiedliwością i nie ma się co nad tym rozwodzić.
Najsilniej w uzyskiwalność uderza natomiast niemożność negocjowania budżetu i przedstawiania projektów krótszych niż 12 miesięcy. Wszystkie istniejące programy finansujące krótkie badania (IDUB czy Miniatura NCN) ograniczone są do osób zatrudnionych na uczelni lub w innym ośrodku badawczym, podczas gdy szczególnie istotne byłyby one dla osób o takie zatrudnienie się starających. Wracając do rozmowy z byłym rektorem: poziom finansowania uniemożliwia realizację wizji zatrudniania dużej liczby ludzi z grantów na pełnych etatach, ponieważ dla konkursu OPUS roczna (narzucona!) suma wynagrodzenia kierownika projektu startującego „z wolnej stopy” wynosi 170 tys. (artykuł opublikowaliśmy w numerze 5/2025, przez ten czas niektóre kwoty uległy zmianie – dop. RED), co generuje dodatkowe ponad 30 tys. kosztów pośrednich, a zatem najtańszy projekt, który nie zakładałby żadnych dodatkowych kosztów, to ponad 200 tys. Taki budżet zresztą zapewne wywołałby natychmiastowy sprzeciw panelu, nawet gdyby autor zaznaczył we wniosku, że pokryje z wynagrodzenia takie wydatki jak udział w konferencjach.
Tu z pomocą mogłaby przyjść elastyczność oraz negocjowalność budżetów. Pierwsza, najważniejsza sprawa to możliwość zatrudnienia kierownika projektu będącego osobą fizyczną na część etatu, umowę cywilnoprawną, a nawet afiliacji w ramach wolontariatu, z finansowaniem samych badań naukowych. Na pewno nie są to rozwiązania akceptowalne dla każdego, na pewno warunki byłyby bardziej atrakcyjne dla humanistów niż przyrodników, ale dla wielu osób, które po prostu chciałyby mieć szansę na prowadzenie badań w oczekiwaniu, że otworzy się interesujący dla nich etat albo inne możliwości zatrudnieniowe, stanowiłoby to wystarczającą pomoc. Oczywiście osoby fizyczne nie stanowią większości wśród wnioskodawców, niemniej obecnie ta grupa jest na z góry przegranej pozycji.
Dodam, że wolałabym dostać kilka razy 50, czy choćby 20 tys. na pół roku albo trzy miesiące na same badania, napisać dzięki temu dobry artykuł i nie musieć dorabiać na boku, niż mieć bardzo nikłe szanse na 250 tys. na rok czy 500 tys. na dwa lata (udało się raz). Warto też zauważyć, że ponieważ do oceny liczą się m.in. wyniki wcześniejszych projektów, to takie małe granty dawałyby rozeznanie w realnych możliwościach wnioskodawcy w prowadzeniu finansowanych przez państwo badań i przedstawianiu ich wyników.
Obecny system pozwala do pewnego stopnia zwiększyć zatrudnienie w dużych projektach, które z kolei nie są typowe dla części humanistyki. Są to w dodatku najczęściej oferty dla młodych naukowców, do których skierowanych jest najwięcej programów stypendialno-grantowych. Inni wykonawcy nie mogą uzyskać zatrudnienia pełnoetatowego ani na umowę cywilnoprawną, a jedynie dodatkowe wynagrodzenie, nawet jeśli są współautorami projektu i nawet jeśli miałoby to dla nich być jedyne źródło dochodu czy zatrudnienia. Wyjątkiem są tzw. senior researchers, ale to stanowisko wymaga z kolei współfinansowania przez ośrodek, co w sytuacji finansowej uczelni i instytutów badawczych nie jest łatwe do uzyskania.
Kontrowersje
Kolejnym poważnym problemem jest system oceny, w którym całkowite pozbawienie wnioskodawcy „sprawczości” – w sensie możliwości odwołania merytorycznego od opinii wyrażanych na obu etapach – jest chyba wręcz niezgodne z porządkiem prawnym. Wielu rozżalonych naukowców publikowało na blogach czy w „Forum Akademickim” opisy konkretnych przypadków, sama mogłabym o tym napisać gruby tom. Jestem w stanie zrozumieć konieczność ograniczenia ewentualnych sporów merytorycznych, niemniej przyjęty model, że odwołania są możliwe wyłącznie od kwestii formalnych, nie tylko uderza w jedną z podstaw nauki, czyli dyskusję merytoryczną, ale z praktycznego punktu widzenia daje, zwłaszcza „ekspertom” na pierwszym etapie, nieograniczoną władzę nad wnioskodawcą. Mogą oni bezkarnie napisać dowolną, także rozmijającą się z faktami opinię, w dodatku w układzie „single blind”, bo znają tożsamość wnioskodawcy, sami zaś pozostają anonimowi, co zwiększa poczucie bezkarności.
I raczej nie jest przypadkiem, że problemy z nierzetelnymi opiniami dotyczą głównie etapu pierwszego, a więc „panelu ekspertów”, którego nazwa jest ironiczna, ponieważ jest to szacowne grono, które przy wszelkich zasługach dla własnych specjalizacji nie zna się na szczegółach większości ocenianych projektów. A jeśli akurat rzeczywiście się zna, to może wpływać na ocenę na tle innych projektów. Tymczasem paneliści do oceny dostają wnioski zwane „skróconymi”, od których wymaga się jednak dużej szczegółowości. Co więcej, własne doświadczenie oraz lektura wielu skarg na działanie panelu pokazuje, że „eksperci” potrafią mieć zastrzeżenia do takich elementów, co do których jest oczywiste, że ich rozwinięcie znajduje się we wniosku pełnym, przeznaczonym dla recenzentów w wypadku przejścia do drugiego etapu. Opis ten jest jednak dla nich niedostępny (dlaczego?), w związku z czym nie mogą tego zweryfikować.
Kwestia opisów jest zresztą również kontrowersyjna. NCN każe wnioskodawcom przygotować dwa obszerne wnioski. Pięć stron dla wniosku skróconego i piętnaście dla pełnego, przy pełnym wykorzystaniu zalecanej typografii to odpowiednio ponad pół oraz prawie dwa arkusze wydawnicze (25 tys. i 75 tys. znaków). Czyli w pełni akceptowalny rozmiar artykułu w czasopiśmie nawet w naukach humanistycznych oraz dużo więcej niż przeciętny artykuł czy rozdział w monografii. Na polskie warunki opis szczegółowy to prawie 1/4 minimalnej objętości monografii.
Przy obecnym poziomie uzyskiwalności jest to marnowanie czasu naukowców. Zwłaszcza, że zazwyczaj projekt da się ostatecznie ocenić na podstawie tego, co jest zawarte na pięciu stronach wniosku skróconego. Może należałoby lepiej sprecyzować zagadnienia czy pytania, na które taki wniosek powinien odpowiadać, mocniej sformalizować wymagania w miejsce opisowości? Pięć czy sześć stron drobnym drukiem wystarczy nawet (zwłaszcza?) dla recenzenta, który na zagadnieniu naprawdę się zna.
Pytanie zatem, czy dwustopniowa ocena, zwłaszcza w obecnej sytuacji finansowej, ma sens? Odsiać projekty całkowicie pozbawione sensu byliby w stanie ludzie zatrudnieni na stanowiskach koordynatorów, najlepiej w zespołach kilkuosobowych, interdyscyplinarnych, żeby uniknąć rażących błędów. Bądźmy bowiem szczerzy: całkowity nienaukowy bełkot potrafimy rozpoznać nie tylko w swojej specjalistycznej dziedzinie, ale i w dziedzinach pokrewnych. A koordynatorami są doktorzy lub doktorzy habilitowani. Cała reszta projektów – w tej samej formie odpowiadającej obecnej skróconej albo niewiele dłuższej – powinna trafiać do wyspecjalizowanych recenzentów, bo tylko oni są w stanie naprawdę ocenić zawartość merytoryczną, co pozwoliłoby na układanie rankingów istotnie odpowiadających naukowej wartości wniosków. Co więcej, recenzent powinien mieć możliwość poproszenia wnioskodawcy, oczywiście za pośrednictwem NCN, o wyjaśnienia lub rozwinięcie wątków, jeśli miałby wątpliwości co do oceny. Oszczędziłoby to wszystkim pracy, a umożliwiło doprecyzowanie kwestii, które teraz każdy musi rozwijać, potrzebnie lub niepotrzebnie, w tzw. opisie pełnym.
Propozycje
Warto by także rozważyć, jako znacznie sensowniejszy ewentualny drugi etap, rozmowy z autorami wysoko ocenionych wniosków, zwłaszcza jeśli ich liczba i budżet wykraczałyby poza możliwości panelu. To z kolei umożliwiłoby weryfikację rzetelności projektu przedstawianego na piśmie, wyjaśnienie niepewności, ale także negocjację budżetu. Sądzę, że wielu wnioskodawców, zarówno występujących z pozycji uczelnianego etatu, jak i „osób fizycznych”, zgodziłoby się na zmniejszenie środków, byle dostać możliwość prowadzenia badań. Tu pojawia się kolejne zagadnienie: kontynuacji badań. Tego chyba nigdy nie było w ofercie NCN. Badania naukowe mają to do siebie, że generują nowe zagadnienia i problemy badawcze, których nie dało się przewidzieć na etapie pisania oryginalnego wniosku. Generują też nowe, luźniej powiązane problemy. Takie projekty, uzupełniające albo wychodzące bezpośrednio od wcześniejszych, stanowiące ich kontynuację, powinny mieć priorytetową ścieżkę oceny i przyznawalności środków.
Odrębnym problemem jest niechęć NCN do projektów, które można określić jako „wysokiego ryzyka”. Opis, nawet skrócony, powinien w zasadzie zawierać pewność co do wyników projektu. Tak w każdym razie można nader często wnioskować z argumentów na rzecz odrzucania wniosków, skoro „eksperci” żądają podawania np. konkretnych zasobów archiwalnych dla kwerend (co na etapie wstępnym, bez wizyty in situ, jest często możliwe w bardzo ogólnym zarysie) albo odrzucają projekty, których zadaniem jest np. eksperymentalne sprawdzenie, czy model teoretyczny posiada potencjał zgodny z przewidywanym (co jest treścią projektu i punktem wyjścia do ewentualnych dalszych badań). W obu przypadkach, humanistycznym i przyrodniczym, sednem projektu bywa weryfikacja wcześniejszych założeń, która może wypaść negatywnie. Ale na tym też polega nauka, a gdyby to chcieć sprawdzić wcześniej (pomijając kwestie finansowe w przypadku humanistyki oraz sprzętowe w przypadku nauk eksperymentalnych), oznaczałoby to de facto wykonanie planowanych badań.
Warto by też zrównoważyć ofertę dla różnych grup wiekowych czy też etapów kariery. Wśród programów NCN są dwa typy z ograniczeniami w tym względzie: MAESTRO dla super zaawansowanych, z bardzo rygorystycznymi warunkami, oraz kilka programów wyłącznie dla młodych naukowców (PRELUDIUM, SONATA, ETIUDA). Dla „grupy średniej” jest wyłącznie OPUS, w którym mogą startować wszyscy. To również wpływa na poziom uzyskiwalności finansowania w tym konkretnym programie, który siłą rzeczy jest najbardziej oblegany i którego organizacja i ocena (nic dziwnego) powodują najwięcej kontrowersji.
Ponieważ w przypadku projektów krótkich dla osób niezatrudnionych w nauce podniesiony może zostać istotny argument afiliacji, warto rozważyć afiliowanie takich badaczy bezpośrednio przy NCN, nawiązanie współpracy w tej kwestii z Polską Akademią Umiejętności itd. Można również wrócić do pomysłu, który niegdyś przemknął przez polską scenę naukową: tworzenia przy NCN „laboratoriów” czy „pracowni” współpracujących z uczelniami i instytutami badawczymi, ukierunkowanych na szerokie spektrum zagadnień z różnych dziedzin nauki, także humanistycznych, w ramach których można by zatrudniać badaczy lub afiliować małe projekty składane przez osoby fizyczne. (Taki model wypracował francuski CNRS). Może też warto by rozważyć, już na marginesie NCN, utworzenie platformy crowdfundingowej dla projektów naukowych…
Powinno się przywrócić to, co zostało niesłusznie usunięte z procedury: negocjowalność budżetów, projekty wieloautorskie i wskazujące konkretnych wykonawców, możliwość zatrudniania wykonawców na pełny lub cząstkowy etat, możliwość ustosunkowania się do opinii ekspertów, projekty krótsze niż 12 miesięcy. Ponadto warto by: zlikwidować dwustopniową ocenę, a konkretnie „panel ekspertów”; wprowadzić szybką ścieżkę dla kontynuacji projektów; rozważyć rozmowy z wnioskodawcami jako ostateczną podstawę przyznawania finansowania. Tu mogłoby być miejsce dla gremium „ekspertów”, którzy musieliby się zapoznać z recenzjami prawdziwych specjalistów, a nie bazować na bardzo ogólnej wiedzy własnej. Co więcej, zlikwidowałoby to część problemów z uznaniowością lub posądzeniami o nierzetelność poprzez odanonimizowanie tego gremium.
Jak nauka polska dała się wpuścić w maliny…
Przeglądałam niedawno oferty pracy w nauce, a konkretnie w kilku dziedzinach humanistycznych. We wszystkich warunek: kandydat musi zadeklarować stuprocentową wierność konkretnej dyscyplinie. Dajmy na to naukom o religii i kulturze. Co to oznacza w praktyce? Ano, że jeśli napiszę artykuł z filologii albo archeologii (mam z obu tych dziedzin doktoraty), bo zamówi go u mnie kolejny redaktor monografii wieloautorskiej wydawanej w Brillu czy CUP, publikacja ta będzie dla potencjalnego pracodawcy bezwartościowa, ponieważ nie zaklasyfikuję jej do „dyscypliny”.
Zastanawia mnie, dlaczego środowisko dało się wpuścić w ten konkretny system, z założenia zabijający interdyscyplinarność, która przecież wciąż chyba widnieje na sztandarach nowoczesnej nauki? Ten system nie wnosi nic do badań, do wartości publikacji. Zgaduję, że on ułatwia urzędnikom „ewaluację”, w której liczą się arbitralnie przyznawane punkty, a nie realna merytoryczna wartość dorobku. Ostateczną instancją oceniającą jest urzędnik lub naukowiec w funkcji urzędnika, zapominający często, że istotą badań i nauki jest ich treść, dająca się ocenić wyłącznie przez zapoznanie się z treścią publikacji, a nie poprzez liczbę punktów uzyskanych według tak czy inaczej skonstruowanej tabelki.
…i co z tego wynika, czyli o publikowaniu
Oczywiście, założenie – do pewnego stopnia słuszne – jest takie, że jeśli redakcja czy wydawnictwo coś przyjęło do publikacji, to mamy do czynienia z rzeczoną oceną merytoryczną. Tak, w dużej mierze. Ale wszyscy chyba wiemy z „autopsji”, że nawet w świetnych tomach czy czasopismach można znaleźć artykuły słabe, a najlepszym wydawnictwom naukowym zdarzają się wpadki. Te problemy nasilają się w związku z przyjętym modelem kolejnego fetysza organizatorów nauki, czyli Open Accessu, promującego – także poprzez rankingi – bardzo bogate wydawnictwa, które nie chcą tracić dochodów zapewnianych w modelu płatnym przez wysokie ceny książek, więc kolosalne koszty publikacji przenoszą na autorów. Pomijam tu kwestię, czy te koszty są realistyczne. Mam wrażenie, że są mocno zawyżone, podobnie jak ceny części publikacji naukowych, w zasadzie wykluczające je z obiegu prywatnych nabywców. W takim modelu OA dużą pokusą jest wydanie pozycji, która być może nie przeszłaby sita recenzenckiego, gdyby wydawnictwo miało w nią zainwestować. To może jeszcze nie jest powszechne, ale się zdarza. I – chciałabym być złym prorokiem – obawiam się, że będzie coraz częstsze, jeśli model publikacyjny nie ulegnie zmianie.
Kolejnym powodem, dla którego w Polsce wydaje się niekiedy pozycje przeciętne lub nawet słabe, podczas gdy bardziej wartościowe książki nie mogą znaleźć wydawcy, jest sytuacja wydawnictw uczelnianych i ogólnie polityki wydawniczej uczelni. Ponieważ do punktacji liczą się wyłącznie publikacje etatowych pracowników, żadnej uczelni nie opłaca się inwestować w nawet najwybitniejsze dzieło osoby spoza grona pracowników, podczas gdy opłaca się wydać cokolwiek, byle napisane przez osobę zatrudnioną. Ewentualnymi późniejszymi recenzjami, choćby były krytyczne, mało kto się przejmuje, bo ważne jest to, że można rozliczyć punkty. Tymczasem polityka wydawnictw uczelnianych powinna być taka, żeby ukazywały się w nich jak najlepsze monografie, niezależnie od afiliacji autora. I żeby do oceny liczył się dorobek wydawnictwa, a nie związek autorów z uczelnią.
Dodatkowy problem jest taki, że w sytuacji, kiedy merytoryczna wartość jest mało istotnym elementem publikacji jako efektu dla uczelni, nawet najwybitniejsza pozycja wydana w wydawnictwie prowincjonalnej uczelni nie podniesie prestiżu tego wydawnictwa. Kolejnym problemem okołopublikacyjnym, który zauważa coraz więcej znajomych humanistów uczelnianych, jest narzucony naukom humanistycznym model publikacyjny nauk przyrodniczych: priorytetowa rola, i w związku z tym najwyższa punktacja, artykułów zamieszczanych w czasopismach. Tymczasem specyfika większości humanistyki, może z wyjątkiem archeologii, jest taka, że do obiegu naukowego łatwiej i sensowniej wchodzą przede wszystkim monografie autorskie, a na drugim miejscu rozdziały w monografiach wieloautorskich, wliczając w to recenzowane publikacje pokonferencyjne. W tych najlepszych odsiewa się na etapie zapraszania do tomu referaty na niskim poziomie, nie publikuje się wszystkiego; ponoć zdarza się nawet zapraszanie do tomu specjalisty, który nie był uczestnikiem konferencji.
Takie pozycje funkcjonują w obiegu naukowym lepiej z prostego powodu: są łatwiej wyszukiwalne. W humanistyce nie funkcjonuje dobrze system indeksów cytowań, nie ma też potrzeby ani sensu go na siłę tworzyć. Ponadto mniejszą wagę mają drobne publikacje, które w naukach przyrodniczych mogą mieć kluczowe znaczenie dla rozwoju dziedziny. Przyczynki – publikacja źródeł, artykuły korygujące wcześniejsze błędne ustalenia – są niewątpliwie ważne, ale w znacznie mniejszym stopniu niż np. publikacja wyników eksperymentu, która daje impuls istotnym kierunkom rozwoju danej dziedziny. W humanistyce umiarkowanie ważna jest także szybkość publikacji wyników, co zresztą łączy się z wspomnianą kwestią wpływu na rozwój badań. Oczywiście i tu są odkrycia, które mogą mieć znaczenie rewolucyjne; niemniej, patrząc na to już z czysto praktycznego, społecznego punktu widzenia, opóźnienie o pół roku czy nawet o rok naukowej publikacji o tym, że Mickiewicz napisał piątą część Dziadów albo o odkryciu grobu Aleksandra Wielkiego ma mniejsze społeczne konsekwencje niż opóźnienie przyczynkarskiej na pierwszy rzut oka publikacji, która może mieć realny wpływ np. na badania nad lekarstwem na raka, szczepionką na groźną chorobę czy też tworzywem, które pozwoli lepiej chronić żołnierzy w warunkach wojennych.
Kolejnym publikacyjnym problemem nękającym polską humanistykę jest całkowite „ewaluacyjne” niedocenienie
książek popularnonaukowych, aczkolwiek podejrzewam, że również dla nauk przyrodniczych byłoby dobrze, gdyby tego rodzaju pozycje pisali wybitni specjaliści. Dobrze, że na tym polu przynajmniej mamy przekłady wielu świetnych książek zagranicznych, często autorstwa znakomitych naukowców, dla których pisanie dla szerokiego czytelnika nie jest wstydem, a wręcz przeciwnie.
W związku z tym w naszej humanistyce brakuje kolejnego pokolenia profesorów Krawczuków czy Błońskich; zastąpili ich pop-historycy piszący od sztancy o wszystkim, co ma szanse się sprzedać, a o literaturze to już chyba nawet pop-poloniści nie bardzo piszą, tu wystarczają bryki. Warto, po pierwsze, wydawnictwa i uczelnie uwolnić od trybu „wydajemy tylko pracowników”. Po drugie, dostosować priorytety publikacyjne do specyfiki dziedzin naukowych. Po trzecie, docenić działalność popularyzatorską. Po czwarte, rozważyć wycofanie się z dominującego modelu OA, na który nas nie stać i który globalnie się nie sprawdza. Po piąte, o czym nie pisałam: stworzyć centralny system dofinansowania publikacji w wydawnictwach w rodzaju PWN, czyli pozauczelnianych wydających książki naukowe, gdzie niestety wymagany jest albo wkład własny (uczelniany lub prywatny), albo „potencjał sprzedażowy”.
System taki powinien pozwalać na dofinansowywanie książek, których potencjał sprzedażowy nie jest dostatecznie wysoki, by skusić dział marketingu, a które zarazem wychodzą charakterem poza obieg czysto specjalistyczny albo też są dla wydawnictwa (uczelnianego lub niezależnego) zbyt drogie, żeby inwestycja się opłacała. W pierwszym rzędzie zaś powinno się zrezygnować z absurdalnego, wtłaczającego naukowców w sztywne ramy klasyfikacji systemu dyscyplin i naprawdę zacząć promować interdyscyplinarność.
Kuźnia kadr dla zagranicy
Oczywiście należy walczyć o zwiększenie nakładów na naukę. Na granty, zatrudnienie, wynagrodzenia, stypendia. Należy o to walczyć bezwzględnie. Niemniej, ponieważ realia są, jakie są, należy pomyśleć, jak usprawnić system, żeby umożliwić partycypację jak największej liczbie osób chcących uprawiać naukę i mających do tego realne zdolności oraz pasję.
Tu powraca wspomniany już fetysz finansowania młodych, żeby przyciągać ich do nauki. Otóż programów dla młodych jest mnóstwo i są one bardzo atrakcyjne, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Tymczasem brakuje, i to drastycznie, globalnie, programów dla ludzi na średnim stopniu kariery naukowej. To oznacza, że poważny odpływ może mieć miejsce nie po studiach, kiedy możliwości jest dużo, ale właśnie w chwili, kiedy one się skończą wraz z przekroczeniem metrykalnych trzydziestu pięciu lat albo pięciu lat po (pierwszym) doktoracie. I o tę grupę należałoby się zatroszczyć, jej stworzyć możliwości kontynuowania badań. To ona jest znacznie bardziej zaniedbana niż mityczni młodzi, a powinna też być najbardziej twórcza, bo statystycznie (abstrahując od jednostkowych przykładów, np. twórczych emerytów czy genialnych studentów) ma już doświadczenie, a jeszcze nie dotyka jej wypalenie.
Jest jeszcze jeden aspekt tej fetyszyzacji programów dla młodych, która bierze się z poczucia, że należy absolwentów skusić do pozostawania w polskiej nauce. Następnie zaś stawia się ich w sytuacji, w której mają dwa wyjścia: zrezygnować z nauki i pójść do biznesu, urzędu, szkoły czy innych zawodów, albo wyjechać za granicę, gdzie otrzymają znacznie lepsze warunki prowadzenia dalszych badań, zwłaszcza w naukach przyrodniczych. Można zatem powiedzieć, że nasze programy wspierające młodych są kuźnią naukowych kadr dla ośrodków zagranicznych, gdyż z Polski wyjeżdża ogromne grono osób, które mogłyby rzeczywiście naszą naukę dźwignąć na wyższy poziom.
Warto także pamiętać, że największy nawet zastrzyk finansowy nie jest lekarstwem na patologie systemu czy choćby jego niedoskonałości. Dodatkowe miliony dla NCN to raptem kilkadziesiąt grantów rocznie, rozłożonych na wszystkie konkursy i wszystkie panele. Czyli w każdym z nich o jeden, może w porywach dwa pozytywnie rozpatrzone wnioski więcej. To jest nadal kropla w morzu potrzeb.
Należy zatem przede wszystkim rozważyć reformę systemu, by pozwolił zwiększyć uzyskiwalność grantów, przygotowywał naukowców na różnych stopniach kariery do sięgania po coraz większe czy ambitniejsze cele. Samymi pieniędzmi się tego nie osiągnie.
Wspomniałam wcześniej o archeologii jako osobnym problemie. Otóż, ponieważ archeologia jest od dawna polską flagową dyscypliną naukową, a zarazem w wydaniu terenowym wymaga dużych nakładów finansowych, postulowałabym stworzenie instytucji centralnej zajmującej się finansowaniem badań archeologicznych, zarówno akademickich, jak ratowniczych, prowadzonych przez wyspecjalizowane firmy (zakres i formy finansowania w obu przypadkach mogłyby być różne). Nie piszę tego pro domo sua, ponieważ pomimo ukończenia tego kierunku nie jestem czynnym archeologiem, nawet gabinetowym.
dr Agnieszka Fulińska
Autorka jest absolwentką filologii polskiej i archeologii klasycznej (dwa doktoraty), zajmuje się historią kulturową. W latach 2019–21 (z przedłużeniem) kierowała grantem NCN OPUS. Autorka dwóch polskich monografii naukowych oraz wielu międzynarodowych artykułów. Od kilku lat bezskutecznie szuka pracy w nauce
Artykuł ukazał się numerze FA 5/2025
Cieniem jest success rate rzędu 10%. Jeśli główny narodowy program grantowy, stanowiący wskutek splotu wielu okoliczności i z ostatnich 70 lat niemal wyłączne źródło finansowania badań podstawowych w Polsce, daje średnio 10% szansy na uzyskanie finansowania programu badawczego, to jesteśmy w króliczej norze i zaraz zobaczymy Kapelusznika.
Wszyscy to wiedzą, i tylko najwyższe władze Polski udają, że nie wiedzą, ale też wiedzą. Widocznie komuś odpowiada sytuacja, w której nawet najlepsze projekty badawcze odpadają, bo w tej sytuacji muszą odpaść nie tylko słabi i średni, ale też ci super-duper, bowiem jest ich po prostu za dużo. Ba, nawet zakładając nieuczciwość i skorumpowanie np. NCN, to nawet ci, którzy podobno MUSZĄ dostać pieniądze na badania, bo mają stosunki, rodziców czy coś tam jeszcze, TEŻ ich nie dostaną z powodu braku ogólnego. Czy to znaczy, ze popieram nepotyzm? Ależ nie. Uważam tylko, że sytuacja, w której nawet nepoci muszą konkurować między sobą, byłaby ciekawą nowością w dziejach cywilizacji... Czy właśnie udało się to osiągnąć w Polsce?
KKK ma rację, a ludzie na tym forum mają wyobrażenia o sytuacji młodych na podstawie wspomnień o własnej młodości (kiedy to było? ETIUDA?). 27-latek po szkole doktorskiej konkuruje o pracę, granty i stypendia z trzydziestoparolatkiem po dawnych studiach doktoranckich, gdzie oni robili te doktoraty przez prawie dekadę. Nawet przeciętniak jakiś dorobek w tym okresie uzbiera... "-Status doktoranta traci się w momencie złożenia rozprawy, więc wypada kolejne pół roku, w trakcie którego można byłoby złożyć Preludium, a co za tym idzie potencjalnie wywalczyć etat". Po pierwsze, niektóre postępowania trwają nawet ROK i to już po utracie statusu! Co jest absolutnym skandalem. Bez terminu obrony nie da się złożyć na postdoca za granicą. A w Polsce nie złożysz aplikacji na adiunkta czy postdoca, jeśli w dniu złożenia wniosku nie masz "dr" przed nazwiskiem. Taka nasza lokalna specyfika, za granicą liczy się data rozpoczęcia stosunku pracy. Po drugie, stypendium kierownika Preludium to ok. 900 zł na rękę, więc jeśli młody człowiek ma jakąkolwiek ofertę pracy, Preludium nie jest mu do niczego potrzebne. Ten grant przestał być wyznacznikiem czegokolwiek w środowisku młodych i ma znaczenie sentymentalne jedynie dla "pokolenia NCN". No chyba że wyznacznikiem statusu finansowego - jak żyjesz wyłącznie z niego to znaczy, że cię stać. Po trzecie, Preludium nie oznacza etat, tylko najczęściej umowę cywilno-prawną.
I to co KKK pisze o zebraniu dorobku jest absolutną prawdą. Półtora roku schodzi na zaliczenie bieda-kursów w szkole doktorskiej i na przegląd literatury, może się nauczysz jakiejś metody w międzyczasie. W połowie IV roku trzeba złożyć gotową pracę, bo postępowanie trwa wieczność. Zostaje więc realnie 2 lata na przeprowadzenie wszystkich badań i napisanie dysertacji. Kiedy w tym czasie doktorant ma pracować nad "dorobkiem", jeśli nie jest w labie szóstym autorem, tylko pracuje indywidualnie? Pominę już fakt, że stypendium 3000 idzie na wynajem kawalerki, więc doktoranci w SD NADAL pracują w sektorze prywatnym, żeby zarobić na chleb. A jeszcze 2 lata temu to stypendium wynosiło 2000. Szkoda gadać o "fetyszu finansowania młodych" przy 10% success rate i takich wynagrodzeniach.
Zawsze byłem zdecydowanym przeciwnikiem tezy, że wystarczy zwiększyć finansowanie, a problemy nauki w Polsce rozwiążą się same. Jednakże w przypadku NCN to, moim zdaniem, właśnie zbyt mało środków powoduje, że tak wielu naukowców nie jest zadowolonych z jego działania. Przy współczynniku sukcesu oscylującym koło 10 procent, proces wyłaniania grantobiorców zmienia się w de facto loterię. Propozycje autorki artykułu trafiają w próżnię, ponieważ oznaczałyby dalsze zwiększenie wydatków agencji, co tylko pogłębiłoby istniejące problemy. Niestety dr Fulińska nie wie najwyraźniej jak działają nowoczesne agencje grantowe w świecie, a NCN czerpie właśnie z ich najlepszych praktyk. Dwustopniowy system oceny czy istnienie paneli ekspertów nie wzięły się znikąd, tylko wynikają z wieloletnich przemyśleń i doświadczeń. Istnieje na ten temat bardzo obszerna literatura, chociażby w samym Forum Akademickim. Na część zarzutów autorki wymienionych w artykule można znaleźć odpowiedź w moim niedawnym tekście w PAUzie Akademickiej pt. „Dla Narodowego Centrum Nauki nie ma dobrej alternatywy” (http://pauza.krakow.pl/738_2025.pdf, należy przewinąć do strony 6).
Panie Profesorze,
"Dwustopniowy system oceny czy istnienie paneli ekspertów nie wzięły się znikąd, tylko wynikają z wieloletnich przemyśleń i doświadczeń."
A pamięta Pan ten artykuł?
https://forumakademickie.pl/wspolpraca-z-rosja-sztuczne-cytowania-podejrzenia-o-paper-mills-zajrzelismy-na-liste-ekspertow-ncn/
Przypomnę, że problem nie dotyczył tylko osób wymienionych w tym artykule (Rafael Luque, Hamid Reza Karimi, José Manuel Lorenzo). Jak wtedy pisałem w komentarzach, po przejrzeniu list tylko paneli ST i NZ z roku 2024 znalazłem jeszcze takich "ekspertów":
Francisco José Barba, Lucia Altucci, Luca Fabris, Francesca Pentimalli, Wei Cao, Wei Wu, Yuying Yan, Zhe Chen, Richard Yongqing Fu, Marek Zivcak, Franklin Gregory.
A wtedy moja wiedza na temat oszustów naukowych była znacznie uboższa. Teraz, po kolejnych 6 miesiącach dochodzeń pewnie znalazłbym przynajmniej drugie tyle podejrzanych nazwisk. Lorenzo zarobił w tym czasie pierwszą retrakcję, choć de facto większość jego publikacji powinna ulec retrakcji. Tylko kto ma je zanalizować i zgłosić do redakcji? Tylko panele ST8, ST10, ST11 przyznały dziesiątki milionów ludziom, którym już udowodniono oszustwa, lub o bardzo podejrzanym dorobku, którym trzeba je jeszcze udowodnić. I jakoś nikt się tym nie przejmuje. Czy prof. Li, który rozliczył grant siedmioma retraktowanymi artykułami, poniósł jakieś konsekwencje? NCN odmawia udzielenia informacji nawet o tym, którego panelu Rafael Luque był przewodniczącym. A jest instytucją finansowaną z pieniędzy publicznych. Członek Rady NCN pozywa dziennikarza i redakcję FA do sądu za zadawanie niewygodnych pytań. To jak mamy ją traktować poważnie?
Jakie są kryteria, według których można nazwać kogoś Papermiller?
Może takie?
https://pubpeer.com/publications/9E28C0ECF2BB99C5BEB00EF32B60EA
https://pubpeer.com/publications/B12814BC64D1F6469F88FA17D8A25A
Czy uważasz, że publikowanie na PubPeer lub usuwanie artykułów stanowi „papermilliing”? Żadna wykształcona osoba nie zaakceptowałaby takiego twierdzenia. Każdy – w tym Ty – mógłby spotkać się z takim problemem.
Chcesz komentarzy na temat Twoich publikacji w PubPeer? To bardzo proste. Warto zrozumieć, co tak naprawdę oznacza „papermilliing”, zanim zaczniesz komentować na platformach publicznych i udawać zbawcę nauki.
A zajrzał Pan do tych wpisów na PubPeer? Przecież one nie są moje. Ja tylko umieściłem tam treści decyzji retrakcyjnych.
"Following publication, the journal was alerted that an article on the same topic and linked with the journal was advertised online offering authorship for sale. Following an internal investigation conducted by the journal Editors in collaboration with Elsevier's Research Integrity & Publishing Ethics team, the journal had suspicions surrounding the legitimacy of the collaboration, the appropriateness of the authorship list and the origins of this article."
To jest definicja "papermillingu". A ja niczego nie udaję. Po prostu robię to, co powinien zrobić każdy uczciwy pracownik naukowy, żeby nauka nie przestała istnieć. Ale tego nie może zrobić jedna osoba, ani nawet tych 30 detektywów naukowych, których znam i z którymi współpracuję. Potrzebny do tego jest wysiłek wielu instytucji w skali globalnej - rządów, agencji grantowych, wydawców, jednostek badawczych i wszystkich naukowców.
A jeśli chodzi o ocenę moich publikacji, to po raz kolejny powtórzę swój komentarz z 9.01.2025:
"Proszę spróbować spowodować retrakcję jednego mojego artykułu. Zapraszam do tego także innych komentujących, którzy twierdzą, że mam takie, które się do tego kwalifikują."
Każda publikacja naukowa podlega ocenie czytelników. Bo to właśnie oznacza słowo "publikacja" - publiczne przedstawienie wyników swoich badań - żeby inni badacze pracujący w tej samej tematyce mogli się z nimi zapoznać.
Kim są osoby, o których wspomniałeś w komentarzu, które kupiły nazwę w artykułach? Jakie masz dowody? Jeśli tak, opublikuj je tutaj.
Taa, najlepiej poproszę International Publisher o faktury wystawione z tytułem płatności "produkcja i sprzedaż artykułu naukowego". Ale widzę, że mamy tu komentatora zagranicznego, który tłumaczy tekst w Google'u, choć zapewne zatrudnionego w polskiej jednostce naukowej. Mogę więc Pana zapewnić, że wszyscy zostaniecie zidentyfikowani i pociągnięci do odpowiedzialności - jeden po drugim. To tylko kwestia czasu.
przestań mnie gnębić. jeśli masz jaja, podejdź do mnie.
Ekspertów w NCN są tysiące. Przypuszczam, że pracownicy agencji starają się "odfiltrowywać" nieuczciwych, ale pewnie nie zawsze się to udaje. Nie wiem jak jest teraz, ale w czasie gdy pracowałem w NCN mieliśmy "czarną listę" (niestety bardzo obszerną) osób, które zawiodły jako eksperci bądź wcale się do tego nie nadawali. Tych osób już nie zapraszaliśmy. Przewodniczący paneli byli jawni - dziwi mnie, że teraz, jak Pan pisze, jest inaczej. Co do członków Rady NCN, byłem przez dwie kadencje przewodniczącym pięcioosobowego zespołu, który proponował ministrowi kandydatki i kandydatów na członków Rady. Zawsze były to osoby, co do których nie mieliśmy wątpliwości, jeżeli chodzi o ich uczciwość. Niestety minister Czarnek, łamiąc ustawę, zignorował nasze rekomendacje i mianował połowę składu Rady wybierając osoby, których byśmy, z różnych powodów nie rekomendowali.
Panie Profesorze,
Jak najbardziej zgadzam się z tym, co Pan pisze. Nie podejrzewam pracowników NCN, w szczególności koordynatorów dyscyplin, o złą wolę czy nieuczciwe działania (niestety, nie mogę tego powiedzieć o wszystkich członkach Rady). Może się wydawać, że kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt „czarnych owiec”, które przemkną się przez sito selekcji to niewiele, ale ci ludzie przyznają dziesiątki milionów złotych. Szacuję, że może to być nawet 10% budżetu NCN. Dlatego ze szczególną uwagą powinni być wybierani przewodniczący zespołów, którzy mają ogromną władzę. W ciągu ostatnich 10 lat świat nauki diametralnie się zmienił, z czego chyba nie do końca zdaje Pan sobie sprawę. Dobrze podsumowuje to artykuł, do którego link został podany w wywiadzie z prof. Węgrzynem.
https://www.pnas.org/doi/10.1073/pnas.2420092122
Rafael Luque czy Zhixiong Li to członkowie międzynarodowych siatek, pozwolę sobie nazwać je mafiami naukowymi, których zadaniem jest pompowanie dorobku, a następnie jego wykorzystanie do zdobywania atrakcyjnych stanowisk i funduszy na "badania". To, że Rafaela Luque’a zwolniono (formalnie „zawieszono na 13 lat bez wynagrodzenia”) z uniwersytetu w Kordobie było wiadomo już w kwietniu 2023 (pierwsza retrakcja 19.07.2023, teraz ma ich 14),
https://cen.acs.org/research-integrity/Highly-cited-chemist-suspended-claiming-to-be-affiliated-with-Russian-and-Saudi-universities/101/i12
a mimo to został przewodniczącym zespołu NCN w roku 2024. Nie znam harmonogramu powoływania ekspertów, ale wydawałoby się, że 8 miesięcy powinno wystarczyć na taką weryfikację. Zawodzą procedury. Ani NCN, ani np. NAWA nie sprawdzają uczciwości kandydatów na ekspertów czy wnioskodawców. Stypendia Ulama stały się bramą do Polski dla oszustów naukowych z Azji. Sprawdzenie Retraction Watch Database, bazy Argos czy PubPeer zajmuje kilka minut, a może uchronić miliony ze skąpego polskiego budżetu na naukę przed przyznaniem ich oszustom. Zatrudnienie przynajmniej jednej osoby, której zadaniem byłaby taka weryfikacja, zwróciłoby się wielokrotnie. Oczywiście trzeba by też zmienić regulaminy, np. wprowadzić zakaz powoływania na ekspertów i składania wniosków dla osób z retrakcjami za naruszenie zasad etycznych. Inaczej tego nie ogarniemy i pieniądze dalej będą marnowane.
@Andrzej Jajszczyk
@Hubert Wojtasek
Kiedy tak czytam o tym wszystkim, to wydaje mi się, że przy założeniu, że instytucje mają pozostać tak zorganizowane, jak są zorganizowane obecnie, to znacznie większą uwagę trzeba przyłożyć do etapu weryfikacji przy powoływaniu osób niosących znaczącą odpowiedzialność w tych wszystkich gremiach.
Kiedyś być moze aż tak wielkiej uwagi nie trzeba było przykładać do tego elementu, teraz staje się to absolutnie kluczowe. Obecnie kandydaci na pozycje w dużym stopniu ważne społecznie muszą być gotowi na to, że czeka ich przejście przez jakieś dosyć gęste sito, i że moze się to zakończyć nieprzyjemnościami. I nie powinno być tutaj żadnej taryfy ulgowej, dla nikogo.
Panie profesorze, proszę mi odpowiedzieć. Otóż tak: w USA jedyne federalne uczelnie to akademie wojskowe, więc granty dla amerykańskiego rządu są jedyną możliwą formą finansowania nauki. W Europie (w tym w Polsce) tak nie jest, zarówno finansowanie statutowe jak granty idą z jednej państwowej kieszeni. Nie rozstrzygam, który system finansowania nauki jest lepszy, ale któryś jest. W związku z tym należałoby zlikwidować ten drugi.
W którym miejscu popełiłem błąd?
Podstawowy problem takiego rozumowania jak powyżej Pana Profesora PAN polega na wyciagnięciu z całego złożonego systemu jednej wartości (w tym przypadku finansowania federalnego w USA, bez brania pod uwagę całej złożoności tego systemu, diametralnie innego niż wszystkie systemy europejskie) i na tej podstawie zbudowanie całej narracji, która ma popierać jakaś tezę Autora. Systemy wieloczynnikowe są złożone, a ich stabilność opiera się na wielu zmiennych - wyciąganie wniosków na podstawie tylko jednego parametru, bez analizy ekosystemu jako całości jest bezsensowne i ma mało wspólnego z poważną dyskusja. To tak jakby dyskutować ze ktoś produkuje lepsze samochody bo są czerwone, a nasze takie nie są. Ani to poważne, ani merytoryczne...
A ma pan coś konkretnego do powiedzenia? Systemy są złożone ale wypowiedź na forum musi być prosta, więc powinna dotykać istoty problemu. Proszę mi pokazać, że podwójne finansowanie z jednej państwowej kieszeni nie jest istotą problemu.
Panie Profesorze, serdecznie przepraszam za brak odpowiedzi na Pana post w odpowiednim czasie.
Przechodząc do sedna - zakłada Pan ze trudne problemy maja łatwe rozwiązania, i ze wystarczy zmienić mala rzecz, a cały system również ulegnie zmianie (w założeniu na lepsze). Takie założenie jest oczywiście błędne w swojej istocie i rozumieniu problemu (a właściwie nierozumieniu problemu!). Łatwe i szybkie rozwiązania złożonych problemów (a takie niewątpliwie trawią polska naukę - nieprawdaż?) nie są oczywiście możliwe - systemy skomplikowane, mogą zostać modyfikowane tylko przez skomplikowane (a zatem długotrwale) działania i żadne jednostkowe działanie (np. likwidacja czegoś), rozwiązania nie przyniesie. Bardzo ciekawa (przynajmniej dla mnie!) lektura jest Teoria Systemów - która jasno definiuje te zagadnienia. Polecam!
Panie Profesorze, serdecznie przepraszam za brak odpowiedzi na Pana post w odpowiednim czasie.
Przechodząc do sedna - zakłada Pan ze trudne problemy maja łatwe rozwiązania, i ze wystarczy zmienić mala rzecz, a cały system również ulegnie zmianie (w założeniu na lepsze). Takie założenie jest oczywiście błędne w swojej istocie i rozumieniu problemu (a właściwie nierozumieniu problemu!). Łatwe i szybkie rozwiązania złożonych problemów (a takie niewątpliwie trawią polska naukę - nieprawdaż?) nie są oczywiście możliwe - systemy skomplikowane, mogą zostać modyfikowane tylko przez skomplikowane (a zatem długotrwale) działania i żadne jednostkowe działanie (np. likwidacja czegoś), rozwiązania nie przyniesie. Bardzo ciekawa (przynajmniej dla mnie!) lektura jest Teoria Systemów - która jasno definiuje te zagadnienia. Polecam!
Wspaniały artykuł, świetna diagnoza. Mam bardzo podobne przemyślenia i doświadczenia, zwłaszcza w sprawie oceny grantów NCN, luki dla już nie-młodych naukowców i braku środków na małe granty. Myślę, że najbardziej efektywnych naukowo narzędziem, który aktywizuje najwięcej naukowców i przekłada się na najlepszy stosunek wydatkowanych środków do publikacji mogłaby być Miniatura, gdyby uwolnić ją od "jednorazowości".
Pisze Pani: "wolałabym dostać kilka razy 50, czy choćby 20 tys. na pół roku albo trzy miesiące na same badania". Oczywiście. Tak powinno być w czasie między realizacją projektów z dodatkowym finansowaniem, np. z NCN.
Tu diabeł tkwi w szczegółach. Kto powinien te pieniądze na działalność statutową dostać do dyspozycji? Szef instytutu, szef grupy badawczej czy osoba po doktoracie lub dwóch?
Jeśli przyjmiemy dwie pierwsze możliwości, osoba po doktoracie nigdy tych pieniędzy nawet nie zobaczy.
Jeśli doktor bez zespołu - w porządku.
Jeśli doktor w zespole - nie koniecznie, ponieważ nie będzie przez 100% czasu pracował na rzecz zespołu i możliwości uzyskania grantu przez jego szefa.
Mamy tu klasyczny konflikt interesów.
W aktualnym systemie szefom zespołów opłaca się zatrudniać jedynie doktorantów. Wykonają pracę i będzie ich można zastąpić nowymi tanimi pracownikami zatrudnianymi na 4 lata. Odejdą i nie będą z byłym szefem konkurować.
Jeśli nie rozwiążemy powyższego problemu konfliktu interesów, nic się nie zmieni, a już na pewno nie na lepsze.
Dwie uwage natury ogolnej, czyli nie do konca zwiazane w tekstem powyzej, sa takie:
1. Rownolegle w systemem grantowym powinien dzialac system wspierania badan na poziomie absolutnie podstawowym. Czyli naukowcy bez grantow rowniez powinni byc w stanie pracowac naukowo. To nie jest praca bardzo ambitna ktora wymaga zatrudnienia postdokow i wysokich wydatkow na badania, ale jednak. To dlatego, ze nie zawsze kazdy lab ma granty bez przerwy. Nawet najlepsi moga miec przerwy w finansowaniu badan poprzez granty, ale ten podstawowy poziom utrzymania badan jest rowniez bardzo wazny z innych powodow.
2. Przy 'success rate' spadajacym ponizej pewnego poziomu system grantowy traci sens. Z pisaniem proposali jest zwiazany pewien poziom wysilku, ktory przy bardzo niskim 'success rate' zostaje calkowicie zmarnowany. To nie chodzi o to, ze czesto trzeba podchodzic do pisania grantow wiecej niz jeden raz, to jest normalne. Chodzi o to, ze przy za niskim 'success rate' bardzo dobre pomysly czesto nie dostaja finansowania i to jest bardzo demoralizujace oraz nauka traci mozliwosc znaczacego rozwoju. Wtedy wszystko zostaje zmarnowane: czas, wysilek, pieniadze, zaangazowanie i znaczaca okazja na sukces naukowy.
ad 1 - oczywiście. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie: kto ma być dysponentem środków?
@Przemo
Wszyscy aktywni naukowo badacze. To uczelnie decydują o tym, kogo uznają za "aktywnych naukowo", i rozdzielają środki. To powinna być całkowicie transparentna procedura, a nie "znajomy znajomemu". Co ważne, te pieniądze muszą iść na badania, a nie na opłaty za prąd, wodę i naprawienie windy w budynku.
Tak, to wymaga nakładów większe, niż obecne. Ale właśnie tutaj te zwiększone fundusze powinny iść, moim zdaniem. Jakkolwiek człowiek nie chciałby reformować nauki polskiej, większe pieniądze są potrzebne. Czy potrzebnych jest tyle uczelni, co teraz, to już inna sprawa.
"uczelnia" to system hierarchiczny, w którym uczelnię /rektora reprezentuje wobec pracownika, jego bezpośredni przełożony. On zatem decyduje kto jest aktywny, a kto już nie musi ;-)
@Przemo
Decyzji o tym, czy ktoś jest aktywny w jakimś obszarze zawodowym lub nie, nie podejmuje się co drugi dzień. To poważna decyzja, tak więc powinna być dobrze przemyślana i uzasadniona.
Tutaj powinny być brane pod uwagę dwie strony, zarówno pracownik, jak i uczelnia. Tak wiec nie jestem pewien, czy tylko "bezpośredni przełożony" powinien o tym decydować.
Pamiętamy też, że tego, co jest obecnie, nie musi być w przyszłości. Pewne zwyczaje można zmienić.
Należy wiele zmienić. Jeśli uczelnia kogoś zatrudnia, to powinien być aktywny. Powinna dbać by każdy, kogo zatrudnia był aktywny. To niełatwe, ale warto próbować.
"oraz kilka programów wyłącznie dla młodych naukowców (PRELUDIUM, SONATA, ETIUDA). Dla „grupy średniej” jest wyłącznie OPUS, w którym mogą startować wszyscy. To również wpływa na poziom uzyskiwalności finansowania w tym konkretnym programie, który siłą rzeczy jest najbardziej oblegany i którego organizacja i ocena (nic dziwnego) powodują najwięcej kontrowersji."
1. ETIUDY nie ma od lat (sic!)
2. Dla młodych jest PRELUDIUM, Sonatina, Miniatura i ewentualnie SONATA.
2. Dla grupy średniej jest Miniatura, Sonata, Sonata Bis.
3. OPUS jest generalnie dla wszystkich.
4. Są jeszcze liczne konkursy międzynarodowe.
Czy autorka na pewno wie, o czym pisze...?
Zatem nie Etiuda, tylko Miniatura. Z punktu widzenia twórczości muzycznej jest to oczywiście znaczna różnica, natomiast co to zmienia konkretnie w tematyce poruszonej w artykule?
Wystarczy zerknąć na listę osiągnięć autora.
Zresztą, to typowy problem PL - nagłosniej wypowiadają się ci, którzy nie posiadają realnego doświadczenia.
Wg mnie Pani Doktor doskonale wie o czym pisze
Autorka moim zdaniem trafnie zebrała wady NCN-u. Ja nie mam wątpliwości, że tę instytucję należy zlikwidować. Zamiast tego albo po prostu zwiększyć podstawowe finansowanie jednostek albo extra-finansowanie silnie zdywersyfikować, żeby był wybór.
Zgadzam się. To właśnie dlatego, że NCN jest taki, jaki jest, farciarze, którym udaje się dostać grant, są nazywani "laureatami", co słusznie krytykuje Profesor PAN, który tutaj pisze ciekawe komentarze.
Nawet nie wiemy, czy farciarze, czy członkowie spółdzielni, czy też produkty NCN-owskiego chowu wsobnego, który gdzie indziej jest tak niemile widziany. Z jakiegoś powodu najpóźniej do głowy przyszła mi myśl, że to naprawdę najwybitniejsi polscy naukowcy. Prawdopodobnie mieszanka wszystkich tych 4 kategorii. Kogoś pominąłem?
Cyt."Z jakiegoś powodu najpóźniej do głowy przyszła mi myśl, że to naprawdę najwybitniejsi polscy naukowcy. "
Ale to chyba napisał Pan z ironią? Bowiem, pisząc "farciarze", miałem na myśli OGÓŁ tych, którym się udało, są wśród nich też m.in. zdolni i pracowici ludzie, którym kariera akademicka potoczyła się wręcz podręcznikowo tzn. tak, jak powinna.
Tekst zawiera sporo nieścisłości. Najpoważniejsza – i z punktu widzenia czytelników najistotniejsza – dotyczy (rzekomego) braku możliwości odwołania się w NCN od „nierzetelnych ocen formułowanych w ocenie wniosków”. Taka procedura oczywiście istnieje. Błędy w recenzjach, które mogły mieć wpływ na decyzję panelu ekspertów, stanowią podstawę do złożenia odwołania; są traktowane jako naruszenie procedury konkursowej. Odwołania rozpatruje Komisja Odwoławcza Rady NCN.
https://ncn.gov.pl/finansowanie-nauki/informacje-dla-wnioskodawcow/instrukcja-odwolania
Nie, ta procedura nie istnieje. Możliwe jest odwołanie się wyłącznie na podstawie stwierdzenia błędów formalnych popełnionych w procesie oceny. Oprotestowanie treści recenzji lub opinii formalnie nie jest możliwe.
a w zyciu, to absolutna nieprawda
tylko formalne bledy wchodza w gre
Nie prawda. Jestem po kilku odwołaniach z powodu skrajnie niemerytorycznych ocen recenzentów ocierających się nawet o podstawowe braki w edukacji na poziomie liceum. Regulamin NCN zabrania komisji odwoławczej oceniać merytorykę opinii. Jest to co prawda grono pięciu profesorów zwyczajnych, które prawdopodobnie mogłoby to zrobić, gdyby chciało, ale to nie jest ich zadaniem. Ich cel to odwołanie się do autorytetu. Czego chcesz robaczku, skoro tak szanowne grono błędu formalnego nie znalazło? (Bo merytorycznego nawet nie szukało). Komisja odwoławcza to instytucjonalna wydmuszka, której zadaniem jest sprawiać pozory. Nic więcej.
Liczby mówią co innego. "W 2023 r. Komisja Odwoławcza Rady NCN rozpatrzyła łącznie 181 odwołań od decyzji Dyrektora NCN.
Dodatkowo poddano rozpoznaniu 3 wnioski o stwierdzenie nieważności decyzji Dyrektora NCN,
2 wnioski o przywrócenie terminu do złożenia odwołania oraz jedno odwołanie od decyzji uchylającej
decyzję Dyrektora NCN przyznającej środki finansowe na realizację projektu badawczego. Trzy
odwołania pozostawiono bez rozpoznania z uwagi na uchybienia formalne, w jednym przypadku
Dyrektor NCN skorzystał z instytucji autokontroli, zgodnie z art. 132 k.p.a.
Przyznano finansowanie 13 projektom badawczym na łączną kwotę 5 640 182 zł. Komisja Odwoławcza
w 29 sprawach wydała decyzje uchylające decyzje Dyrektora NCN i przekazujące sprawy do
ponownego rozpatrzenia oraz 1 decyzję uchylającą decyzję Dyrektora NCN, w której uchylił on swoją
decyzję przyznającą środki finansowe na realizację projektu badawczego. W 25 sprawach zlecono
Dyrektorowi NCN przeprowadzenie dodatkowego postępowania dowodowego."
https://www.ncn.gov.pl/sites/default/files/pliki/plany_sprawozdania/2023_sprawozdanie_z_dzialalnosci_ncn.pdf
Anno, pani odpowiedź jest nie na temat.
Te liczby mówią tylko tyle, że aż tak wielka ilość opinii została opublikowana z rażącymi błędami formalnymi, których już nie dało ukryć. Na przykład jak recenzent w opinii stwierdził, że wniosek ma braki, ale okazuje się, że po prostu nie przeczytał kilku stron (ten przykład biorę z własnego doświadczenia).
Więcej za to mówią same wypowiedzi Komisji Odwoławczej. Pozwolę sobie zacytować kilka:
"Komisja Odwoławcza nie ma kompetencji ustawowej do rozstrzygania w kwestiach merytorycznych”
„większość argumentów Wnioskodawcy przedstawionych w odwołaniu ma charakter dyskusji merytorycznej z opiniami ekspertów oraz Zespołu Ekspertów”.
Nawet w sytuacji krytycznego braku wiedzy "ekspertów" Komisja Odwoławcza postanawia działać jako ich "dupokryja" jawnie odmawiając stanowiska, w sprawie, którą mogliby sobie sprawdzić w Wikipedii -chociaż zważywszy na podstawowy charakter zagadnienia, wątpię, żeby musieli - i woli wykonywać moralne szpagaty, jak ten poniżej:
(Komisja Odwoławcza) “nie ma również kompetencji do oceny czy Zespół Ekspertów słusznie wskazał, że badane zjawiska będą dotyczyć również adhezji czy nie. Poza kompetencjami ustawowymi pozostaje również ocena czy terminy przez Zespół Ekspertów zostały opisane niedokładnie, czy wystarczająco.“
Każdą próbę wykazania skrajnej niekompetencji Komisja Odwoławcza nazywa "próbą merytorycznej dyskusji". To nie jest próba dyskusji. To jest wywlekanie na światło dzienne niekompetencji/nierzetelności/głupoty i niesprawiedliwości, która rządzi NCNem od dawna.
Tyle, że informacja, którą Pani tutaj zacytowała, nie NIC mówi o odwołaniach z powodu błędów MERYTORYCZNYCH. Jest mowa o odwołaniach od decyzji Dyrektora NCN, ale BEZ PODANIA PRZYCZYN. Tak, jak napisałem, panie i panowie powołani na ekspertów, mogą napisać COKOLWIEK w uzasadnieniu odrzucenia przez nich wniosku o grant, włącznie z tym, że 2+2 = 5, że system Kopernika jest całkowicie błędny, że w Ogólnej Teorii Względności jest błąd, że wieża Eiffla jest na Księżycu, a Kennedy był prezydentem PRL itp. itp. itp., A Z TEGO wg tych ekspertów (?) wynika, że wniosek powinno się odrzucić, zaś Wielce Wielmożna Komisja Odwoławcza I TAK nie będzie tu miała nic do powiedzenia, bo tak jest to skonstruowane. I wszyscy rozłożą ręce (poza ekspertami, którzy są anonimowi i nietykalni), co najwyżej, w geście dobrej woli mogą życzyć powodzenia w badaniach naukowych...
Właśnie tak jest. Tyle że inteligentni eksperci tak ocenią wniosek, by nie było się od czego odwołać. A jednocześnie tak, by mieć pewność, że go uwali. Takich wniosków - jestem tego pewien - jest wśród tych odrzuconych znakomita większość. Innymi słowy, skala faktycznych odwołań nic nie mówi o rzeczywistej roli (i eksperckości w pierwotnym znaczeniu tego słowa) ekspertów.
No i co pani udowodniła?
Przepraszam, gdzie pani w tym linku widzi potwierdzenie swojej tezy?:
"Odwołanie można złożyć wyłącznie w przypadku naruszeń proceduralnych lub formalnych. Zgodnie z przepisami określonymi w ustawie o NCN [1], Komisja Odwoławcza nie ma kompetencji do ceny zasadności zarzutów merytorycznych dotyczących oceny wniosku."
Kwestie merytoryczne to kwestie merytoryczne, kwestie formalne to formalne. Z zarzutami merytorycznymi nie można się odwoływać, o czym zresztą drugie cytowane zdanie mówi wprost. Tak to przynajmniej w mojej męskiej logice wygląda.
Błąd w recenzji wpływający na decyzję panelu, to jest właśnie naruszenie procedury.
A ja miałem sytuację odwrotną: entuzjastyczne opinie ekspertów posłużyły jako podstawa do negatywnej decyzji panelu. Owszem, uznałem to za naruszenie procedury (bowiem regulaminowo panel podejmuje decyzję na podstawie opinii ekspertów) i złożyłem odwołanie. Sądzę, ze za 3 miesiące dowiem się, że nie było warto się szarpać, ale to nie bedzie nic odkrywczego, bo nawet uznanie odwołania nic nie zmieni, bo przecież projekt nie będzie już wtedy dalej recenzowany, bo niby w jakim trybie? Ale uważam, że z koniem zawsze należy się kopać.
No to podział na błędy merytoryczne i proceduralne traci sens. W ten sposób każdy błąd merytoryczny staje się błędem formalnym, jeśli tylko był na tyle istotny, że wywołał skutki. W mojej hermeneutyce się to nie mieści. Nie wiem, skąd pani bierze takie tezy.
Ciekawe, KTO ma kompetencje do oceny bzdurnych zarzutów merytorycznych? Bowiem, można sobie wyobrazić sytuację, że ekspert (ekspert ?) napisze w "uzasadnieniu" np. że z faktu, iż 2+2=5 wynika, że dany wniosek należy odrzucić. Zatem nie ma co z nim dyskutować, bo to nie jest kwestia formalna, a CO WIĘCEJ, ekspert użył implikacji, która wszak w logice klasycznej ZAWSZE będzie PRAWDZIWA (ma bowiem fałszywy poprzednik, o następniku nawet nie wspominając)...
O, wie pan, implikacja byłaby prawdziwa, ale źle zastosowana - implikacja (w języku) może i dobra, ale wnioskowanie "eksperta" o, nomen omen, wniosku (w metajęzyku) już nie bardzo :)
A bardziej serio - nikt nie ma takich kompetencji. To już na poziomie ustawy zostało pomyślane jako sąd kapturowy. Taki sąd jak z Kafki. Dlatego m. in. uważam, że NCN został źle pomyślany i jest źle realizowany. Nie da się tego naprawić poprawkami w prawie, ani też zmianami personalnymi. Trzeba tę instytucję znieść i zacząć zupełnie inaczej.
"O, wie pan, implikacja byłaby prawdziwa, ale źle zastosowana [...]"
Implikacja byłaby źle zastosowana, gdyby pan ekspert zapomniał, kiedy i jak stosuje się regułę odrywania (Modus Ponens), żeby otrzymać poprawny wniosek. Mianowicie, trzeba dysponować nie tylko implikacją, ale też i jej poprzednikiem.
Programów dla młodych może nie brakuje, ale niski współczynnik sukcesu sprawia, że również nie działają tak, jak powinny. Obrazek jeden: osoba świeżo po obronie doktoratu składa Sonatinę. Kapitalne CV, dopracowany opis. Projekt odrzucony z błahego powodu, ale osoba ta "z marszu" dostaje się na postdoka w jednym z najlepszych ośrodków w Norwegii. Obrazek drugi: druga osoba świeżo po obronie doktoratu składa Sonatinę. Podobnie świetne CV i podobnie projekt odrzucony z błahego powodu. Idźmy dalej. Współczynniki sukcesu w konkursach dla postdoków (odpowiedniki naszej Sonatiny, ale w agencjach grantowych różnych krajach EOG) nieraz przekraczają współczynnik sukcesu Sonatiny. To jednak daje do myślenia.
Mój wniosek został odrzucony w NCN, ponieważ podobno badania były "niewykonywalne" i mój dorobek był "niewystarczający", bo nigdy wcześniej nie kierowałem grantem - zaznaczam, to był grant preludium.
Za to jeden z uniwersytetów w Szwajcarii był bardzo żywo zainteresowany tym pomysłem i nawet oferowali mi relokację....
Widzę, że nie zna Pan/Pani Rocky's lemma of innovation prevention:
"Unless the results are known in advance, funding agencies will reject the proposal."
A pojechał/a Pan/Pani do tej Szwajcarii? Jeśli nie, to trzeba to było zrobić. Z moim doktorantem 3 razy składaliśmy wniosek o Preludium - oceny podobne. Teraz od prawie dwóch lat jest postdokiem na uniwersytecie w Mainz i zbiera bardzo dobre opinie. Jego zespół współpracuje m.in. z BioNTechem, który mieści się kilka ulic dalej. Tak, że sukces w konkursach NCN jeszcze o niczym nie świadczy. A to, co się dzieje od kilku lat np. w zespole ST8 utwierdza mnie w przekonaniu, że jest dokładnie odwrotnie.
Cyt."Tak, że sukces w konkursach NCN jeszcze o niczym nie świadczy. "
Och, to zależy w czyich oczach. Bowiem, jeśli ktoś ma taki sukces, to niewątpliwie ma duży atut, gdy stara się o habilitację. Zaś, gdy go nie ma, zostanie mu to niechybnie wypomniane przez recenzenta, który być może nawet będzie wtedy zacierał z radości ręce. Tak więc, jedynymi chyba takimi certyfikatami, które są widoczne na zewnątrz, a które świadczą o tym, że inni doceniają badania naukowe danej osoby, są:
1.fakt posiadania stopnia dr hab. (jeszcze lepiej tytuł prof. belwederskiego),
2. fakt bycia "laureatem" grantu NCN. J
Jeśli natomiast, nie można się wylegitymować ani jednym, ani drugim, to wtedy towarzystwo habilitowanych najchętniej widzi daną osobę, jako "szarą myszkę" siedząca cichutko za miotłą, a ona sama jest postrzegana, jako taka, która nie zrobiła nic w nauce lub co najwyżej zgoła niewiele. Oczywiście, każda próba obrony siebie przed takim postrzeganiem swojej osoby, będzie widziana raczej niechętnie - nikt bowiem nie lubi, gdy ktoś inny chwali się, że udało mu się opublikować taki, czy inny wynik. Zatem, "szara myszka" może sobie prowadzić badania, nawet publikować i... chyba tylko tyle. Na nic więcej raczej nie powinna zbytnio liczyć.
Ja też z kolei mam odrzucony wniosek (grant opus), bo wg pana eksperta (??) mam za małe doświadczenie "tylko 2 referat na konferencjach międzynarodowych" i że nie ma planu badawczego (a był taki wpisany), tylko opisałem 2 metody badawcze, które planowałem użyć. Nie doczytał biedaczek, że zamierzałem je użyć, aby uzyskać pewne nowe rozwiązania pewnych równań. A skoro nazywa się "ekspertem", to powinien wydedukować swoją naturalną inteligencją, że te rozwiązania, jeśli da się je uzyskać, będą miały pewną własność, bo to wynika wprost z opisu metody... Ale co tam, może mu żona kawę na koszulę wylała, no i bidny nie miał nastroju...
Przypomnę tylko:
"Eksperci nie muszą być specjalistami"
Tylko, że osoba młoda może spokojnie aplikować o pozycję postodoca również w Polsce, i takich pozycji i prawdziwie otwartych konkursów jest sporo, natomiast osoba 7 lat po dr (obecnie 12) nie.
Dla młodych jest nie tylko Sonatina ale też Miniatura, Sonata, pozycje postdoca, ERC StG (który jest najłatwiej dostać ze wszystkich grantów ERC), rożne dodatkowe nagrody/stypendia dla młodych naukowców.
-Aby móc składać granty trzeba wpierw być zatrudnionym w jednostce (chociażby po to, by wykonać badania wstępne). W większości przypadków można o tym pomarzyć.
-Status doktoranta traci się w momencie złożenia rozprawy, więc wypada kolejne pół roku, w trakcie którego można byłoby złożyć Preludium, a co za tym idzie potencjalnie wywalczyć etat.
-O ERC nie wspominam, bo to kompletne mrzonki na początku drogi naukowej.
- "Sporo" konkursów na post doc'a to ułuda - de facto niewiele jest miejsc, gdzie można "wpasować się" ze swoją tematyką
-Dopóki nie "wykończy się" studium aktualni doktoranci ze SD nie mają szans na nagrody/stypendia. Jak maja konkurować z doktorantami ze studium, którzy robią doktorat 7 i więcej lat i mają czas na zebranie dorobku? Tutaj sprawa wyklaruje się i szanse będą zrównane dopiero za jakiś czas.
"Status doktoranta traci się w momencie złożenia rozprawy, więc wypada kolejne pół roku, w trakcie którego można byłoby złożyć Preludium, a co za tym idzie potencjalnie wywalczyć etat."
Bzdura!
W momencie składania rozprawy nie uzyskuje się automatycznie stopnia doktora.
Więc człowiek taki kwalifikuje sie do Preludium.
W ogóle kto pisze na tym forum?
Czy ktokolwiek z Państwa ma pojęcie o finansowaniu w NCN czy innych agencjach? Czy tam oceny eksperckie są zawsze takie super-duper???
Fakt mało precyzyjnie się wyraziłam, mocny skrót myślowy zastosowałam ;) Piszę tutaj o sytuacji, gdzie doktorant nie jest zatrudniony w jednostce po złożeniu rozprawy ("wywalczyć etat"), co ma miejsce coraz częściej. Niestety taka osoba nie ma szans na chociażby zrobienie badań wstępnych (patrz pierwszy myślnik) i praktycznie wypada z obiegu po 4 latach finansowania, w trakcie których jest mało czasu, żeby dokończyć rozprawę, a co dopiero bawić się w inne badania. Owszem formalnie można składać wniosek, ale większość osób nie ma takiej możliwości.
Z doświadczenia kolegów i koleżanek z dwóch ośrodków, często nawet Preludium nie gwarantuje etatu NA. Kierownik zostaje z umową cywilnoprawną, albo łączy realizację projektu z pracą administracyjną.
To swoją drogą. O nowych stanowiskach naukowych lepiej nie wspominać, bo nie za bardzo jest o czym. Jakiekolwiek przedłużenie 4-letniego okresu z finansowaniem trzeba traktować w kategoriach małego cudu. To ochłapy dla wybranych, żeby skończyć doktorat w "cywilizowanych" warunkach.
Dokładnie. Tym bardziej, że przez pierwsze dwa lata po obronie bardzo często pozostaje jedynie Sonatina lub szukanie zatrudnienia u kogoś jako postdoc. Ale w drugim przypadku najpierw ktoś bardziej doświadczony musi dostać projekt NCN i zaplanować takie stanowisko, więc koło się zamyka.