Moje zainteresowania naukowe ewoluują, ostatecznie nie chcę robić tego, co inni, szukam niszy stanowiącej źródło nowych pytań, które będą mnie napędzać do dalszej pracy w nauce. Wydaje mi się, że właśnie to jest dobra droga do Graala nauki, czyli grantu European Research Council.
Od dwóch i pół roku moją naukową miłością są pęcherzyki zewnątrzkomórkowe bakterii. Na studiach zajmowałam się związkami lipidowymi w produktach spożywczych, w trakcie doktoratu – szczepionkami donosowymi i adiuwantami, a potem skupiłam się na probiotykach w alergii. Ktoś może powiedzieć, że nie potrafię się zdecydować i że nie da się zbudować kariery naukowej skacząc z tematu na temat. Z mojej perspektywy wygląda to jednak inaczej.
Obecnie pracuję w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN (IITD PAN) we Wrocławiu na stanowisku adiunkta w Laboratorium Immunobiologii Mikrobiomu. Po studiach biotechnologicznych na Uniwersytecie Wrocławskim, jak wielu młodych ludzi, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą dalej zrobić. Byłam pewna co do jednego – praca w korporacji to nie dla mnie. Rozpoczęłam więc doktorat w IITD PAN, który nauczył mnie samodzielności, a z powodu słabego jeszcze wtedy finansowania, zmusił do pisania grantów. Zaczęło się od… sromotnych porażek.
Najpierw nieprzyznany duży projekt Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (Program Badań Stosowanych). Potem podobne rozczarowanie w konkursie OPUS Narodowego Centrum Nauki. W końcu udało mi się zdobyć, również dzięki ogromnej pomocy mojego ówczesnego promotora prof. Andrzeja Myca, swoje małe, ale własne PRELUDIUM. Ten projekt właściwie zmienił moje życie. Uwierzyłam w siebie, poczułam się doceniona jako „kierownik”, musiałam sama załatwiać wszystkie sprawy, również związane z budżetem, pisać dokumenty, dokonywać zakupów… No i siedziałam od rana do nocy w laboratorium, bo w końcu sukces zależał już tylko ode mnie. Projekt doprowadził do opisania nowej klasy adiuwantów, które mogą być stosowane w szczepionkach donosowych. Moje wysiłki zaowocowały zgłoszeniem patentowym i kolejnymi badaniami. Uważam, że PRELUDIUM to najlepsza praktyka dla najmłodszych naukowców. Po rozliczeniu takiego projektu, jeśli czujesz ekscytację i chcesz więcej albo jeszcze w trakcie realizacji piszesz już następny wniosek o grant, to znaczy że wpadłeś na dobre. Tak właśnie było w moim przypadku.
Niewiele jest krajów, które pozwalają tak młodym naukowcom na samodzielne prowadzenie projektu. O nie zawsze wspaniałych realiach pracy naukowej za granicą przekonałam się m.in. w trakcie stażu podoktorskiego na Uniwersytecie Medycznym w Wiedniu w ramach akcji Marii Skłodowskiej Curie (MSCA Postdoctoral Fellowship). Widziałam jak moje koleżanki i koledzy mierzą się z brakiem stałości zatrudnienia, bardzo niskim wskaźnikiem sukcesu agencji grantowych i hierarchicznością, jeszcze bardziej rozbudowaną niż w Polsce.
Owszem, da się zdobyć grant MSCA-PF. I to z CV bez publikacji w Science, ani nie jadąc do Oxfordu, jak również nie mając noblisty jako opiekuna. Wszystko zależy od tego, jak zostanie napisany projekt. Mimo że wnioski europejskie mają inną strukturę niż w NCN, to jednak doświadczenie zdobyte w konkursach polskiej agencji bardzo mi pomogło. Podobnie jak uświadomienie sobie głównego celu tego grantu, którym nie do końca jest finansowanie wybitnych badań, a raczej rozwój samego naukowca. Nieocenionej pomocy w tym zakresie udzieliły mi osoby z doświadczeniem w instytucjach wspierających przyszłych grantobiorców. Niektóre z nich poświęciły dla mnie swój prywatny czas, co pokazuje, że będąc naprawdę zdeterminowanym można otrzymać solidne wsparcie. Na tym etapie uświadomiono mi, że nie powinnam aż tak bardzo skupiać się na części projektowej, za to bardziej na kwestiach, które – przynajmniej z mojej perspektywy – wydawały się mało istotne, np. ochronie środowiska czy gender. Co ma gender do alergii? Właśnie te elementy wniosku są po to, żeby się zacząć nad tym zastanawiać. No i znalazłam odpowiedź.
U dzieci występuje istotna różnica w liczbie zapadających na alergię chłopców i dziewcząt. Zaproponowałam więc, że włączę do badania obie płcie. Ostatecznie zostałam skrytykowana za niepotrzebne zwiększanie liczby zwierząt w eksperymencie, ale wydaje mi się, że zwrócenie uwagi na ten problem wpłynęło zdecydowanie na moją korzyść i ogólną ocenę projektu (97% możliwych do zdobycia punktów). MSCA-PF nie jest celem samym w sobie, lecz środkiem, który ma ułatwić dalszy rozwój. Pisząc ten projekt, cały czas zadawałam sobie pytanie, jak dana rzecz wpłynie na moją dalszą karierę. Priorytetem było dla mnie założenie po MSCA-PF własnego zespołu badawczego, więc wiele z zaplanowanych aktywności poświęciłam właśnie dążeniu do tego. Odbyłam kursy na temat finansowania badań, zarządzania zespołem, ochrony własności intelektualnej… Za każdym razem uzasadniałam, że jest mi to potrzebne do bycia dobrym liderem w przyszłości. Przeprowadzone w trakcie stażu badania miały dać wstępne wyniki, które pozwoliłyby ubiegać się o duży samodzielny grant, a tym samym zabezpieczyć funkcjonowanie mojego zespołu. Tak się właśnie stało – wracając do kraju pół roku temu miałam już przyznane finansowanie w ramach grantu SONATA.
Pewnie wiele osób zarzuci mi samochwalstwo, a niektórzy nawet nienaukowy styl pisania. Uważam, że takie myślenie jest dla nas, polskich naukowców, niewłaściwe. Otóż, trzeba się chwalić i trzeba mówić jasno i ciekawie, aby komuś się chciało doczytać nasz tekst do końca. Każdy z moich projektów (a napisałam ich już sporo, niekoniecznie w roli kierownika) daję do lektury komuś, kto ma niewiele wspólnego z nauką. Zwykle to… mój mąż. Pytam, czy treść jest zrozumiała, gdzie się zgubił, gdzie „odechciało” mu się dalej czytać? Nie obrażam się, gdy krytykuje, tylko zmieniam tekst. Uświadomienie sobie, kto jest lub może być moim odbiorcą to podstawa. Kto będzie to czytał na pierwszym, a kto na drugim etapie? Bardzo często projekty grantowe czytają osoby luźno związane z naszą dziedziną, a recenzent musi dostać wszystko podane na tacy. Jaki jest cel projektu? Mimo że mam na opis całą stronę, piszę to już w pierwszym zdaniu. Jaka jest hipoteza? Proszę bardzo, zaznaczam pogrubioną czcionką. Cele szczegółowe? W krótkich punktach, bez wstępów. Jesteśmy naukowcami, róbmy rzetelną, dobrej jakości naukę, ale komunikujmy ją w prosty sposób. Jeśli w trzy minuty nie potrafisz wytłumaczyć cioci na imieninach czym się zajmujesz, tak żeby zrozumiała, to znaczy, że musisz pomyśleć o zmianie przekazu. No i oczywiście, choć z pewnością nie zawsze łatwo będzie przyjąć inną niż nasza perspektywę, bądźmy otwarci na krytyczne opinie.
Gdybym miała wskazać coś, co trafnie opisze nas, polskich naukowców, powiedziałabym, że nie wierzymy w siebie i nie startujemy w konkursach. Jesteśmy przekonani, że inni osiągnęli już więcej i dostaną więcej punktów. Zwykle nie jest to prawda. Kluczem jest wyłuskanie i podkreślenie informacji, które są najbardziej istotne w danym konkursie. W trakcie wiedeńskiego stażu byłam na konferencji dla uczestników projektów MSCA. Tam coraz głośniej mówiło się już o narracyjnym CV. Myślę, że to przyszłość europejskich grantów. Co prawda, oznacza to więcej pracy dla recenzentów, ale aplikant zostanie oceniony całościowo, a nie tylko po publikacjach. Prowadziłeś na studiach zajęcia dla dzieci? Przyniosło to konkretne umiejętności? Pochwal się tym. Masz doświadczenie w organizacji konferencji? Opowiedz swoją historię. Pokaż, że masz potencjał – wprawdzie nie masz jeszcze na koncie świetnej publikacji, ale wiesz, co zrobić, żeby niedługo ją napisać. Posiadasz umiejętności, które wiesz, jak wykorzystać. Przekonaj recenzenta, że jesteś jedyną osobą, która może wykonać ten projekt. A nawet jeśli się nie uda i dostaniesz recenzje, z którymi się oczywiście na początku nie zgodzisz, to z czasem, gdy już opadną emocje, przeczytaj je jeszcze raz. I postaw się w roli tego recenzenta. Skoro czegoś „nie znalazł”, to może mu tego nie pokazałeś? Skoro „nie zrozumiał projektu”, to może powinno być napisane jaśniej? A może kosztem tekstu warto dodać ilustracje?
Jest jeszcze jedna kwestia, która w mojej opinii wpływa na liczbę składanych wniosków – to tzw. pańszczyzna. Siedzimy w tematach, które są w naszych grupach/laboratoriach/wydziałach od całych naukowych pokoleń. Nie ruszamy się nigdzie, bo albo nie chcą nas wypuścić, albo boimy się wyjść ze swojej strefy komfortu. Może i łatwiej zdobyć na takie tematy finansowanie, wszak dorobek już jest, są badania wstępne i warsztat, ale nie dadzą nam one samodzielności i nie pozwolą wyjść poza schemat, a już na pewno nie poza krajowe finansowanie. Tymczasem aplikując o ERC Starting Grant czy EMBO Installation Grant trzeba pokazać swoją samodzielność. Dlatego też w kolejnym kroku planuję sformalizowanie mojej małej grupy, np. poprzez stworzenie strony internetowej, a także jak najszybsze opublikowanie pracy, w której będę ostatnim autorem, już bez opiekuna doktoratu. To nie musi być od razu Nature, ale na pewno solidne branżowe czasopismo. Mam to szczęście – które towarzyszy mojemu świadomemu wyborowi – że pracuję w miejscu, gdzie jest to możliwe. Oczywiście, ze wsparciem współpracowników.
Warto przy tej okazji postawić pytanie, jakie są nasze potrzeby na etapie pisania wniosków? Zachęcanie poprzez wysłanie maila o naborze w konkursie to stanowczo za mało. Potrzeba nam zdecydowanie więcej, np. wydzielenia „czasu na pisanie”. Miałam ten komfort, że SONATĘ konstruowałam na 3-miesięcznym stażu w czeskim laboratorium, w samym środku lasu. Ale już z MSCA-PF było inaczej: pisałam nocami, sama w sanatorium z dwójką dzieci. Było naprawdę ciężko, ale te dwie sytuacje uświadomiły mi dobitnie – do tworzenia dobrych projektów potrzeba spokoju, czasu i dobrej stymulacji intelektualnej, np. dyskusji z ekspertami. Wskazane byłyby mini „granty na granty”, żeby można było pojechać do współpracujących laboratoriów, osobiście omówić planowane działania, móc przez tydzień lub dwa pisać w zupełnej izolacji, a do tego pozwolić sobie na profesjonalną korektę językową, dobry kurs z zakresu zarządzania projektem lub też mieć zapewnione choćby dodatkowe dni pracy zdalnej.
Według mnie brak wystarczającego wsparcia wynika z tego, że przełożeni boją się „ucieczki” swoich podopiecznych. Boją się, że nawet jak ci wrócą, to nie będą chcieli realizować dotychczasowej tematyki. Wobec takiego podejścia, o europejskie granty aplikuje się trochę wbrew wszystkim dookoła. Mogą sobie na to pozwolić naprawdę mocni osobowościowo lub szczęściarze, pracujący dla ludzi, którzy wiedzą, że ich zadaniem nie jest znalezienie sobie naukowego parobka, lecz wychowanie samodzielnych, ciekawych i aktywnych młodych badaczy. Takich, z których można naprawdę być dumnym, gdy ci osiągają sukcesy na świecie.
Otaczajmy się zatem ludźmi, którzy są „lepsi” od nas. Co być może dla niektórych jest zaskakujące, oni bardzo chętnie dzielą się swoim doświadczeniem. Sama się o tym przekonałam, gdy niedawno nasz instytut odwiedziła Róża Szweda, laureatka ERC Starting Grant. Jej wykład oraz późniejsza indywidualna rozmowa zachęciły mnie do popracowania nad moim CV i dobrym zaplanowaniem dalszych kroków. Tego nie da mi nigdy zwykła wymiana maili. W ciągu dwudziestu minut uzyskałam nie tylko listę rzeczy, które powinnam zrobić jeszcze zanim zacznę aplikować, ale i dostęp do niezbędnych kontaktów z poprzednimi nagrodzonymi w mojej dziedzinie. Nie wyniosłam tak wiele jeszcze z żadnego kursu online.
dr Agnieszka Razim
Bardzo ładna Pani doktor, zakochałem się
Przyjemna historia, gratulacji dla Pani Doktor, dalszych sukcesow!
Dla mnie przeczytanie tego tekstu było bardzo męczące i wydaje mi się, że jednak nie jest to celem naukowca żeby dobrze napisać wniosek grantowy. Nic nie ujmując Pani Doktor (bo jej starania i działania są godne podziwu i chwała za to), tego typu teksty: trochę infantylne, trochę autopromocyjne, pokazują też jeden wyraźny problem nauki w polsce o którym Autorka wspomniała - mało jest Profesorów, którzy chętnie wypromują swoich następców. Mało jest Profesorów, którzy powiedzą - a zostaw naszą jednostkę na rok-trzy zaproponuję Cie do ośrodka X bo jest wiodący w naszej dziedzinie, tam to się rozwiniesz dopiero. Nie, większość woli dobrego pracownika na smyczy. Swego czasu odchodząc na stypendium post-doc czułem się jakbym dokonał strasznej zdrady - chociaż od początku mówiłem, że planuje wrócić (chyba nikt w to nie wierzył). Być może autopromocja to jedyny sposób żeby się wyróżnić, pokazać światu ale w mojej opinii to zły kierunek. "Po owocach ich poznacie" - jeśli ktoś robi naprawdę dobrą i użyteczną naukę to prędzej czy później zostanie zauważony.
Czyli nie o "GENDER" tylko o płci będzie projekt badawczy. Gender w języku angielskim to rodzaj męski żeński lub nijaki. Płeć tylko żeńska albo męska - od urodzenia. Badać i publikować , ale tylko prawdziwe zdania.
Umknął naszej uwadze najciekawszy fragment opowieści:
Owszem, da się zdobyć grant MSCA-PF. [...] Nieocenionej pomocy w tym zakresie udzieliły mi osoby z doświadczeniem w instytucjach wspierających przyszłych grantobiorców. [...] Na tym etapie uświadomiono mi, że nie powinnam aż tak bardzo skupiać się na części projektowej, za to bardziej na kwestiach, które – przynajmniej z mojej perspektywy – wydawały się mało istotne, np. ochronie środowiska czy gender.
Proszę przeczytać uważnie i skonfrontować z tezą prof. Jajszczyka, że rozdający granty są pozbawieni zwykłych ludzkich słabości.
Myślę , że jest ogromna przestrzeń do dyskusji z tezą Prof. Jajszczyka - gender, to już raczej zdarta płyta lub zgrana karta - a SEX - NIE. Tutaj słowem kluczowym jest właśnie SEX/PŁEĆ/SEKS
Prawdopodobnie użycie właśnie tego słowa zwiększa szanse na grant do 97%.
Ptysie kolorowe, opisanie gender aspects jest częścią każdej aplikacji MSCA-PF. Jeżeli dla projektu to nie ma żadnego znaczenia, (np. schorzenie występuje tak samo często u cis/trans mężczyzn i cis/trans kobiet) to można napisać, że not applicable i też jest ok. Dziękuję, do widzenia.
Ma pan stare dane, od wczoraj nie ma cisów i transów, prezydent USA zadekretował dwie płcie. A tak jakoś zrobiło, że to Ameryka idzie przodem a reszta za nią, a tych którzy trzymają się starych doktryn gryzą psy. To co przedwczoraj było nowoczesne, dziś jest już przestarzałe.
xD
Zastanawiałem się, gdzie się podziali młodzi hunwejbini nauki, narzekający na forach na "leśnych dziadków". Proszę, są. Osobnicy ci w 3/4 nie mają w ogóle pojęcia, jak wygląda praca naukowca, jego namiętności, doznania, a jeszcze 20-30 lat temu nie ukończyliby studiów. Na ogół dostali początkowego kick-off-a: zostali wkręceni przez swoich przełożonych do projektu, w którym myli próbówki, albo pisali interfejs graficzny do jakiegoś programu.
Ten komentarz jest tak niemerytoryczny i nijaki, że nie dziwię się, że został napisany anonimowo.
Jak to - pisać teksty, zrozumiałe dla innych? Uznawać za wzorzec kogoś innego aniżeli mojego kumpla z lat 50, W. Sz. Prof. X z Uniwersytetu w Hajnówce? Wyjeżdżać poza Polskę (i co gorsze - bez zgody Partii), aby zdobyć odpowiednie doświadczenie? Coś robić zamiast tego aby narzekać i wszędzie zaznaczać, że "jestem provesorem"? Być może jeszcze zamiast renomowanych "Przeglądów" publikować w zagranicznych czasopismach typu Science i Nature?
Na szczęście już jestem blisko emerytury. Jednak szkoda moich nieco młodszych towarzyszy, którzy będą mieli jakoś współistnieć z tym nihilizmem młodej generacji...
"Wydaje mi się, że właśnie to jest dobra droga do Graala nauki, czyli grantu European Research Council."
Jak ten świat się zmienia... Za moich czasów Graalem nauki była nagroda Nobla, teraz jest pieniążek wrzucony do kapelusza przez biurokratów z ERC. Ciężko będzie się nam porozumieć, nie jestem zresztą pewien, czy chcę.
I jeszcze drobiazg - angielskie słowo "gender" na język polski tłumaczy się nie jako płeć tylko jako rodzaj gramatyczny. Nic dziwnego w tym, że podatność na alergie ma związek z płcią ale odkrycie jej związku z rodzajem gramatycznym (w jakim języku? po niemiecku dziewczynka jest rodzaju nijakiego) byłoby naprawdę na miarę nagrody Nobla. Niby to rzecz drugorzędna ale angielski jest językiem nauki, więc warto go znać dobrze.
Porównanie tego komenatrza z komentarzem poniżej idealnie pokazuje rozjazd pokoleniowy w kwestii spojrzenia na naukę. Niektórym ciężko się odnaleźć w obecnych realiach, a końcu kiedyś było inaczej. A jak wiadomo, nauka i sposób jej uprawiania stoi i powinna stać w miejscu.
To kwinesencja grantozy - przez małą dostępność granty stały się przede wszystkim osiągnięciem naukowym a nie źródłem finansowania badań. I nawet teoretycy nie bardzo bpotrzebujący tych pieniędzy czują się zobowiązani do ubiegia się o granty, bo liczą się w ewaluacji a nie bo są niezbędne do kontynuowania badań.
Czy tak jest dobrze, pewnie każdy ma swoją odpowiedź.
O przyznawaniu grantów ERC nie decydują żadni biurokraci, a wyłącznie naukowcy.
#€€ eurobiurokraci ze stopniami naukowymi .
Tak właśnie pomyślałem: biurokraci z tytułami naukowymi a niekiedy nawet z dorobkiem naukowym. Źle?
Oczywiście - naukowiec to ten, który robi naukę. Kiedy zaczyna zajmować się przydzielaniem pieniędzy naukowcom, staje się urzędnikiem. Kiedy skoczek o tyczce zaczyna się zajmować sprawami organizacyjnymi Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, nie jest już skoczkiem tylko działaczem sportowym.
To swoją drogą zabawne, jak rozwiązania z jednego kraju potrafią się nie sprawdzać w innym. Trudno sobie wyobrazić amerykańską naukę bez grantów. Liczne, otwarte, bogate i przyjazne fundacje oferują liczne granty w różnej wysokości, których pozyskanie jest szybkie, łatwe, pozbawione biurokracji i niemal przyjemne podczas pisania wniosków. Dodatkowo uniwersytety zatrudniają licznych profesjonalnych specjalistów, którzy starają się jak mogą, by pomóc złożyć wniosek, niemal ciągnąc za rękaw. A w Polsce? Koszmar. Przypomina to chłopa, który zaprzągł konie do samochodu.
Z opinii o systemie w USA wynika, że nie ma Pan pojęcia jak on (obecnie) tam działa. NCN jest święty i obiektywny w porównaniu do działania amerykańskich agencji i fundacji gdzie rządzą kolesie, układy i mody w sposób niespotykany w Europie.
Współczuje doświadczeń, moje i licznych moich znajomych były inne.
Amerykanie to ludzie, którzy z bezsensownego systemu umieją zrobić coś, co działa. System polityczny i sądowniczy mają zupełnie bez sensu a jednak im to działa - w odróżnieniu od polskich. Podobnie z grantami. Nawet jeśli rządzą tam kolesie, układy i mody, to fundacji jest tyle, że każdy poważny projekt znajdzie finansowanie. Sporo niepoważnych projektów niestety też - większość tych fundacji to fundacje religijne w wersji protestanckiej. Ale jak kto nie jest zawistny, da sobie z tym radę.
Idąc Pańskim tokiem myślenia i sądząc po aktywności na tym forum, przestaje Pan być naukowcem, a staje się Pan forumowiczem. Oczywiście, w tym nie ma nic złego...
Nie rozumie Pan jak działa ERC. Wnioski oceniają aktywni naukowcy, a nie osoby które zamieniły karierę naukową na urzędniczą.
Wie pan, pierwszego granta dostałem 34 lata temu, do tej pory było ich dużo więcej, na kilku kontynentach. O recenzowaniu też chyba trochę wiem i o strukturach różnych fundacji też. To niegodne uczonego uproszczenie, że o wszystkim decydują recenzenci. Zresztą - nie ma nic złego w zawodzie urzędnika.
A wracając do meritum - jeśli coś jest nazywane Graalem nauki, to na pewno nie jest to grant. Angielskie słowo "grant" znaczy coś zupełnie innego. Znamy je ze zwrotu "take it for granted", co znaczy "traktuj to jako pewne." Jeśliby idiom odrobinę uzupełnić "take it for granted by NCN or ERC" to tłumaczeie powinno być "prędzej zobaczysz własne uszy."
W rzeczy samej
Pełna zgoda. Proszę także zwrócić uwagę że badaczka nie mówi o Świętym Graalu lecz o jakimś Graalu, przez nią utożsamianym z naukowym sukcesem.
Trzeba też oddać badacze sprytu; dobrze zdiagnozowała sytuację i wie gdzie jest miód.
ta historia i podobne powinny zdominować narracje o Polskiej Nauce. Zamiast rozmów leśnych dziadków obrażonych na punkty i granty, perspektywa młodych ambitnych, którzy chcą zmieniać świat i chcą to robić w Polsce! To dla takich ludzi robimy ten system, a celem każdego ministra, rektora, dziekana i komentatora nauki powinno być to, żeby za 10 lat takich jak P. Agnieszka było o rząd wielkości więcej i żeby mieli o rząd wielkości łatwiej!
Święte słowa! Znamienne jest to, że najdłuższe dyskusje toczą się pod artykułami o punktach, grantach i pieniądzach. Dyskusje naukowców. Gerontyzm w pełnej krasie! A że potrafi on skutecznie tłumić entuzjazm młodych naukowców przekonałem się nie tylko na własnym przykładzie.
a celem pośrednim powinno być to, żeby Pani Agnieszka, zanim zdąży zgorzknieć i stracić nadzieję, mogła założyć grupę i robić świetne badania ze świetnym zespołem na świetnej uczelni i myśleć o tym jak ściągnąć innych by robili laby obok niej.