Wprowadzenie szkół doktorskich w 2019 roku, zastępujących tradycyjne studia doktoranckie, zmieniło podejście do kształcenia przyszłych naukowców w Polsce. Najnowsze dane z systemu ELA pokazują, jak reforma wpłynęła na tempo uzyskiwania doktoratu, rezygnacje z kształcenia oraz aktywność zawodową doktorantów.
Ogólnopolski System Monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów ELA został stworzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dostarcza wiarygodnych informacji o sytuacji absolwentów polskich uczelni na rynku pracy. Bazuje na danych, które już od dawna gromadzone są w rejestrach publicznych. ELA czerpie dane z systemu POL-on oraz wykorzystuje informacje z rejestru osób objętych ubezpieczeniem społecznym, który jest prowadzony przez ZUS.
Najnowszy raport pokazuje, jak wprowadzony w 2019 roku model kształcenia doktorantów oparty na mniejszej ich liczbie, ale z gwarancją powszechnych stypendiów, wpłynął na tempo uzyskiwania doktoratu, rezygnacje z kształcenia oraz aktywność zawodową doktorantów.
Reforma przyczyniła się do zmniejszenia odsetka doktorantów porzucających kształcenie, zwłaszcza w pierwszych latach programu. Jak wynika z raportu, dynamika porzucania kształcenia na studiach doktoranckich była bardziej równomierna, podczas gdy w szkołach doktorskich rezygnacje koncentrują się głównie w czwartym roku nauki.
Ogólny odsetek doktorantów uzyskujących stopień naukowy w ciągu 4 lat pozostał na podobnym poziomie, ale zauważalne są różnice w zależności od dziedziny. Najwyższe wyniki odnotowano w naukach rolniczych, teologicznych i sztuki, natomiast w naukach humanistycznych i społecznych tempo jest wyraźnie niższe.
Nowy model kształcenia stawia na jakość, a nie ilość. Stypendia dla wszystkich doktorantów oraz lepsze
dopasowanie programów do potrzeb badawczych przyczyniają się do lepszych wyników i większej motywacji – zauważa dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, ekspertka Ośrodka Przetwarzania Informacji.
Wprowadzenie powszechnych stypendiów zmniejszyło potrzebę intensywnej pracy zawodowej podczas kształcenia. Doktoranci szkół doktorskich spędzają mniej czasu na pracy zarobkowej w porównaniu z osobami na studiach doktoranckich. Najmniej pracują doktoranci nauk ścisłych i przyrodniczych, a najbardziej aktywni zawodowo pozostają doktoranci z dziedzin nauk medycznych oraz teologicznych.
Dane z systemu ELA po raz pierwszy pozwalają porównać efekty kształcenia w studiach doktoranckich
i szkołach doktorskich. Przy podobnym tempie zdobywania stopnia doktora widzimy wyraźne różnice
w aktywności zawodowej doktorantek i doktorantów i w skłonności do porzucania kształcenia – podkreśla dr hab. Mikołaj Jasiński, ekspert Ośrodka Przetwarzania Informacji.
Pierwsze dane pokazują, że zmiana modelu kształcenia doktorantów przynosi efekty w postaci mniejszej liczby rezygnacji, większej stabilności w nauce oraz ograniczenia pracy zarobkowej w trakcie kształcenia. Więcej szczegółowych danych na stronie internetowej ELA.
MK, źródło: OPI
Biedni doktoranci, ale wiem że tak od zarania dziejów jest. Wytrwali zostają w przyszłości profesorami.
Aktualnie jestem na 1 roku Szkoły Doktorskiej. Dziwni mnie stwierdzenie, że wypłacane stypendium pozwala na skupienie się na pracy badawczej kosztem pracy zawodowej. Niestety za wypłacane 3k nie da się wyżyć samemu i np. Ja muszę pracować minimum 3 dni w tygodniu aby jakoś funkcjonować. Przez to nie skupiam się na pracy badawczej, a obowiązkowe zajęcia „przeszkadzają mi” bo nie mogę wtedy realizować swojego tematu pracy. Jeśli chodzi o termin 4 lat, to po swojej pracy z dziedziny inżynierii , wiem że będzie ciężko mi zrealizowaćto, ponieważ jestem zależny od jednostek, które udostępniają mi swoje obiekty (a jak wiadomo nikomu nie spieszy się żeby sprawnie pomóc doktorantowi z jakiejś uczelni). Ponadto na uczelni jest coraz mniej studentów, co skutkuje brakiem ( aktualni pracownicy mają problem z wyrobieniem pensum) nowym miejsc pracy jako pracownik dydaktyczno-naukowy. Mając na uwadze te różne czynniki jestem na rozdrożu, czy rezygnować z doktoratu i zacząć zarabiać większe pieniądze w pracy zawodowej, czy jednak pozostać w szkole i mieć nadzieję, że opłaci mi się to jakoś
Bez tych 3k pracowałbyś 5 dni w tygodniu. Co do zajęć obowiązkowych: masz je na 2, 3 i 4 roku w równym wymiarze? Nie. Wtedy się skupisz na badaniach.
jeśli robić dr w szkole doktorskiej to tylko i wyłącznie z dodatkowym stypednium z grantu i finansowaniem badań. wtedy to się kalkuluje i nie trzeba kombinować poza. Inaczej bez sensu.
Nie powinniście mieć żadnego stypendium podstawowego, a tylko takie za wyniki w nauce, tak jak było kiedyś. To są studia, a nie praca zawodowa, czy ktoś się uczy czy nie to 3 koła dostanie. Dlaczego najwięcej doktorantów rezygnuje na 4 roku? Bo studiują dla stypendium, nie dla tytułu. Jakbyś był dobrym studentem, to dodatkowo możesz zgarniać inne stypendia, granty i nie musisz pracować zawodowo, wystarczy poświęcić się nauce, a nie liczyć, że ktoś Cie będzie utrzymywać.
"Dlaczego najwięcej doktorantów rezygnuje na 4 roku? Bo studiują dla stypendium, nie dla tytułu."
Pandoktor taki mądry, a nie wie, że to stopień a nie tytuł? Może pochwali się Pandoktor swoim profilem w Scopus? Może wtedy ocenimy, ile Pandoktor powinien zarabiać za swoje wyniki w nauce?
Może PanDoktor publikuje w ARXIV. Scopus obsługuje całą galaktykę
Pan doktor ma rację. Ludzie rezygnują na 4. roku bo się kończą pieniążki.
Ewaluacja pracy doktoranta rok do roku w szkołach to żart. Nikt nie sprawdza postępów.
Bo przecież doktorant powinien pracować dla Idei. Ogrzewać się blaskiem i ciepłem opiekuna naukowego, a karmić jego mądrością. Wkurza mnie takie podejście starej kadry, bo tracimy mnóstwo ambitnych inteligentnych ludzi. Mnie tak kształcili, było mi trudno, więc innym też musi być trudno. Bo świat się nie zmienił. Głupota u niby mądrych ludzi
Podoba mi się zmiana nazwy że Studiów doktoranckich na Szkołę doktorską. Po obecnych studiach magisterskich, rzeczywiście potrzebna jest, w większości przypadków, ponowna szkoła. Może jeszcze trzeba powołać szkoły habilitantów i szkoły profesorskie? I już w wieku 50-60 lat stanie się student samodzielnym pracownikiem naukowym.
A kto będzie prowadził te szkoły profesorskie - przedszkolaki!
Nie bardzo rozumiem tak pozytywny ton tego artykułu. Mnie szczególnie szokują dwie kluczowe informacje że: "Ogólny odsetek doktorantów uzyskujących stopień naukowy w ciągu 4 lat pozostał na podobnym poziomie" oraz "... dynamika porzucania kształcenia na studiach doktoranckich była bardziej równomierna, podczas gdy w szkołach doktorskich rezygnacje koncentrują się głównie w czwartym roku nauki.". Czyli mamy ten sam odsetek doktorantów uzyskujących stopień naukowy w ciągu 4 lat tylko kosztuje nas to drożej. Przepraszam, ale z czego się tu cieszyć?
To praca naukową więc miernikiem wartości nie jest ilość A wartość naukowa
Brakuje zatem w artykule jakiegoś pomiaru, że ta wartość naukowa istotnie wzrosła. Jeżeli Pani tak twierdzi widocznie potrafi Pani to zmierzyć. (?) Ja tego nie zauważam w Informatyce.
Na Politechnice Warszawskiej liczba doktoratów spadła drastycznie, gdyż spadła liczba osób kończących studia mgr. Młodym ludziom swiat zewnetrzny (przemysl, firmy) oferuje co najmniej 2 razy większe uposażenie niz stypendium doktoranckie. Gdyby podnieść to stypendium, to doktorant zarabiał by więcej niz adiunkt, profesor itp. Zatem tu nie ma co deliberowac, nauka potrzebuje pieniędzy.
To przedszkole nie samodzielne, twórcze myślenie. Po co nam taka miernota? By za punkty pisać pracę, a nie naukę rozwijać....
Moim zdaniem przyczyną jest niskie stypendium. Jest ono nieatrakcyjne dla Polaków. Ponieważ praca naukowa także stała sie nieatrakcyjna finansowo dla Polaków jest mało chetnych zarówno do realizacji grantów jak i kontynuacji edukacji wśród Polaków. Ponadto Polacy coraz częściej aplikują do zagranicznych ośrodków oferującym im lepsze warunki. Obcokrajowcy po studiach magisterskich mają często większe doświadczenie praktyczne, dzięki wymagajacym projektom w ktorym musieli wziąść udział aby ukończyć studia. Generalnie doktoranci z Iranu, Pakistanu, Turcji oraz Indii są pracowici, sumiennni oraz bardzo zmotywowani do pracy. Reprezentują dobrą wiedzę niezbedną do realizacji projektów z obszaru biotechnologii, inżynierii biomedycznej oraz medycyny.
Młody pracowniku naukowy "...w któryCH musieli wziąĆ udział,.. " - kóryCH - nie któryM i wziąĆ nie wziąŚĆ.
Mnie niepokoi duża ilość doktorantów - obcokrajowców, często z krajów mało rozwiniętych, np. Pakistan. Czy to naprawdę lepsi kandydaci od Polaków?
U nas jest dwójka lekarzy doktorantów zza granicy. Są tutaj 1-2 razy w tygodniu. Ja nie jestem lekarzem, inna doktorantka także, musimy być codziennie po 6h. Jest niesamowita dysproporcja w oczekiwaniach. Lekarze materiał oddają do analizy, my bawimy się godzinami z tą analizą dla lekarzy... a najlepsze jest porównanie Doktora którego praca polegała na zbieraniu i analizie ankiet (też lekarza), z Doktorem który przerobił wszystkie podstawowe metody w laboratorium i mierzył się sam z wszystkimi problemami metodologicznymi. Na koniec szukasz pracy w firmie i powiedzą (jak znajomej post-doc) że jest przekwalifikowana, a gdzie indziej, że brakuje jej doświadczenia. Chory kraj, chore wymogi działów rekrutacyjnych i niesamowicie biedna, w porównaniu z resztą UE, nauka w tej Polsce.
na politechnice lubelskiej wpadli na tydzień, biorą ponad dwa lata stypendium podstawowe plus dodatkowe z NAWA i sluch po nich zaginął dawno temu, a uczelnia rozkłada ręce nadal ich nie skreślając....
Nie tyle lepsi. Po prostu są. Kandydatów z Polski nie ma wielu. Do projektów nie da się znaleźć chętnych.
Tak. Jeśli ktoś się dostał, to musiał złożyć projekt badawczy oraz cv i przejść rozmowę. Tak że z zasady jest lepszy, niezależnie, z jakiego jest kraju. Proszę ksenofobię schować do kieszeni - odsetek doktorantów z zagranicy nie jest zbyt duży i nie jest wcale łatwo się dostać, to nie studia licencjackie.
O jaki złożonym projekcie badawczym piszesz? Projekt badawczy pisze promotor a nie kandydat na doktoranta.
Oskarżenie o ksenofobię bo jestem zaniepokojona? Kurcze, to chyba próba zatkania mi ust i zmuszenie do milczenia. Myśleć też nie mogę?
Katarzyna, idź się poskarż Braunowi, że "znowu głębią nadzych". Kwetionujesz to, że są lepsi niż ci Polacy co się nie dostali i walisz tutaj "zatroskaną", ukrytą ksenofobią.
Przy krekrutacji zstosowana zostala prosta zasada: oceniamy wszystkich wg tych samych kryteriów. I dlatego w tym roku na mój kierunek dostali się tylko Polacy, a dwóch obcokrajowców, co przeszło na drugi etap, już nie. I oni wszyscy wypadli lepiej spośród innych kandydatów o polskim i zagranicznym pochodzeniu, co odpadli jeszcze wcześniej.
"Reforma przyczyniła się do zmniejszenia odsetka doktorantów porzucających kształcenie, zwłaszcza w pierwszych latach programu"
Niesamowite, że fakt, że ludzie zaczęli dostawać na doktoracie pieniądze (więcej lub w niektórych przypadkach jakiekolwiek) przyczyniło się wspomnianego zjawiska. Tylko, że do tego nie trzeba było całego zamieszania ze Szkołami Doktorskimi, wystarczył jeden zapis w ustawie.
"Jak wynika z raportu, dynamika porzucania kształcenia na studiach doktoranckich była bardziej równomierna, podczas gdy w szkołach doktorskich rezygnacje koncentrują się głównie w czwartym roku nauki."
I to jest WIELKI MINUS tej reformy!!! Jeżeli ktoś ma zrezygnować, to lepiej żeby zrobił to na pierwszym roku, niż 2-3 lat pracował naukowo słabo albo wcale, a pobierał za to stypendium. Nie ma się czym chwalić!
Czy możemy prosić o jakieś konkretne dane, tj. liczbowe? Jak np. zmiana wpłynęła na procent rezygnujących doktorantów? Jaka była średnia liczba publikacji uzyskanych w czasie doktoratu przed i po zmianach?
A przede wszystkim warto zadać pytanie, jak silnie sformalizowany proces studiów doktoranckich (siatka wykładów/egzaminów niczym na 'zwykłych' studiach, względnie sztywny czas ich trwania) wpływa na rzeczywisty rozwój samodzielności naukowej doktorantów? Doktorat powinien być okresem nabywania świadomości i samodzielności naukowej, również w zakresie współpracy w nie zawsze łatwym środowisku naukowym, co niekiedy zajmuje trochę więcej czasu niż sztywne 4 lata. Czasem trzeba się dotrzeć, nauczyć wielu technik badawczych w praktyce a nie w teorii na 1 szkoleniu, czasem się postawić lub zetrzeć się, a potem pogodzić. To wymaga czasu. Niekiedy starcza 4 lata, niekiedy potrzeba 8. Obecnie wg mojej obserwacji stał się taką rozszerzoną pracą magisterską. Podejście się zmienia, wielu doktorantów wchodzi w rolę 'studenta studiów III stopnia' a nie partnerów. I mają inną perspektywę - sztywnego końca studiów zamiast rozmytego, pozwalającego się po wpisaniu w zespół dopasować termin obrony np. do pojawiającej się szansy zatrudnienia na etacie uczelnianym lub przy projekcie. Dawni doktoranci czuli się jak młodzi naukowcy, róźniący się od pozostałych współpracowników brakiem etatu. Ci obecni niestety nie. Choć mam nadzieję, że moja obserwacja jest odosobniona, i w innych jednostkach jest inaczej.
I również nie rozumiem, dlaczego wartością ma być fakt, że w trakcie trwania studiów doktoranckich rezygnuje z nich mniejsza liczba uczestników. Po pierwsze sztywno ograniczając czas do 4 lat już sami zaburzamy tą statystykę - wszak często w poprzednim systemie rezygnację następowały po 5-6 latach. Mając inną perspektywę inaczej się nastawiamy i rozkładamy siły. Jeżeli ktoś nam zorganizuje źycie przez pierwsze 2 lata doktoratu siatką zajęć, to w sumie po co rezygnować skoro i tak jeszcze nie wiadomo, co wyjdzie, a jakoś życie leci. Jak w ramach kolejnej reformy czas trwania studiów doktoranckich zostanie ograniczony do 2 lat, to osoby rezygnujące na 1 roku będą stanowiły zapewne jeszcze mniejszy odsetek.
Drugim zagadnieniem związanym z rezygnacją ze studiów jest analiza przyczyn rezygnacji. Jeżeli mniejsza ilość rezygnacji jest wynikiem lepszej selekcji kandydatów i efektem systemowego wsparcia ich rozwoju to dobrze. Jeżeli natomiast efektem 'płynięcia' przez studia, zaliczania etapów bez refleksji nad rzeczywistym swoim potencjałem naukowym i społecznym oraz krytycznym podejściem do osiągnięć, to nic dziwnego, że czas rezygnacji przesuwa się na koniec 4-letniego okresu, i dochodzić będzie do obron prac doktorantów o niskiej jakości, zarówno w ujęciu dzieła, jak i całościowej pracy badawczej. Wszak warto, by w tabelkach wszystko się zgadzało. Kiedyś łatwiej było powiedzieć takiemu doktorantowi: poszło słabo, zmieńmy podejście, rób badania jeszcze przez kolejny rok/dwa. Obecnie jest dużo trudniej, więc się zamyka to co się ma.
Aby zostać doktorantem trzeba spełniać wymogi, trzeba być lepszym niż wielu, trzeba mieć publikacje, wysoką średnią ze studiów itp. sprawia to pozory elitarności. Ramy czasowe 4 lat stawiają sporą presję psychiczną, jednocześnie dając stypendium do którego i tak trzeba dorabiać, oraz zajęcia które dają nic...na studiach magisterskich "gorszego" uniwersytetu miałem lepiej poprowadzoną statystykę niż w Szkole Doktorskiej "lepszego". Więc jest to loteria, czy te zajęcia człowieka w ogóle rozwiną. Doktorat jest też doktoratowi nierówny, bardzo. Jeden lekarz zrobi go z ankiet, drugi pobierze materiał, zleci komuś analizy i potem sam dorobi statystykę, a trzeci będzie się męczyć próbując w 4 lata opanować całą metodykę, statystykę, sztukę pisania artykułów, prezentowania wyników na galach sprawozdawczych itp.
Już po pierwszym roku miałem przedstawić jakieś wyniki i prezentować się przed radą Profesorów i salą pełną ludzi. Co można zrobić w rok? Szczególnie jak na katedrze ludzie to są głównie młodzi doktorzy i doktoranci, więc są problemy z metodyką które wleką się już półtorej roku... Szczególnie jak doktorat wymaga izolowania komórek z tkanek...które przychodzą raz na ruski rok, a jeszcze trzeba opracować protokół tej izolacji i musi się udać wyizolować. Wiele rzeczy nawet nie jest zależne od doktoranta, patrząc na to jak mało umiejętności ma się na samym początku kariery naukowej...
Najgorsze jest jednak kiedy doktorant musi wszystko tłumaczyć promotorowi, zamiast otrzymywać od niego wsparcie merytoryczne.
Oprócz zarobków jest także wiele małych rzeczy, które w firmach często są, a tutaj nie:
- tanie obiady
- darmowy dojazd MPK
- darmowa kawa
- karty Multisport
- premie/bony na święta
- premie za efektywność
Dziwi mnie brak jakichkolwiek ustalonych premii dla doktoranta za publikowanie artykułów w wysokoimpaktowych czasopismach. Owszem, to może, ale nie musi skutkować stypendium. Słowem - wyścig szczurów bez pokrycia.
Granty NCN z success rate 10% także nie napawają optymizmem.
Zgadzam się z Pana wypowiedzią i mam podobne spostrzerzenia.
Doktorant obecnie to po prostu status studenta studiów 3 stopnia. Tu nie moze- bo ma wyklad, ta zajecia z jakichś obowiązkowych przedmiotów... wszystko dobrze, jeśli okaże się osobą otwartą na trudnosci i potknięcia. Niestety różnie bywa i są sytuacjie, że jak się już te studia maja ku końcowi, to doktorant że zdziwieniem spostrzega, że promotor nic nie napisal za niego.
Kolejna sprawa to rekrutacja- owszem, są punktu do zdobycia, są tabele do wypełnienia. Ale komisja złożona z osob wyłącznie wewnętrznych ma swoich faworytów i choćby startowały osoby z dobrymi projektami- znajomi przechodzą, reszta odpada.
Mam wrażenie, że doktoraty teraz to nieco większe pracę magisterskie. Nie wnoszą wiele, są płytkie i powierzchowne. Sądzę, że ten termin 4 lat trwania szkol doktorskich niejako w glowe doktoranta dyktuje czas ukończenia i choćby prqca była słaba, jest broniona.
Jak dla.mnie jakość większości doktoratów nie jest tą, która była przed powołaniem szkół doktorskich.
W całości popieram opinię o przechodzeniu znajomych. Wcześniej to profesor/promotor oceniał potencjał kandydata na studia i odpowiadał po części za sukces w napisaniu, obronieniu doktoratu. Teraz jest tak, że promotor (znawca w obszarze x przygotowuje wspólnie z doktorantem dokumenty aplikacyjne - w tym opis projektu badań, robi to zgodnie ze standardami światowymi) a oceniają ten projekt niby eksperci (osoby zupełnie nieznające się na temacie...o marnym dorobku naukowym). Sukces w rekrutacji gwarantuje wybranie na promotora najlepiej dyrektora szkoły doktorskiej.
Dokładnie. Mój doktorat trwał 6 lat. Zmieniałem podejście i temat i w zasadzie zrobiłem go w całości za granicą. Sam wymyśliłem sobie temat, sam go wykonałem i w ramach Nawy wyjechałem aby go wykonać. W 4 lata niewykonalne.
W punkt po prostu!
Mam dokładnie takie same odczucia. Studia trzeciego stopnia i wymaganie od promotora dosłownego trzymania za rączkę na każdym etapie tego procesu. Szkoda tylko, że po tych czterech latach taki doktorant ze szkoły doktorskiej nie ma najmniejszej szansy odnalezienia się w prawdziwej pracy naukowej. Gdzie promotor już za rączkę trzymał nie będzie, a sloty trzeba będzie zapełnić.
Doktoratu nie trzeba zrobić w 4 lata, można go pisać, ile się chce, ale nie dostaje się już po 4 latach bezwarunkowego stypendium. Nie jest też tak, że można dojść do 4 roku nie wykonując żadnej pracy naukowej. Nie wiem też, kogo za rączkę trzyma promotor, bo na pewno nie mnie. xD Współpraca z promotorem to nie jest wynalazek z 2019 roku i ten rok niewiele w niej zmienił. Ale ponarzekać zawsze warto.
Po 4 latach doktorantka jest wyrzucana ze szkoły jeśli nie złoży rozprawy. W uzasadnionych przypadkach można wydłużyć ten okres o 2 lata. Potem won.
Więc jeśli piszesz, że "można doktorat pisać ile się chce", to rozumiem, że mówisz o eksternistycznym. Ale wtedy płacisz.
Dokładnie! Można spokojnie rozwijać doktorat do 6lat. Jeśli doktorant jest jednocześnie zatrudniony w grancie to często promotorowi zależy na trzymaniu go dlużej, żeby więcej założeń projektu wypełnił. Pewnie fajnie by było gdyby te 6 lat miało finansowanie tak jak pierwsze 4, ale nie oszukujemy się, jest to ekonomicznie pewnie nieosiągalne i możliwości przedłużenia studiów bez stypendium to jakiś kompromis. Aczkolwiek UW np wprowadziło dodatkowe finansowanie dla 5tego roku, no i zawsze można złożyć wniosek grantowy. Nie przeceniajmy też nagle jakości tych pisanych wiele lat doktoratów, skoro większość doktorantów wtedy żeby żyć musiała pracować zawodowo. Co z tego że robili doktorat 8 lat, skoro de fcto robili go i tak 4lata bo pozostała połowe etatu zasuwali w innej pracy. Stypendia umożliwiajace pełen focus na doktoracie (nie na wszystkich uczelniach niestety stawki to umożliwiaja) to naprawdę zmiana na lepsze, nawet jeśli wielu promotorów wychodzi z założenia że skoro oni pracowali za darmo to teraz też tak trzeba. A czy doktorant jest naukowcem czy tylko studentem, poza systemem studiów zależy też, pomijając personalne uwarunkowania, od tego czy promotor traktuje go jak dorosłego naukowca, którego pasje należy pielęgnować, czy, zgodnie z feudalną strukturą uczelni, jak "przynieś wynieś", "zrealizuj calą brudna robotę za mnie", "dokończ mój grant" i "nie wychylaj się bo nie wiesz". Paradoksalnie często do takich prac mniej angażowani są magistranci i licencjusze, bo albo się im nie ufa jeszcze, albo stanowią zbyt dużą, różnorodna i niepewna grupę, a raz upolowanego doktoranta można wykorzystać do wszystkiego. Naprawdę bardzo polecam refleksję tutaj komentującym
A no i może warto przypomnieć że właśnie poza oceną śródokresową po dwóch latach każdy rok jest kończony sprawozdaniem rocznym, a wiele z tych przedmiotów z siatki zajęć to nie wykładyo pierdołach tylko np seminaria, warsztaty pisania grantów czy obowiązkowe konferencje uniwersyteckie, które umożliwiają, ale też niejako sprawdzają rozwój studenta w tych właśnie charakterystycznych obszarach kariery naukowca.
Jestem doktorantka z lat 70 ubiegłego wieku i czytając wypowiedzi doktorantów po upływie 50 llat to stwierdzam.ze mallo się zmieniło w sytuacji doktoranta. Mogę tylko dodać..ze wiele zale,y na jakiego trafi się promotora. Niektórzy potrzebują mieć w dorobku naukowym wie cej publikacji i traktują doktoranta jak wolą. roboczego.