Brakuje mi refleksji i jasnej deklaracji ze strony ministerstwa, do czego ewaluacja ma służyć. Tegoroczne wyniki zdają się sugerować, że nie ma słabych punktów na mapie polskiej nauki, a w każdym razie jest ich tak mało, że są pomijalne. Niestety, nie jest to prawdą. Sukces ewaluacyjny mówi tylko o tym, że wszyscy się nauczyli funkcjonować w tym modelu ewaluacji i nic poza tym – komentuje prof. Artur Błażejewski, prorektor ds. badań naukowych Uniwersytetu Wrocławskiego.
Niezależnie od tego, czy się zgadzamy z zasadami ewaluacji, czy nie, jest ona jakimś miernikiem dorobku naukowego uniwersytetu. Sądzę, że na wielu uczelniach sprowokowała refleksje nad tym, jak prowadzimy badania naukowe. Jeśli otrzymane kategorie są niższe od oczekiwanych, powinniśmy się zastanowić nad przyczynami niepowodzenia.
Uniwersytet Wrocławski poddał ewaluacji 28 dyscyplin. W publikacjach, czyli kryterium pierwszym, poradziliśmy sobie, z małymi wyjątkami, dobrze lub bardzo dobrze. Nawet słabiej publikujące dyscypliny wypadły zadowalająco. Bardzo dobrze wypadły przede wszystkim te dyscypliny, które świadomie wykorzystały narzędzia, jakimi dysponuje Uniwersytet Wrocławski, m.in. rektorski fundusz wsparcia publikacji w wysokości 1 mln zł czy przywrócone do funkcjonowania jako jednostka uczelni Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego (wcześniej była to zewnętrzna spółka prawa handlowego).
Najlepszym przykładem jest chyba Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii, który uzyskał kategorię A+, a w publikacjach uzyskał wszystko, co mógł. Liczyło się zatem świadome działanie dziekanów i przewodniczących rad dyscyplin. Ci, którzy publikowali bezrefleksyjnie, np. w czasopismach o niewielkim odbiorze czy w słabych wydawnictwach, tylko na tym stracili. Widać też, że słabiej wypadły dyscypliny, które zostały wydzielone niedawno – tu zadziałała arytmetyka i trudno było wypełnić tzw. sloty w sensowny sposób.
Chcę podkreślić, że przygotowaliśmy się do ewaluacji sami, bez wsparcia zewnętrznych komercyjnych instytucji. Nie wydaliśmy na to ani złotówki i uważam, że postąpiliśmy słusznie – często firmom zewnętrznym trzeba tłumaczyć specyfikę uczelni, zawiłości i uwarunkowania prawne. Powołaliśmy natomiast własny zespół do spraw ewaluacji, w którym obok pracowników Działu Nauki znaleźli się też profesorowie różnych dyscyplin i wydziałów, znający się na ewaluacji. Niektórzy z nich byli ekspertami Komisji Ewaluacji Nauki, a zatem wiedzieli, jak wykazywać dorobek we wszystkich trzech kryteriach.
Niektóre dyscypliny nie skorzystały z pomocy zespołu lub nie posłuchały dawanych im rad, choćby dotyczących kwestii technicznych w zakresie umieszczania danych w systemie. W efekcie obserwowaliśmy niefrasobliwe wprowadzanie danych do systemu, np. kwoty projektu dla całego konsorcjum, zamiast części przynależnej uczelni jako jego udziałowcowi. Mogło to spowodować i spowodowało straty. Uczyniono to mimo ostrzeżeń zespołu do spraw ewaluacji. Pojawiały się też zwykłe ludzkie pomyłki, co się zdarza. Nie ma problemu, gdy dyscyplina ma duży dorobek, ale kiedy jest on na granicy kategorii, wtedy każdy błąd mocno waży na wyniku.
Posługujemy się systemem Omega-PSIR, ułatwiającym katalogowanie osiągnięć naukowych, który ma pewne wady, ale też i zalety, np. można w nim obserwować postępy gromadzenia publikacji, projektów itd. Jak wspomniałem, nie wszyscy korzystali z rad zespołu, ale – przyznam – władze uczelni pozostawiły w tej kwestii decyzyjność dyscyplinom. Oczywiście, odpowiedzialność ponoszą przewodniczący rad dyscyplin, ponieważ to oni mają dostęp do systemów jako „redaktorzy”. Dopiero na etapie odwoławczym można to zrobić inaczej. Złożyliśmy aż 15 odwołań od uzyskanych kategorii, zarówno od kategorii B, jak i od A, gdy uznaliśmy, że dyscyplina może ubiegać się o A+ – w naszym przypadku dotyczy to chemii.
Słabo wypadliśmy w projektach, czyli w kryterium drugim. Moim zdaniem, brakuje nam przede wszystkim dużych projektów o charakterze międzynarodowym, konsorcjalnym, które były szczególnie promowane w ewaluacji. Trzeba pamiętać, że konkurujemy nie między sobą wewnątrz uczelni, ale na tle całego kraju. I jeśli na innych uczelniach „odrobiono lekcję” – czyli poza grantami Narodowego Centrum Nauki postarano się też o inne, zagraniczne projekty – a my tego nie zrobiliśmy, to wypadliśmy słabiej. Są dyscypliny, instytuty czy wydziały, które radzą sobie dobrze z grantami NCN, co powoduje poczucie komfortu, „posiadania ciepłej wody w kranie”. Mamy zapewnione dodatkowe – poza subwencją – pieniądze na badania i pojawia się poczucie spełnienia. A to jest niebezpieczne.
Jeśli chodzi o kryterium trzecie, czyli oddziaływanie na środowisko zewnętrzne, zachodzi chyba podobna sytuacja jak w kryterium drugim. To jest być może cecha generacyjna, pokoleniowa. Mianowicie, część badaczy uważa, że wpływ na świat zewnętrzny nie jest dla nas tak bardzo istotny: ważne, że prowadzimy badania na wysokim poziomie i znamy ich wartość, nasi koledzy z innych uczelni też wiedzą, że są one wartościowe i nie musimy już dbać o to, żeby wiązały się z nimi wdrożenia. A jest to oczywista nieprawda. Staram się z tym walczyć, ale to bardzo trudne. Podatnik ma prawo wiedzieć, na co wydajemy jego pieniądze. Pieniądze publiczne powinny być uważnie oglądane i wydawane transparentnie.
Podkreślić trzeba jeszcze jedną ważną rzecz: w naszej uczelni projekty nie podlegają prorektorowi do spraw badań naukowych, a prorektorowi do spraw kontaktów z zagranicą. Istnieje zatem dwuwładza nad badaniami naukowymi, czego moim zdaniem negatywne skutki ujawniły się właśnie w ewaluacji. Zabrakło systematycznego podejścia do pozyskiwania grantów i opieki nad nimi.
Jestem przekonany, że nasze odwołania są zasadne. W związku z nimi ponosimy jedynie niewielkie koszty obejmujące korzystanie z pomocy wyspecjalizowanych kancelarii prawnych. Chodzi bowiem o decyzje administracyjne, musimy zatem operować językiem prawniczym, stosować właściwe procedury. Koszty te opłacają zarówno wydziały, jak i władze uczelni. To nie są duże pieniądze. Co ważne, odwołania, które były pisane w dyscyplinach, analizował także zespół do spraw ewaluacji i w tych wnioskach, które uznaliśmy za mniej udane, wprowadzono korekty.
Czeka nas zmiana sposobu myślenia na temat własnej pracy. Musimy tworzyć częściej z myślą o możliwie szerokim, międzynarodowym, a nawet globalnym odbiorze wyników naszych badań. Działania na rzecz społeczności lokalnych wbrew pozorom nie stoją z tym w sprzeczności.
Będę namawiał całą naszą społeczność uniwersytecką do tego, żeby wyciągnąć wnioski nie tylko co do tego, w jaki sposób pracujemy i w jaki sposób dbamy o publikacje, a potem ewentualnie o wdrożenia wyników badań. Chodzi także o pracę systemową, czyli m.in. staranie się o granty właśnie w sposób systemowy czy planowanie publikacji. Niektórzy już to zrobili, co przyniosło pozytywne skutki, zatem mamy własne, bardzo dobre przykłady i doświadczenia w tym obszarze.
Mam jeszcze uwagę dotyczącą całej ewaluacji. Brakuje mi refleksji i jasnej deklaracji ze strony ministerstwa, do czego ewaluacja ma służyć. Tegoroczne wyniki zdają się sugerować, że nie ma słabych punktów na mapie polskiej nauki, a w każdym razie jest ich tak mało, że są pomijalne. Niestety, nie jest to prawdą. Sukces ewaluacyjny mówi tylko o tym, że wszyscy się nauczyli funkcjonować w tym modelu ewaluacji i nic poza tym. Nauczyli się, bo to normalne prawo biologii, że dostosowujemy się do czegoś, co jest nam narzucone, nie mamy innego wyjścia.
Jeśli rządzący nie chcą, żebyśmy publikowali w tzw. czasopismach drapieżnych, to powinni je usunąć z listy. W przeciwnym razie będziemy tam publikowali, bo to się po prostu opłaca. Obecny system ewaluacji nie daje żadnego poglądu na to, jak polska nauka wygląda na tle europejskim i światowym. Co gorsza, jeśli jakaś dyscyplina rozwija się bardzo dobrze w kraju, to średnia uzyskiwanych punktów referencyjnych jest bardzo wysoka. Przyznane kategorie jednak będą przeciętne lub nawet niskie. Dyscyplina jest mocno „wyśrubowana”, a uzyskiwane realne osiągnięcia są bardzo znaczące. Wskutek tego ktoś, kto uzyskał niską kategorię, w rzeczywistości może pracować na dość wysokim poziomie. I odwrotnie, w dyscyplinach słabych w skali kraju znajdą się jednostki ocenione nawet na A i A+, bo dobrze wypadają na tle innych. To będzie absolutnie zafałszowana informacja o stanie danej dyscypliny.
Obecna ewaluacja jest też moim zdaniem korzystna dla prywatnych szkół wyższych. Nie są one bowiem obarczone regułami prawnymi, których muszą przestrzegać uczelnie publiczne. Na przykład nie obowiązuje ich prawo zamówień publicznych. Uczelnie publiczne, np. przy zakupach sprzętu badawczego albo zlecaniu druku na zewnątrz, są zobowiązane do organizowania przetargów. Po pierwsze, wbrew pozorom powoduje to zwyżkę cen zakupu. Po drugie, często nie możemy w wyniku przetargu wybrać sprzętu, który naprawdę chcemy, dlatego że prawo zamówień publicznych na to nie pozwala. Przetargi i odwołania od ich wyników zajmują dużo czasu, co przekłada się na realizację projektów naukowych, ponieważ nie kupujemy aparatury na czas. Szkół prywatnych to nie obowiązuje, mogą szybko kupić to, co chcą, szybciej niż uczelnie publiczne. To są ramy prawne, których nie przeskoczymy, bo w przypadku wydawania pieniędzy publicznych nikt nie chce się narazić na konsekwencje formalnoprawne. Uczelnie prywatne nie mają tego ograniczenia. Poza tym inaczej zatrudniają, ponieważ najczęściej są spółkami. Prawo pracy może być u nich stosowane nieco luźniej. Daje im to wolną rękę w realizowaniu projektów. W ich przypadku właściciel (założyciel) decyduje o wszystkim, w tym o zakupach i zatrudnieniu pracowników. A my tej swobody nie mamy. To naprawdę wpływa na realizację projektów naukowych, a tym samym na ewaluację.
Trochę też szkoda, że ocena dorobku naukowego uczelni nie dokonuje się w powiązaniu z oceną dydaktyki, bo badania są nierozdzielnie związane z kształceniem.
Not. Piotr Kieraciński
„Ci, którzy publikowali bezrefleksyjnie, np. w czasopismach o niewielkim odbiorze czy w drapieżnych wydawnictwach, tylko na tym stracili”. Dalej w tekście: „Jeśli rządzący nie chcą, żebyśmy publikowali w tzw. czasopismach drapieżnych, to powinni je usunąć z listy. W przeciwnym razie będziemy tam publikowali, bo to się po prostu opłaca”. – To w końcu ci, którzy publikują w drapieżnych czasopismach, stracili czy zyskali?
PS 1. Publikacja w MDPI może mieć 0 cytowań, a może mieć 200.
PS 2. Drapieżnych czasopism jest pełno w Springerze czy Elsevierze i problem nie ogranicza się tylko do MDPI. Wie to każdy, kto publikował w czasopiśmie z IF 15 i z IF 5.
„Moim zdaniem brakuje nam przede wszystkim dużych projektów o charakterze międzynarodowym, konsorcjalnym, które były szczególnie promowane w ewaluacji”. – Biorąc pod uwagę, jak trzeba się męczyć z administrowaniem projektu z NCN, nie dziwi, że trudno jest znaleźć chętnego na coś większego i jeszcze bardziej organizacyjnie zagmatwanego. Zresztą kto ma o to występować? Naukowcy z dorobkiem w drapieżnikach?
„Mamy zapewnione dodatkowe – poza subwencją – pieniądze na badania i pojawia się poczucie spełnienia”. – Kogoś to dziwi? 😊
„Mianowicie część badaczy uważa, że wpływ na świat zewnętrzny nie jest dla nas tak bardzo istotny: ważne, że prowadzimy badania na wysokim poziomie i znamy ich wartość, nasi koledzy z innych uczelni też wiedzą, że są one wartościowe i nie musimy już dbać o to, żeby wiązały się z nimi wdrożenia. A jest to oczywista nieprawda”. – Tu jest problem dyscyplin „praktycznych” z dyscyplinami „naukowymi”. To nie ten sam worek…
„Musimy tworzyć częściej z myślą o możliwie szerokim, międzynarodowym, a nawet globalnym odbiorze wyników naszych badań”. – Ciekawe kiedy? W przerwie między milionem godzin dydaktycznych, 50 komisjami i prowadzeniem eksperymentów? I czym? Wynikami opublikowanymi w predatorach?
Na Facebooku już widać że ministra jest już w trybie "I don't care" i pełen relax i fun i aby do wyborów.
Dorośli ludzie tacy naiwni, nic się nie zmieni. Najwyżej drobne zmiany i aby do wyborów. Będziemy się z tym bezsensem męczyć do końca świata.
Ewaluacja powinna być zlikwidowana najwyżej ocena instytucjonalna całej uczelni, jak ktoś nie spełnia jakiś minimalnych standardów naukowych to zlikwidować czy zrestrukturyzować a nie żeby uczciwi badacze co 4 czy 5 lat mieli udowadniać że nie są wielbłądem.
Przykro mi, ale nikogo za bardzo nie obchodzi "mapa polskiej nauki", jeśli ta mapa nie jest częścią mapy Europy i dalej, częścią mapy świata.
Jeśli wynik ewaluacji jednostek polskich pokazuje, że jest dobrze lub bardzo dobrze, ale te wyniki mają się zupełnie nijak do oceny uczelni w skali europejskiej i światowej, to jest to znak, że ewaluacja jest oderwana od rzeczywiści i nie jest pomocna w ustalania kierunków na przyszłość.
Wydaje mi się, że trzeba robić wszystko, aby przerwać ciąg myślenia "Polska mistrzem Polski".
dokładnie ;-)