Brakuje mi refleksji i jasnej deklaracji ze strony ministerstwa, do czego ewaluacja ma służyć. Tegoroczne wyniki zdają się sugerować, że nie ma słabych punktów na mapie polskiej nauki, a w każdym razie jest ich tak mało, że są pomijalne. Niestety, nie jest to prawdą. Sukces ewaluacyjny mówi tylko o tym, że wszyscy się nauczyli funkcjonować w tym modelu ewaluacji i nic poza tym – komentuje prof. Artur Błażejewski, prorektor ds. badań naukowych Uniwersytetu Wrocławskiego.
Niezależnie od tego, czy się zgadzamy z zasadami ewaluacji, czy nie, jest ona jakimś miernikiem dorobku naukowego uniwersytetu. Sądzę, że na wielu uczelniach sprowokowała refleksje nad tym, jak prowadzimy badania naukowe. Jeśli otrzymane kategorie są niższe od oczekiwanych, powinniśmy się zastanowić nad przyczynami niepowodzenia.
Uniwersytet Wrocławski poddał ewaluacji 28 dyscyplin. W publikacjach, czyli kryterium pierwszym, poradziliśmy sobie, z małymi wyjątkami, dobrze lub bardzo dobrze. Nawet słabiej publikujące dyscypliny wypadły zadowalająco. Bardzo dobrze wypadły przede wszystkim te dyscypliny, które świadomie wykorzystały narzędzia, jakimi dysponuje Uniwersytet Wrocławski, m.in. rektorski fundusz wsparcia publikacji w wysokości 1 mln zł czy przywrócone do funkcjonowania jako jednostka uczelni Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego (wcześniej była to zewnętrzna spółka prawa handlowego).
Najlepszym przykładem jest chyba Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii, który uzyskał kategorię A+, a w publikacjach uzyskał wszystko, co mógł. Liczyło się zatem świadome działanie dziekanów i przewodniczących rad dyscyplin. Ci, którzy publikowali bezrefleksyjnie, np. w czasopismach o niewielkim odbiorze czy w słabych wydawnictwach, tylko na tym stracili. Widać też, że słabiej wypadły dyscypliny, które zostały wydzielone niedawno – tu zadziałała arytmetyka i trudno było wypełnić tzw. sloty w sensowny sposób.
Chcę podkreślić, że przygotowaliśmy się do ewaluacji sami, bez wsparcia zewnętrznych komercyjnych instytucji. Nie wydaliśmy na to ani złotówki i uważam, że postąpiliśmy słusznie – często firmom zewnętrznym trzeba tłumaczyć specyfikę uczelni, zawiłości i uwarunkowania prawne. Powołaliśmy natomiast własny zespół do spraw ewaluacji, w którym obok pracowników Działu Nauki znaleźli się też profesorowie różnych dyscyplin i wydziałów, znający się na ewaluacji. Niektórzy z nich byli ekspertami Komisji Ewaluacji Nauki, a zatem wiedzieli, jak wykazywać dorobek we wszystkich trzech kryteriach.
Niektóre dyscypliny nie skorzystały z pomocy zespołu lub nie posłuchały dawanych im rad, choćby dotyczących kwestii technicznych w zakresie umieszczania danych w systemie. W efekcie obserwowaliśmy niefrasobliwe wprowadzanie danych do systemu, np. kwoty projektu dla całego konsorcjum, zamiast części przynależnej uczelni jako jego udziałowcowi. Mogło to spowodować i spowodowało straty. Uczyniono to mimo ostrzeżeń zespołu do spraw ewaluacji. Pojawiały się też zwykłe ludzkie pomyłki, co się zdarza. Nie ma problemu, gdy dyscyplina ma duży dorobek, ale kiedy jest on na granicy kategorii, wtedy każdy błąd mocno waży na wyniku.
Posługujemy się systemem Omega-PSIR, ułatwiającym katalogowanie osiągnięć naukowych, który ma pewne wady, ale też i zalety, np. można w nim obserwować postępy gromadzenia publikacji, projektów itd. Jak wspomniałem, nie wszyscy korzystali z rad zespołu, ale – przyznam – władze uczelni pozostawiły w tej kwestii decyzyjność dyscyplinom. Oczywiście, odpowiedzialność ponoszą przewodniczący rad dyscyplin, ponieważ to oni mają dostęp do systemów jako „redaktorzy”. Dopiero na etapie odwoławczym można to zrobić inaczej. Złożyliśmy aż 15 odwołań od uzyskanych kategorii, zarówno od kategorii B, jak i od A, gdy uznaliśmy, że dyscyplina może ubiegać się o A+ – w naszym przypadku dotyczy to chemii.
Słabo wypadliśmy w projektach, czyli w kryterium drugim. Moim zdaniem, brakuje nam przede wszystkim dużych projektów o charakterze międzynarodowym, konsorcjalnym, które były szczególnie promowane w ewaluacji. Trzeba pamiętać, że konkurujemy nie między sobą wewnątrz uczelni, ale na tle całego kraju. I jeśli na innych uczelniach „odrobiono lekcję” – czyli poza grantami Narodowego Centrum Nauki postarano się też o inne, zagraniczne projekty – a my tego nie zrobiliśmy, to wypadliśmy słabiej. Są dyscypliny, instytuty czy wydziały, które radzą sobie dobrze z grantami NCN, co powoduje poczucie komfortu, „posiadania ciepłej wody w kranie”. Mamy zapewnione dodatkowe – poza subwencją – pieniądze na badania i pojawia się poczucie spełnienia. A to jest niebezpieczne.
Jeśli chodzi o kryterium trzecie, czyli oddziaływanie na środowisko zewnętrzne, zachodzi chyba podobna sytuacja jak w kryterium drugim. To jest być może cecha generacyjna, pokoleniowa. Mianowicie, część badaczy uważa, że wpływ na świat zewnętrzny nie jest dla nas tak bardzo istotny: ważne, że prowadzimy badania na wysokim poziomie i znamy ich wartość, nasi koledzy z innych uczelni też wiedzą, że są one wartościowe i nie musimy już dbać o to, żeby wiązały się z nimi wdrożenia. A jest to oczywista nieprawda. Staram się z tym walczyć, ale to bardzo trudne. Podatnik ma prawo wiedzieć, na co wydajemy jego pieniądze. Pieniądze publiczne powinny być uważnie oglądane i wydawane transparentnie.
Podkreślić trzeba jeszcze jedną ważną rzecz: w naszej uczelni projekty nie podlegają prorektorowi do spraw badań naukowych, a prorektorowi do spraw kontaktów z zagranicą. Istnieje zatem dwuwładza nad badaniami naukowymi, czego moim zdaniem negatywne skutki ujawniły się właśnie w ewaluacji. Zabrakło systematycznego podejścia do pozyskiwania grantów i opieki nad nimi.
Jestem przekonany, że nasze odwołania są zasadne. W związku z nimi ponosimy jedynie niewielkie koszty obejmujące korzystanie z pomocy wyspecjalizowanych kancelarii prawnych. Chodzi bowiem o decyzje administracyjne, musimy zatem operować językiem prawniczym, stosować właściwe procedury. Koszty te opłacają zarówno wydziały, jak i władze uczelni. To nie są duże pieniądze. Co ważne, odwołania, które były pisane w dyscyplinach, analizował także zespół do spraw ewaluacji i w tych wnioskach, które uznaliśmy za mniej udane, wprowadzono korekty.
Czeka nas zmiana sposobu myślenia na temat własnej pracy. Musimy tworzyć częściej z myślą o możliwie szerokim, międzynarodowym, a nawet globalnym odbiorze wyników naszych badań. Działania na rzecz społeczności lokalnych wbrew pozorom nie stoją z tym w sprzeczności.
Będę namawiał całą naszą społeczność uniwersytecką do tego, żeby wyciągnąć wnioski nie tylko co do tego, w jaki sposób pracujemy i w jaki sposób dbamy o publikacje, a potem ewentualnie o wdrożenia wyników badań. Chodzi także o pracę systemową, czyli m.in. staranie się o granty właśnie w sposób systemowy czy planowanie publikacji. Niektórzy już to zrobili, co przyniosło pozytywne skutki, zatem mamy własne, bardzo dobre przykłady i doświadczenia w tym obszarze.
Mam jeszcze uwagę dotyczącą całej ewaluacji. Brakuje mi refleksji i jasnej deklaracji ze strony ministerstwa, do czego ewaluacja ma służyć. Tegoroczne wyniki zdają się sugerować, że nie ma słabych punktów na mapie polskiej nauki, a w każdym razie jest ich tak mało, że są pomijalne. Niestety, nie jest to prawdą. Sukces ewaluacyjny mówi tylko o tym, że wszyscy się nauczyli funkcjonować w tym modelu ewaluacji i nic poza tym. Nauczyli się, bo to normalne prawo biologii, że dostosowujemy się do czegoś, co jest nam narzucone, nie mamy innego wyjścia.
Jeśli rządzący nie chcą, żebyśmy publikowali w tzw. czasopismach drapieżnych, to powinni je usunąć z listy. W przeciwnym razie będziemy tam publikowali, bo to się po prostu opłaca. Obecny system ewaluacji nie daje żadnego poglądu na to, jak polska nauka wygląda na tle europejskim i światowym. Co gorsza, jeśli jakaś dyscyplina rozwija się bardzo dobrze w kraju, to średnia uzyskiwanych punktów referencyjnych jest bardzo wysoka. Przyznane kategorie jednak będą przeciętne lub nawet niskie. Dyscyplina jest mocno „wyśrubowana”, a uzyskiwane realne osiągnięcia są bardzo znaczące. Wskutek tego ktoś, kto uzyskał niską kategorię, w rzeczywistości może pracować na dość wysokim poziomie. I odwrotnie, w dyscyplinach słabych w skali kraju znajdą się jednostki ocenione nawet na A i A+, bo dobrze wypadają na tle innych. To będzie absolutnie zafałszowana informacja o stanie danej dyscypliny.
Obecna ewaluacja jest też moim zdaniem korzystna dla prywatnych szkół wyższych. Nie są one bowiem obarczone regułami prawnymi, których muszą przestrzegać uczelnie publiczne. Na przykład nie obowiązuje ich prawo zamówień publicznych. Uczelnie publiczne, np. przy zakupach sprzętu badawczego albo zlecaniu druku na zewnątrz, są zobowiązane do organizowania przetargów. Po pierwsze, wbrew pozorom powoduje to zwyżkę cen zakupu. Po drugie, często nie możemy w wyniku przetargu wybrać sprzętu, który naprawdę chcemy, dlatego że prawo zamówień publicznych na to nie pozwala. Przetargi i odwołania od ich wyników zajmują dużo czasu, co przekłada się na realizację projektów naukowych, ponieważ nie kupujemy aparatury na czas. Szkół prywatnych to nie obowiązuje, mogą szybko kupić to, co chcą, szybciej niż uczelnie publiczne. To są ramy prawne, których nie przeskoczymy, bo w przypadku wydawania pieniędzy publicznych nikt nie chce się narazić na konsekwencje formalnoprawne. Uczelnie prywatne nie mają tego ograniczenia. Poza tym inaczej zatrudniają, ponieważ najczęściej są spółkami. Prawo pracy może być u nich stosowane nieco luźniej. Daje im to wolną rękę w realizowaniu projektów. W ich przypadku właściciel (założyciel) decyduje o wszystkim, w tym o zakupach i zatrudnieniu pracowników. A my tej swobody nie mamy. To naprawdę wpływa na realizację projektów naukowych, a tym samym na ewaluację.
Trochę też szkoda, że ocena dorobku naukowego uczelni nie dokonuje się w powiązaniu z oceną dydaktyki, bo badania są nierozdzielnie związane z kształceniem.
Not. Piotr Kieraciński
Odwołanie Błażejewskiego to pełny rozkwit kacykolandu wprowadzonego patologiczną ustawą Gowina. Autorytarnych, pewnych swej bezkarności zamordystów stojących obecnie na czele uczelni można opisać trzema literami: A, B, C.
Arogancja.
Buta.
Chciwość.
Pan Profesor Artur Błażejewski wyraził swój pogląd i przynajmniej w ogromnej większości jest to pogląd słuszny. Jeśli Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego ma inne zdanie na przedstawione stanowisko, to powinien stanąć do debaty, kiedy akurat będzie dysponowany. Jeśli prawdą zaś jest, że Pani sekretarz stanu w ministerstwie interweniowała mailowo w sprawie Pana Prof. Błażejewskiego, to stanowiło to poważny zamach na autonomię uczelni i Pani M. nie powinna pracować w ministerstwie ani minuty dłużej.
Bardzo ważny głos w dyskusji. Ta Pani z ministerstwa powinna się zająć w pierwszym rzędzie stałą niedyspozycją rektora, a później innymi sprawami. Pytanie jeszcze, kto ją zainspirował. Jeśli wysłała maila, powinna stracić stanowisko.
Gratulacje dla Pana Prorektora Błażejewskiego za odwagę! Życzę powodzenia i dużo siły.
Jeżeli odwołanie prof. Artura Błażejewskiego z funkcji prorektora ds. badań naukowych Uniwersytetu Wrocławskiego było skutkiem jego wywiadu w „Forum Akademickim”, mielibyśmy do czynienia z decyzją niepokojącą zarówno dla kultury instytucjonalnej uczelni, jak i dla publicznej wiarygodności jej władz. Oficjalny komunikat rektora z 2 października ogranicza się do formuły „wyczerpania się dotychczasowej formuły współpracy”, nie wyjaśniając powodów rozstania. W zestawieniu z publikacją rozmowy 30 września taka lakoniczność musi rodzić pytania o rzeczywiste źródło decyzji.
Jeśli właśnie taka diagnoza stała się bezpośrednim powodem odwołania, oznaczałoby to, że granica dopuszczalnej publicznej debaty w UWr przebiega nie tam, gdzie pojawiają się błędy merytoryczne, lecz tam, gdzie krytyka obejmuje strukturę sprawowania władzy.
Byłby to sygnał szczególnie niekorzystny dla Uniwersytetu Wrocławskiego. Uczelnia badawcza nie może wiarygodnie wymagać od naukowców odwagi intelektualnej, krytycznej analizy i przejrzystości w gospodarowaniu środkami publicznymi, a zarazem reagować personalnie na publiczne zdiagnozowanie własnych deficytów zarządczych. Spór o sposób prowadzenia polityki naukowej, o stosunek do ewaluacji, grantów, umiędzynarodowienia i odpowiedzialności dyscyplin jest przecież naturalny i nie jest dowodem nielojalności.
Zwróćmy uwagę na to, że prof. Artur Błażejewski w wywiadzie bezpośrednio skrytykował np. przewodniczących rad dyscyplin UWr i biuro projektów, zarządzane przez pion protektor prof. Matusz. Za kalanie własnego gniazda się kara....
Trafniejsze niż zarzut „kalania własnego gniazda” byłoby stwierdzenie, że upublicznił wewnętrzny spór o odpowiedzialność za badania i projekty. Jeżeli właśnie to przesądziło o jego odwołaniu, decyzja może być politycznie zrozumiała, ale jednocześnie źle świadczyłaby o zdolności UWr do otwartego rozliczania własnych problemów.
Komunikat Rektora
Z uwagi na wyczerpanie się dotychczasowej formuły współpracy Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego prof. dr hab. Robert Olkiewicz odwołał z dniem 2 października 2026 roku prof. dr. hab. Artura Błażejewskiego z funkcji prorektora ds. badań naukowych.
Fatalny komunikat
Ostatnio "była afera" z czasopismem Elsevier pt Science of the Total Environment (STOTEN) obecnie nie otrzymuje wskaźników. Z tego co wiem jest obecnie wyrzucone z Web of science.
Poczytajcie o tym Państwo sami są informacje o tym w internecie.
Ile habilitacji i doktoratów powstało na bazie publikacji właśnie tam ?
Mamy niezły cyrk z tymi czasopismami .... "o te są drapieżne! no nie ale tamte to już nie są ???? "
Po co deprecjonować MDPI ?
IF wielu czasopism są wysokie ok. 4 i 5. Naprawdę dużo dobrych artykułów.
Po co?
Chyba po to żebyśmy stali się totalnie niewidoczni.....
W MDPI publikujemy w większości bezpłatnie i to od wielu lat, mamy cytowania.
Ktoś czyta nasze artykuły.
Czy to źle ???
@Lew
Skomplikowany temat, jak wszystko co związane z publikowaniem w dzisiejszym świecie…
Najważniejsze, żeby publikować wyniki badań w sposób dostępny dla naukowców na świecie. Co przede wszystkim wymaga publikowania po angielsku.
Gdzie się publikuje to jest sprawa drugorzędna, ale jednak ciągle istotna. Nie bez powodu takie kraje, jak Finlandia czy Norwegia oficjalnie działają przeciwko publikowaniu przez swoich naukowców w czasopismach należących do MDPI i Frontiers. Być może dobrze by było porozumieć się z nimi zapytać "dlaczego".
Trochę na ten temat jest tutaj:
https://retractionwatch.com/2024/12/24/finland-publication-forum-will-downgrade-hundreds-of-frontiers-and-mdpi-journals/
Konkretnie zaś komentując ten fragment
"Po co deprecjonować MDPI ?
IF wielu czasopism są wysokie ok. 4 i 5. Naprawdę dużo dobrych artykułów.
Po co?
Chyba po to żebyśmy stali się totalnie niewidoczni....."
widzę tutaj pewne niebezpieczeństwo wiązania "widoczności" z jakimś konkretnym wydawnictwem. Czy to oznacza, że jeśli MDPI by zniknęło, i zniknęłyby również warunki, na jakich oni działają, to polska nauka stałaby się niewidoczna?
W naukach medycznych, przyrodniczych, biologii, informatyce i wielu innych itd. czekanie na publikację 9 mies. lub ponad rok, a nawet 2 lata, to już jest brak widocznosci (rok obecnie znaczy tyle ile jeszcze 10 lat temu znaczyła dekada).
Liczy się czas publikacji, proszę o tym pamiętać.
A MDPI ma świetną organizację, przyzwoity czas publikacji. Możecie Państwo pisać co chcecie ale co do dobrej organizacji wydawnictwa to się wszyscy zgadzamy.
Jeżeli opublikuję za 2 lata i "wyważę otwarte drzwi", to np. kto mnie zacytuje ?
"Żal komuś"? że inni opublikowali w MDPI?
że są widoczni, że są cytowani?
Niektórzy chyba nie rozumieją że w MDPI można opublikować za darmo i nie obciażąć polskiego podatnika opłatami OA w kwotach 4-5 tys dolarów za artykuł w innych wydawnictwach ?
Niektórzy chyba chcą by zlikwidować więc tę możliwość (nieodpłatnych publikacji i jednak na arenie miedzynarodowej).
a i jeszcze jedno nie porównujcie Państwo Polski z krajami skandynawskimi Norwegia/Finlandia, USA, czy innymi zachodnimi. Chyba nie trzeba tego tłumaczyć?, jeżeli mówimy o finansowaniu nauki przez cały 20 i 21 wiek dofinanowanie i budowę laboratoriów infrastruktury / badań... ect....
@Lew
Pisze Pan/Pani: "W naukach medycznych, przyrodniczych, biologii, informatyce i wielu innych itd. czekanie na publikację 9 mies. lub ponad rok, a nawet 2 lata, to już jest brak widoczności (rok obecnie znaczy tyle ile jeszcze 10 lat temu znaczyła dekada)."
Nie ma najmniejszego powodu, żeby nie opublikować pierwszej wersji pracy na bioRxiv albo medRxiv, czy też dowolnej innej otwartej platformie pre-printów. To pozwala zostawić swój pierwszy "footprint", który jest przecież traktowany jak publikacja. A później walczyć o publikację recenzowaną. Tak robi wiele czołowych laboratoriów na całym świecie. Wiele również tak nie robi i radzą sobie dobrze będąc włączonymi w ten cykl publikacyjny, o którym Pan/Pani mówi – i radzą sobie dobrze.
Nie trzeba być zawsze pierwszym i nie trzeba koniecznie publikować w Nature lub Lancet. W środowisku naukowym ci, którzy dostarczają regularnie dobrej jakości prace, są zauważeni, cytowani i brani pod uwagę.
Ale w związku z tą gigantyczną liczbą artykułów, opublikowanych w MDPI przez instytucje polskie, mam pytanie: czy gdyby z polskiego systemu ewaluacji wykluczyć publikacje z grupy przeglądówek literaturowych (tak jak jest w brytyjskim REF), to czy naukowcy polscy nadal publikowaliby aż tyle w MDPI?
Na 52226 publikacji w MDPI w latach 2022-2025 mamy:
Articles - 40320
Reviews - 8238
Systematic Review - 663
Reszta to drobiazgi typu Case report, Editorial etc. A więc przeglądówki to nie jest aż taki duży problem.
@Hubert Wojtasek
Tak, 15% to jest jakiś bardzo wysoki odsetek.
Chyba rzeczywiście nie zmieniłoby to profilu publikacyjnego instytucji polskich.
Co nie zmienia tego, że przeglądówki literaturowe nie powinny być brane pod uwagę przy ewaluacji.
@Marcin Przewloka
Korekta: to NIE jest jakiś bardzo wysoki odsetek
"jeśli MDPI by zniknęło, i zniknęłyby również warunki, na jakich oni działają, to polska nauka stałaby się niewidoczna?"
W następujących dziedzinach:
nauki inżynieryjno-techniczne
nauki medyczne i nauki o zdrowiu
nauki rolnicze
mniej widoczna o ponad 50%. W naukach ścisłych i przyrodniczych - o ok. 40%.
@Hubert Wojtasek
Te liczby rzeczywiście robią wrażenie.
Nie wiem, czy jest jakiś inny kraj gdzie odsetek publikacji w MDPI (czy też dowolnym jednym pojedynczym wydawnictwie) jest aż tak wysoki.
Rumunia, ale nas nie przebija.
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-5-2022/mdpi-a-sprawa-polska%e2%80%a9/
@Hubert Wojtasek
Rzeczywiście, wygląda to ostro.
Dzięki za informacje.
Dzięki za link do artykułu na temat MDPI w Finlandii. Woda na moje młyny. Są tam wszystkie tytuły, które u nas znalazły się w czołówce: International Journal of Molecular Sciences, Molecules, Energies, Materials, Nutrients etc. U nas wszystko za 140 pkt., a tam teraz to odpowiedniki Wiedzy i Życia (nie umniejszając niczego temu czasopismu). A my ciągle czekamy na nową listę czasopism punktowanych. Ciekawe ile będą miały?
Straszne...
Ludzie nie mają pieniędzy na uczelniach, ratują się darmową publikacją w MDPI.
Zakazać i celować w okienko Elseviera i Springera (od maja do listopada)
może załapiesz na artykuł fianansowany z ministerstwa.
Jest źle to zróbmy by było jeszcze gorzej...
Zamiast się nakręcać policzcie ile artykułów MDPI opublikowała bezpłatnie?
Przypuszczam, że będzie to ponad 1/3 ?
O, przepraszam, nie przeglądałem jeszcze dzisiejszych artykułów w FA.
https://forumakademickie.pl/ile-polskie-instytucje-wydaja-na-publikacje-w-mdpi/
Pisałem już o tym kilkukrotnie na tych łamach.
"Zamiast się nakręcać policzcie ile artykułów MDPI opublikowała bezpłatnie?
Przypuszczam, że będzie to ponad 1/3 ?"
Tak dokładnie to jest to ok. 70%
https://forumakademickie.pl/maleja-wydatki-polskich-instytucji-na-publikacje-w-mdpi/
Co, moim zdaniem, jest jeszcze gorsze niż płacenie gotówką, bo legitymizuje istnienie tego wydawnictwa poprzez recenzowanie i redagowanie numerów specjalnych (za to dostaje się vouchery).
Posłużę się cytatem prof. Adama Pronia i prof. Haliny Szatyłowicz z artykułu "Nie marnować publicznych pieniędzy":
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-12-2022/nie-marnowac-publicznych-pieniedzy%e2%80%a9/
"Przewodnicząc licznym komisjom habilitacyjnym, a także recenzując dorobek habilitacyjny, często zadajemy habilitantom pytanie: dlaczego swoje prace opublikowali prawie wyłącznie w oficynie MDPI? Standardowa odpowiedź brzmi: „Zależało mi na tym, aby do moich publikacji był otwarty dostęp”. Jest to w naszym przekonaniu czyste bajdurzenie, połączone w dodatku z marnowaniem publicznych pieniędzy. W Polsce istnieje świetny program darmowego publikowania otwartego (open access) w ramach licencji Wirtualnej Biblioteki Nauki."
"może załapiesz na artykuł fianansowany z ministerstwa"
Więc podaję jeszcze raz dane z WBN, za rok 2024, bo nie chce mi się tego robić za rok ubiegły:
Elsevier – pula 1013 artykułów na 2024 została wykorzystana 23.10.2024
Springer - pula 1466 artykułów na 2024 została wykorzystana 06.12.2024
Taylor&Francis – pula 97 artykułów na 2024 została wykorzystana 12.12.2024
ACS – pula 398 artykułów na 2024 została wykorzystana 21.10.2024 r
IOP – w 2024 r. wykorzystano 130 artykułów (WBN nie podaje, jaka pula była do wykorzystania)
Suma = 3104
Jak widać z dat wyczerpania limitów, polscy uczeni niespecjalnie pchają się do tych czasopism, nawet, jeśli nie muszą zapłacić z własnych środków ani grosza.
MDPI – 11862
To jest drugi obieg, niech sobie tak publikują w Arabii Saudyjskiej czy Nigerii. My powinniśmy mieć większe ambicje. Chociaż biorąc pod uwagę finansowanie... Jakby nie było, jeżeli ktoś ma ambicje naukowe nie powinien skazywać się na drugi obieg.
Łoj, żeby tylko STOTEN. Ale to dotyczy tylko IF obliczanego przez Clarivate. Kilka najciekawszych przykładów z mojej działki z ostatnich 2 lat:
Science of the Total Environment (Elsevier) – delisted 16.11.2025 (200 pkt.)
Chemosphere (Elsevier) – delisted 16.12.2024 (140 pkt.)
Environmental Science and Pollution Research (Springer-Nature) - delisted 20.06.2024 (100 pkt.)
Applied Organometallic Chemistry (Wiley) – delisted 16.06.2025 (100 pkt.)
Computers in Biology And Medicine (Elsevier) – delisted 16.11.2025 (100 pkt.)
Journal of Molecular Liquids (Elsevier) – delisted 19.12.2025 (100 pkt.)
Oczywiście Elsevier dla swoich czasopism dalej liczy CiteScore. Dlatego uważam, że uwzględnianie go w ustalaniu listy czasopism punktowanych (którą oczywiście trzeba zlikwidować) jest pomieszaniem z poplątaniem.
Dzięki za informacje.
Może członkowie KEN to przeczytają i zrozumieją, że trzeba walczyć o Polskie wydawnictwa!
Budować pozycje polskich wydawnictw.
własnie najlepsze wyniki powinny być publikowane w polskich czasopismach, po to by zostały zauważone. Bez promocji polskich wydawnictw nigdy nie zbudujemy ich pozycji.
Czesi i Słowacy potrafią budować markę swoich Wydawnictw.
Polacy niestety nie.
... może pora porzucić kompleksy?
Aksjomaty:
1. Ludzie są racjonalnie egoistyczni.
2. Zawsze dostaje się dokładnie to za co się NAPRAWDĘ płaci.
I teraz rozjazd pomiędzy celami deklaratywnymi, a tymi, które się materializują w ramach istniejącego systemu jest KOLOSALNY. W obecnym nędznie finansowanym systemie nauka jest pizbawiona jakiegokoleiek realnego znaczenia poza utrzymywaniem szczątkowego poziomu kompetencji niezbędnych do prowadzenia dydaktyki. I jedynym uzasadnionym celem istnienia uczelni jest obecnie wyłącznie kształcenie. Wyniki naukowe nie mają żadnego znaczenia społecznego czy gospodarczego, bo to nie ta skala nakładòw inwestycyjnych i niecta skala gratyfikacji finansowych.
Ewaluacja jest jedynie systemem gamingowym wymyślonym wyłącznie w celu utrzymania tej szczątkowej aktywności umierającego systemu.
Trzeba być swojego rodzaju geniuszem żeby w tak dużej liczbie słów nic nie ująć Janie Bazanie.
Ministerstwo zmarnowało 3 lata, zmarnuje i kolejny rok. Do wyborów 12 miesięcy zatem cóż szkodzi obiecać.
Czy mogę jeszcze raz przypomnieć wyniki ewaluacji (w sensie podium czasopism) dla dyscyplin najbliższych memu sercu? 😁
Nauki chemiczne
1 Molecules 971
2 International Journal of Molecular Sciences 616
3 Materials 542
Nauki biologiczne
1 International Journal of Molecular Sciences 974
2 Scientific Reports 805
3 Molecules 312
Nauki medyczne
1 Journal of Clinical Medicine 3028
2 International Journal of Molecular Sciences 2431
3 Cancers 925
Nauki farmaceutyczne
1 International Journal of Molecular Sciences 787
2 Molecules 596
3 Nutrients 158
Inżynieria mechaniczna
1 Materials 1533
2 Energies 700
3 Applied Sciences (Switzerland) 383
Rolnictwo i ogrodnictwo
1 Agriculture (Switzerland) 378
2 Agronomy 334
3 Molecules 263
„Ci, którzy publikowali bezrefleksyjnie, np. w czasopismach o niewielkim odbiorze czy w drapieżnych wydawnictwach, tylko na tym stracili”. Dalej w tekście: „Jeśli rządzący nie chcą, żebyśmy publikowali w tzw. czasopismach drapieżnych, to powinni je usunąć z listy. W przeciwnym razie będziemy tam publikowali, bo to się po prostu opłaca”. – To w końcu ci, którzy publikują w drapieżnych czasopismach, stracili czy zyskali?
PS 1. Publikacja w MDPI może mieć 0 cytowań, a może mieć 200.
PS 2. Drapieżnych czasopism jest pełno w Springerze czy Elsevierze i problem nie ogranicza się tylko do MDPI. Wie to każdy, kto publikował w czasopiśmie z IF 15 i z IF 5.
„Moim zdaniem brakuje nam przede wszystkim dużych projektów o charakterze międzynarodowym, konsorcjalnym, które były szczególnie promowane w ewaluacji”. – Biorąc pod uwagę, jak trzeba się męczyć z administrowaniem projektu z NCN, nie dziwi, że trudno jest znaleźć chętnego na coś większego i jeszcze bardziej organizacyjnie zagmatwanego. Zresztą kto ma o to występować? Naukowcy z dorobkiem w drapieżnikach?
„Mamy zapewnione dodatkowe – poza subwencją – pieniądze na badania i pojawia się poczucie spełnienia”. – Kogoś to dziwi? 😊
„Mianowicie część badaczy uważa, że wpływ na świat zewnętrzny nie jest dla nas tak bardzo istotny: ważne, że prowadzimy badania na wysokim poziomie i znamy ich wartość, nasi koledzy z innych uczelni też wiedzą, że są one wartościowe i nie musimy już dbać o to, żeby wiązały się z nimi wdrożenia. A jest to oczywista nieprawda”. – Tu jest problem dyscyplin „praktycznych” z dyscyplinami „naukowymi”. To nie ten sam worek…
„Musimy tworzyć częściej z myślą o możliwie szerokim, międzynarodowym, a nawet globalnym odbiorze wyników naszych badań”. – Ciekawe kiedy? W przerwie między milionem godzin dydaktycznych, 50 komisjami i prowadzeniem eksperymentów? I czym? Wynikami opublikowanymi w predatorach?
Nie chcę zabrzmieć nieelegancko, ale mam rosnące z każdym rokiem przekonanie, że rektorzy i prorektorzy bardzo szybko ulegają zjawisku oderwania od rzeczywistości. Po pewnym czasie w ich głowach nieuchronnie kiełkuje myśl, że przeciętny pracownik uczelni powinien świetnie uczyć, robić topowe badania (najlepiej bezkosztowo, chyba że ma grant, to może coś wydać) i wspaniale je publikować (najlepiej również bezkosztowo), nie mając jednak dostępu do większości istotnej nowej literatury (bo nie ma na to pieniędzy). Powinien także uczestniczyć w popularyzacji (która wygląda coraz bardziej jak darmowa atrakcja dla szkół i przedszkoli), odbębniać prace organizacyjne (w większości całkowicie bezsensowne, ale taka jest procedura, a procedura jest święta), organizować konferencje i inne spotkania, na których poklepiemy się po pleckach, a także opanować rosnący stos dokumentów, bo chociaż administracji jest dużo, to lepiej przesunąć część ich pracy na nauczycieli. Nie zaszkodzi także odrobina wiedzy z zakresu księgowości, prawa i języków obcych na poziomie tłumacza przysięgłego. Wszystko to w ramach jednego, dość kiepsko opłacanego etatu.
Czy to brzmi jak normalne warunki pracy? Nie, oczywiście, że nie. To brzmi jak dom wariatów. Bo tym są obecnie uczelnie z punktu widzenia pracownika - przy takiej organizacji są coraz bardziej dziwacznym domem wariatów. Ewaluacja jest najmniejszym z naszych problemów.
Tak całkiem oderwani nie są. Mało to dziekanów czy rektorów,którym dorobek gwałtownie rośnie po objęciu funkcji?
Mogę się podzielić osobistą refleksją? Fragment mojego wniosku o tytuł:
„Oczywiście, z punktu widzenia aktywności naukowej podjęcie się pełnienia funkcji dziekana w tak trudnym okresie (organizacja nowo-powołanego wydziału i generalny remont budynku) było dużym błędem, powiedziałbym nawet, że krokiem samobójczym. Nie miałem bowiem czasu nie tylko na projektowanie badań i pisanie publikacji, ale nawet na śledzenie bieżącej literatury. Podziwiam kolegów dziekanów, którzy w okresie pełnienia funkcji nie tylko nie zmniejszają aktywności naukowej, ale często ją intensyfikują.”
I ocena tego elementu przez pana Huczyńskiego:
„Nie jest, w mojej opinii usprawiedliwieniem niskiej aktywności naukowej pełnienie przez Kandydata funkcji Dziekana Wydziału Chemii w latach 2008-2012. Widocznie Kandydat nie sprostał połączeniu tych dwóch aktywności”
Jak to wielokrotnie udowadniano na tych łamach, jestem nieudacznikiem, a inni koledzy dziekani są niezwykle sprawni i wydajni. Chwała im za to.
Na Facebooku już widać że ministra jest już w trybie "I don't care" i pełen relax i fun i aby do wyborów.
Dorośli ludzie tacy naiwni, nic się nie zmieni. Najwyżej drobne zmiany i aby do wyborów. Będziemy się z tym bezsensem męczyć do końca świata.
Ewaluacja powinna być zlikwidowana najwyżej ocena instytucjonalna całej uczelni, jak ktoś nie spełnia jakiś minimalnych standardów naukowych to zlikwidować czy zrestrukturyzować a nie żeby uczciwi badacze co 4 czy 5 lat mieli udowadniać że nie są wielbłądem.
Przykro mi, ale nikogo za bardzo nie obchodzi "mapa polskiej nauki", jeśli ta mapa nie jest częścią mapy Europy i dalej, częścią mapy świata.
Jeśli wynik ewaluacji jednostek polskich pokazuje, że jest dobrze lub bardzo dobrze, ale te wyniki mają się zupełnie nijak do oceny uczelni w skali europejskiej i światowej, to jest to znak, że ewaluacja jest oderwana od rzeczywiści i nie jest pomocna w ustalania kierunków na przyszłość.
Wydaje mi się, że trzeba robić wszystko, aby przerwać ciąg myślenia "Polska mistrzem Polski".
Święta racja. Tylko co z niej wynika? Ano to, że czułe słówka o międzynarodowej pozycji polskiej nauki to właśnie tylko słówka. Ewaluacja jest ściśle krajowa, bo służy krajowemu celowi - przekierowaniu środków na badania do wybranych, największych jednostek. Co oczywiście i tak nie działa - nawet to! - wobec braku pieniędzy i założenia uczelniom związanego z tym kagańca korytarza finansowego, którego szerokość w tym roku podobno wynosi zero. Zostają nam słowa. O doskonałości, prestiżu, etyce i "pierwszej setce".
dokładnie ;-)