To nie pieniądze są problemem w transferze technologii, lecz przygotowanie projektów, by stały się atrakcyjne dla rynku. Dlatego właśnie mariaż nauki z biznesem powinien odbywać się na jak najwcześniejszym etapie – im później do tej współpracy dochodzi, tym szanse na sukces maleją. Dyskutowano o tym na Uniwersytecie Warszawskim w ramach cyklu „Klub Innowacji – Akademia dla Przemysłu”.
Spotkanie zorganizowane przez Centrum Transferu Technologii i Wiedzy Uniwersytetu Warszawskiego odbyło się w Centrum Nauk Biologiczno-Chemicznych UW. Zgromadziło przedstawicieli nauki, a także osoby reprezentujące inwestorów i firmy. Zebranych powitał dr hab. inż. Przemysław Dubel, dyrektor CTTiW UW. Wydarzenie było okazją do zaprezentowania poradnika „Jak skutecznie komercjalizować technologie akademickie?”. Publikacja stanowi zbiór dobrych praktyk, wskazówek i doświadczeń Centrum Transferu Technologii i Wiedzy UW i ma pomóc naukowcom lepiej zrozumieć, jak prowadzić badania z myślą o ich praktycznym zastosowaniu, nie tracąc przy tym naukowej rzetelności i pasji odkrywania.
Głównym punktem programu był panel dyskusyjny „Pieniądze to nie wszystko – co systemowo wspiera transfer technologii?”. Uczestnicy rozmawiali o tym co zrobić, by procesy i działania zmierzające do transferu były bardziej efektywne. Na wstępie prof. Jacek Jemielity, dyrektor Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego i szef spin-offu ExploRNA Therapeutics, wskazał na korzyści, jakie przynosi synergia nauki i biznesu. Uczelnia ma z tego pieniądze, przy czym, jak zaznaczył, są one niewielkie w skali jej całego budżetu. Ale równie istotny jest inny aspekt. Uniwersytet, oprócz tego, że zatrudnia naukowców, którzy zaspokajają swoją ciekawość świata, co jest fundamentem nauki, potrzebuje jeszcze pokazać na zewnątrz, że to, co dzieje się w jego murach, może służyć społeczeństwu.
To prawda, że nauka od niepamiętnych czasów jest niedofinansowana. Ale czy my jako naukowcy, środowisko akademickie, zrobiliśmy wystarczająco dużo, żeby efekty naszej pracy poznali ci, którzy płacą za nasze badania? Moim zdaniem nie. I dlatego właśnie potrzebne są spin-offy, mające zademonstrować społeczeństwu, że na uniwersytecie prowadzi się badania, które za chwilę mogą wpływać na rzeczywistość, poprawiać nasze życie – podkreślał dyrektor CeNT UW.
Z punktu widzenia spółki za najważniejszą korzyść uznał kapitał ludzki. Zespół wywodzący się z uczelni, który opracował technlogię, nie potrzebuje wskazówek, czym ma się zajmować przez najbliższe lata. Inny atut to wiarygodność. Praca na uczelni i lata badań nad technologią mRNA uwiarygodniły go, a tym samym i spółkę, w oczach partnerów biznesowych. Zdobycie zaufania ma kluczowe znaczenie, zwłaszcza że – jak dodawał prof. Jemielity – geografia nie pomaga: w konkurencji z podobnymi start-upami np. ze Stanów Zjednoczonych trzeba jeszcze bardziej udowodnić wartość swojego przedsięwzięcia. Akcentował, że spółkę taką jak jego buduje się na własności intelektualnej, która powstaje na uniwersytecie, dlatego że tam są możliwości infrastrukturalne, finansowe, grantowe.
Oczywiście, uczelnia mogłaby dla spółek startowych robić więcej, ale wiele działań ograniczają przepisy o pomocy publicznej. Dlatego, kiedy udało się nam już zdobyć inwestora, poczułem olbrzymią ulgę – podsumował współzałożyciel i prezes ExploRNA Therapeutics, spółki spin-off UW, w której rozwijane są technologie zwiększające potencjał terapeutyczny mRNA.
Pieniądze? To nie problem
Na brak synchronizacji działań między biznesem a akademią zwróciła uwagę dr Aleksandra Sabiniarz, dyrektor operacji badawczych w Ryvu Therapeutics. Spółka koncentruje się na nowatorskich terapiach małocząsteczkowych w dziedzinie onkologii. W tej chwili prowadzi badania kliniczne fazy II dla romacyklibu. Lek ma pomagać w ostrej białaczce szpikowej.
To świetny przykład transferu w obszarze drug discovery, który odbył się w Polsce z udziałem polskich naukowców, najpierw na uczelni, a później w firmie biotechnologicznej – wskazywała. – Cały czas przychodzą do nas badacze z różnymi pomysłami. Zajmujemy się onkologią, poszukujemy terapii onkologicznych i jeżeli ktoś ma projekt z zupełnie innego obszaru, to musi zdawać sobie sprawę, że my nie będziemy tym zainteresowani. Akademia musi wiedzieć, czego biznes oczekuje. Tutaj widzę rolę centrów transferu technologii na uczelniach. Jednostki te powinny tłumaczyć naukowcom, czym dana firma się zajmuje po to, by ich projekty nie przepadły tylko dlatego, że zostali skierowani pod niewłaściwy adres – podpowiadała.
Nieco inaczej na sprawę spojrzał Zbigniew Leś, dyrektor ds. partnerstw naukowych i transferu technologii w The Heart. To warszawski venture builder specjalizujący się w tworzeniu start-upów opartych na innowacjach cyfrowych i projektach badawczo-rozwojowych.
Nie szukamy technologii pod kątem dopasowania ich do spółek, ale próbujemy znaleźć spółkę, do której dana technologia już pasuje. Musimy po prostu zaleźć dla niej miejsce na rynku – jasno deklarował.
Jego zdaniem, problemem nie są pieniądze. Tezę tę podparł wcale nieodosobnionym, jak przekonywał, przykładem technologii DualTag z UW (to precyzyjne narzędzie do opracowania leków mRNA), którą zainteresowanych okazało się więcej inwestorów niż na początku przypuszczano. Prawdziwy problem stanowi według niego przygotowanie projektów do tego, by stały się atrakcyjne rynkowo. Ten etap, trwający w optymistycznej wersji średnio osiem miesięcy, polega na mało spektakularnej pracy, która jest jednak konieczna, by podjąć decyzję o wytransferowaniu danej technologii z uczelni i zrobieniu z niej spin-offu. Przyznał, że trudno mu sobie wyobrazić, by projekt naukowy, który trafia do venture buildingu, osiągnął gotowość inwestycyjną szybciej niż w ciągu tych kilku miesięcy.
Nasze doświadczenie ze współpracy z naukowcami pokazuje, że projekty deep tech na poziomie TRL 3, 4 czy 5, są w stanie przyciągnąć prywatne fundusze na dalszy rozwój, ale najpierw trzeba jasno określić, kto ma być odbiorcą technologii, na jakich warunkach zostanie sprzedana i jakie ma być miejsce zespołu, który ją stworzył, w spółce. Bez tego żadne pieniądze nie pomogą – stwierdził.
Wczesny mariaż pożądany
Co do tego, że pieniędzy na innowacje na polskim rynku nie brakuje, przychyliła się Anna Wnuk, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych. W jej ocenie wciąż pokutuje myślenie, że fundusze venture czy prywatni inwestorzy sami wyszukają dla siebie konkretne projekty na uczelniach. To tak nie działa. Zwracała uwagę, że strona akademicka musi wyjść z większą niż dotąd inicjatywą.
Inwestorzy nie wykładają pieniędzy na technologię, lecz w rynek, który się wokół niej buduje. To kluczowa kwestia. Inwestor prywatny będzie pytał nie o samą technologię, ale o jej translację, zwroty, potencjał skalowania, kolejne rundy finansowania itp. Takie jest podejście i świat nauki musi to wreszcie zrozumieć.
Dodała, że mariaż nauki z biznesem powinien odbywać się na jak najwcześniejszym etapie. Wówczas translacja technologii daje największe możliwości dla znalezienia inwestora i przyszłości biznesowej danego projektu. Im później, tym te szanse maleją. Jeśli więc naukowiec wróży sukces swojej technologii, musi myśleć nie tylko o Technology Readiness Level (poziom gotowości technologicznej), ale i o Business Readiness Level (poziom gotowości biznesowej).
Zdaniem Konrada Zawadzkiego, wicedyrektora Centrum Nauk Biologiczno-Chemicznych Uniwersytetu Warszawskiego, pieniądze na rynku może i są do zdobycia, ale w systemie publicznym ich zdecydowanie brakuje. Odwołał się do programu INFRASTARt na utrzymanie dużych infrastruktur badawczych. Dotacje z niego obejmowały też środki na działalność komercjalizacyjną, np. dostosowanie BRL. Finansowo było to motywujące. Ale program zawieszono, być może uda się przekonać Narodowe Centrum Badań i Rozwoju do wznowienia.
Jako CNB-Ch UW nawiązujemy współpracę z przedsiębiorstwami i sprzedajemy im usługi naukowo-badawcze. Rozwijamy w ten sposób działalność badawczą, prowadzimy projekty badawczo-rozwojowe, a jeżeli powstanie z tego know-how, to je sprzedajemy. Taka jest nasza rola. Dla firmy to rozwiązanie idealne: przedstawia nam swój problem, my się w niego wsłuchujemy, zastanawiamy się, czy mamy nań jakąś odpowiedź, szacujemy budżet projektu, a na końcu sprzedajemy to, co biznes zamawia. Tak staliśmy się pod względem wartości bezwzględnej pierwszym partnerem naukowym Orlenu w Polsce – pochwalił się.
Reformę zacząć od jakości
Rozbieżności między panelistami pojawiły się po pytaniu o zmiany konieczne do udrożnienia procesu transferu technologii. Najdalej poszedł prof. J. Jemielity, który opowiedział się za stworzeniem spójnego system finansowania nauki i wdrożeń, a reformę zacząłby od postawienia na jakość. Tyle że, zauważył, politykom brakuje odwagi, by zrobić zdecydowany krok w tym kierunku, a więc np. płacić więcej tym, którzy uprawiają naukę na światowym poziomie.
Jeśli chcemy mieć udane plony, to musimy najpierw wybrać dobre ziarno. Tym ziarnem są badania podstawowe. Jeśli nie będziemy mieć takiego ziarna, to, owszem, coś zasiejemy, ale nie liczmy na dorodne zbiory – zauważył.
Z kolei Z. Leś odparł nieco przekornie, że już mamy wszystko to, czego potrzebujemy: świetnych naukowców, własność intelektualną, dostęp do prywatnego kapitału, rozwijające się biura transferu. To prawda, że w bardziej dojrzałych ekosystemach wyniki badań są skuteczniej transferowane i prawdą jest też, że zawsze mogłoby być lepiej, ale z drugiej strony czy warto czekać na idealne warunki? Czy nie lepiej skupić się na tym, co tu i teraz?
Z mojej analizy wynika, że polskie uczelnie dysponują obecnie około tysiącem projektów biotechnologicznych na przyzwoitym poziomie. Część z nich w ciągu kilku miesięcy może dojść do etapu finansowania. Spróbujmy poprawić statystyki i zadbać o to, żeby udawało się skomercjalizować nie 5%, ale 15–20%. Nie jestem osobą, która będzie podpowiadać politykom, jak zmienić system, ale dziś tak naprawdę brakuje nam spektakularnych sukcesów – przyznał.
Mamy tysiąc projektów, tylko co z tego? Nie wszystkie zostaną spin-offami. Takie spółki jak nasza bardzo potrzebują badań podstawowych. I fajnie, że jest tysiąc projektów, tylko ile da się sprzedać, a ile pójdzie do kosza? Na polskich uczelniach panuje hermetyzacja. W efekcie akademia sobie, a biznes sobie. Ba, nawet centra transferu często nie wiedzą, co robią ich naukowcy – odpowiedziała z przekąsem dr A. Sabiniarz.
O system tworzenia wartościowych projektów, również na uczelniach, dopominała się A. Wnuk. Zauważyła, że to dobry moment, bo, jak przypomniała, niedawno na Europejskim Kongresie Gospodarczym wyraźnie wskazano kierunek: technologie i rozwiązania wyprodukowane w Polsce będą miały pierwszeństwo w realizacji. Zasugerowała jedno z rozwiązań, które z powodzeniem funkcjonuje już na rynkach z bardziej rozwiniętym transferem technologii – modele venture buildingowe. Na takie wsparcie, jej zdaniem, warto postawić i u nas.
Musimy inwestować w dobrych naukowców. Dobre ziarna trzeba podlewać, dbać o glebę, tworzyć odpowiednie warunki – odwoływał się do agrarnej metafory K. Zawadzki. – W CNB-Ch UW działa 50 grup badawczych, z czego połowa komercjalizuje. Pozostałych zachęcamy, bodźcujemy, motywujemy do tego, ale wiadomo, że niektórzy i tak pozostaną przy badaniach podstawowych. System nie widzi tych ścieżek równoprawnie. Naukowcy „produkują” więc to, co zapewni im dobry wynik w ewaluacji – skonstatował, przyznając zarazem, że dzisiaj ewaluacja zachęca do patentowania, lecz zniechęca do komercjalizowania.
Rozumiemy waszą biedę
W trakcie panelu prof. Jemielity wspomniał też o tym, że w start-upach trwa nieustanna walka z czasem. Finansowanie nie jest bowiem dane na zawsze, a inwestorzy też nie są skłonni wiecznie czekać na efekty.
Musimy przygotować produkt na tyle, żeby była widoczna perspektywa jego monetyzacji. To wymaga wielu rozmaitych kompetencji. W naszym przypadku od lat uczyliśmy się syntetyzować reagenty do modyfikacji RNA, badać je biochemicznie, ale żeby kogoś zachęcić, musieliśmy pokazać to in vivo, na modelach zwierzęcych. Nie mieliśmy takich kompetencji, więc zaprosiliśmy do współpracy odpowiednich ludzi. Dobrze, gdy inwestor zna biznes, w który włożył pieniądze, ale nie zawsze tak jest. Trzeba więc mieć też osoby, które nawiążą kontakty. Jak więc widać, bez odpowiedniego zespołu nie ma mowy o jakimkolwiek transferze – tłumaczył.
Na koniec padło pytanie, czy biznes rozumie polską naukę i to, w jakich realiach ona funkcjonuje.
Oczywiście, że tak, choćby dlatego że sami wywodzimy się głównie z uczelni – odparła A. Sabiniarz (po doktoracie na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu – dop. MK). – Poza tym tak samo chętnie wyciągamy ręce po granty, polskie spółki biotechnologiczne, oczywiście w innych rozdaniach, ale również posiłkują się finansowaniem grantowym. Idziemy zatem ramię w ramię i co za tym idzie w pełni rozumiemy waszą biedę – dodała uszczypliwie.
„Klub Innowacji – Akademia dla Przemysłu” to nowa odsłona spotkań uniwersyteckich zespołów badawczych z przedstawicielami otoczenia gospodarczego – potencjalnymi partnerami w projektach B+R i inwestorami. Patronat medialny nad wydarzeniem sprawowało „Forum Akademickie”.
Mariusz Karwowski
"Jeśli chcemy mieć udane plony, to musimy najpierw wybrać dobre ziarno. Tym ziarnem są badania podstawowe. Jeśli nie będziemy mieć takiego ziarna, to, owszem, coś zasiejemy, ale nie liczmy na dorodne zbiory – zauważył."
Wydaje mi się, że można zaufać temu, co mówi pan Jacek Jemielity, którego badania wprost przyczyniły się, i nadal się przyczyniają, do rozwoju szczepionek RNA. Pomysł, aby "reformę zacząć od postawienia na jakość" jest chyba jedyną drogą, aby polska nauka zaistniała na świecie. I do tego również są potrzebne pieniądze.
Nie jest to dobry cel jaki pan wskazuje "aby polska nauka zaistniała w świecie".
Zaistnienie polskiej nauki w świecie ma być produktem ubocznym rozwoju nauki polskiej w interesie polskim, a nie w interesie innych krajów czy grup naukowców.
Finansowanie badań podstawowych w Polsce od czasów komunizmu ma się dobrze. Tu się pan wykształcił w obszarze badań podstawowych w lepszych warunkach niż na uczelniach technicznych były i pojechał pan za granicę. Od razu pan pracował w laboratorium już na studiach, więc na studiach miał pan podstawowe prace badawcze z badan podstawowych. Do dnia dzisiejszego w wykonywaniu przez pana pracy badawczej się nic nie zmieniło. Został pan do tego przyuczony i pan to wykonuje. Jak widać umiejętność studencka do tego wystarcza, a reszta to kwestia przypadkowości kto z tych studentów badań podstawowych zostaje naukowcem, a każdy z nich może, tak jak pan. żadnej selekcji tu nie ma. jedynie to taka, że niektórzy nie chcą być naukowcami.
Podobno PAN to przodownicy nauki, więc wokół PAN start-upy winny rosnąc jak grzyby po deszczu.