Polska nauka potrzebuje przejścia od feudalnego przywiązania do etatu w stronę dynamicznej giełdy talentów, która promuje wybitność, a eliminuje apatię. Bez mechanizmów realnej weryfikacji umiejętności kadry uczelnie staną się muzeami nauki zamiast centrami innowacji – pisze prof. Maciej Wnuk, prodziekan ds. nauki Wydziału Biotechnologii w Collegium Medicum Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Od lat w polskiej przestrzeni akademickiej trwa debata nad mechanizmami promującymi jakość i innowacyjność. Mimo licznych reform podejmowanych przez kolejne rządy, proponowane zmiany często okazują się kompromisami odzwierciedlającymi interesy dominujących w danym czasie grup wpływów. W efekcie, zamiast radykalnej poprawy jakości, obserwujemy utrwalanie się systemowych wad.
Niezależnie od opinii na temat kondycji polskiej nauki panuje zgoda co do jednego: sektor ten cierpi na chroniczne niedofinansowanie. Na przełomie 2025 i 2026 roku nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe w Polsce oscylują wokół 1,0–1,1% PKB. To wynik drastycznie niższy od średniej unijnej (ok. 2,3%) i daleko odbiegający od liderów innowacji, takich jak Dania, Niemcy czy USA, gdzie nakłady te przekraczają 3%. W obecnej sytuacji geopolitycznej zamiast poprzestawać na corocznych protestach i petycjach, należy postawić także pytanie: jak w sposób racjonalny i efektywny wykorzystać środki, którymi już dysponujemy?
Finansowanie a rzeczywistość akademicka
Uczelnie publiczne funkcjonują głównie w oparciu o zintegrowaną subwencję z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Algorytm naliczania jej wartości dla uczelni obejmuje m.in. składnik studencki, kadrowy, badawczy oraz umiędzynarodowienie. Kluczowym problemem jest jednak tzw. składnik kadrowy. Uzależnienie części finansowania od samej liczby zatrudnionych profesorów i doktorów habilitowanych sprawia, że uczelniom opłaca się utrzymywać tzw. samodzielnych pracowników nauki, nawet jeśli ich aktywność badawcza wygasła lub jest niska.
Hierarchiczna struktura polskiej nauki boryka się z kryzysem, który można określić mianem akademickiego feudalizmu. Autonomia uczelni, sama w sobie bardzo cenna, bywa wykorzystywana do unikania bolesnych, lecz koniecznych restrukturyzacji. Efektem jest blokowanie etatów przez osoby trwające w systemie. Zjawisku temu towarzyszyć mogą patologie etyczne, takie jak guest authorship (dopisywanie się do publikacji podwładnych). Wykorzystywanie hierarchii do budowania sztucznego dorobku niszczy relację mistrz–uczeń i promuje osoby, które nie wniosły realnego wkładu w rozwój wiedzy.
Kolejną barierą jest zastój kompetencyjny. Potrzeba znajomości nowoczesnych technik badawczych przez kadrę, szczególnie w dziedzinach nauk inżynieryjno-technicznych, nauk medycznych i nauk o zdrowiu, nauk rolniczych, nauk ścisłych i przyrodniczych, nauk weterynaryjnych, jest warunkiem sine qua non przetrwania uczelni jako instytucji naukowo-dydaktycznej. Bez tego uniwersytet produkuje bezrobotnych teoretyków, zamiast innowatorów zdolnych rozwiązywać globalne problemy. Jednocześnie bez mechanizmów realnej weryfikacji umiejętności kadry uczelnie ryzykują stanie się muzeami nauki zamiast centrami innowacji.
Wada obecnego systemu ocen
Zgodnie z art. 128. ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce ocena okresowa pracownika odbywa się co najmniej raz na cztery lata. Teoretycznie ocena zależy od decyzji uczelni, a zatem w skali kraju jest zdecentralizowana. Jednak na poziomie uczelni system ten jest głęboko scentralizowany. To rektorzy i senaty ustalają kryteria oceny w swoich jednostkach, a jednocześnie kryteria te są nieporównywalne między ośrodkami – dobry naukowiec może na jednej uczelni być oceniany gorzej niż przeciętny pracownik na innej, stosującej łagodniejsze mierniki.
Skoro stawki minimalne wynagrodzeń są regulowane ustawowo, a środki pochodzą z budżetu państwa, dlaczego kryteria oceny jakości pracy mają pozostawać uznaniowe? Wprowadzenie Centralnego Systemu Oceny mogłoby stać się katalizatorem innowacyjności, gdyż kryteria byłyby standaryzowane dla kraju i jednakowe dla każdego, bez względu na wielkość, typ i ogólnie rozumiany prestiż uczelni. Dalej, jeśli naukowiec byłby oceniany według tych samych wskaźników w całym kraju, łatwiej byłoby mu zmieniać miejsce pracy. Następnie, uczelnie nie tworzyłyby regularnie skomplikowanych regulaminów wewnętrznych, co odciążyłoby działy kadr i rady naukowe. Konsekwentnie centralny krajowy system mógłby wzmocnić rolę naszych publikacji naukowych w obiegu globalnym, co przynajmniej w teorii podniosłoby prestiż i widoczność polskiej nauki na świecie.
Postulat centralizacji: kierunek na giełdę talentów
CSO pozwoliłby na stworzenie ogólnopolskiego standardu doskonałości. Naukowiec z wysoką oceną, porównywalną w skali kraju, stawałby się atrakcyjnym kandydatem do transferu między uczelniami, co wymusiłoby zdrową konkurencję o talenty (headhunting). CSO wzmocniłby także tzw. trzecią misję, ponieważ realny wpływ na gospodarkę (wdrożenia, patenty, start-upy) mógłby premiować wyżej niż masową produkcję teoretycznych artykułów o niskim znaczeniu. W końcu CSO pozwoliłby na opracowanie przejrzystej standaryzowanej ścieżki kariery (tenure track). Jasne, sześcioletnie – cztery lata to chyba jednak za krótki okres – cykle awansowe wzorowane na modelach zachodnich, gdzie utrzymanie zatrudnienia zależy od obiektywnych wyników, a nie nastroju rady wydziału. Przewidywalność kariery pozwala skupić się na długofalowych innowacyjnych badaniach zamiast na produkowaniu szybkich publikacji dla zadowolenia lokalnej komisji oceniającej. W końcu CSO pozwoliłby na sporządzanie tzw. benchmarkingu międzynarodowego. System taki mógłby być automatycznie zintegrowany z globalnymi bazami danych (jak Scopus czy Web of Science). Pozwoliłoby to na bieżąco weryfikować, jak polscy naukowcy wypadają na tle kolegów z Czech, Niemiec czy USA w tej samej dyscyplinie.
Podsumowując, wprowadzenie centralnej oceny nie musi oznaczać zniszczenia autonomii uczelni. Ostateczna decyzja o zatrudnieniu czy profilu badań pozostałaby w gestii jednostki, jednak ocena aktywności i efektywności pracowników stałaby się porównywalna w skali kraju i świata. W obliczu ograniczonych zasobów finansowych, jedyną drogą do innowacyjności jest profesjonalizacja kadr. Polska nauka potrzebuje przejścia od feudalnego przywiązania do etatu w stronę dynamicznej giełdy talentów, która promuje wybitność, a eliminuje apatię.
Maciej Wnuk
Centralizację, przypominam, już mieliśmy za Komuny i zaraz po niej! Może decentralizacja (tylkoco to miałoby oznaczać.
Proponuję, taką na począte: począwszy od niezreformowanych instytutów PAN, likwidacja Rad Uczelni, lewych uczelni i wilcze bilety dla tamtejszej kadry (np. takich jak Koleżkom Tumanom czy takiej: https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2026-02-22/semestr-studiow-zaliczony-w-godzine-collegium-humanum-to-przy-tym-pikus/) oraz jednolity system finansowania i nagradzania pracowników za bycie wybieranym a nie mianowanym na różne funkcje, + jeden tytuł Profesora w stylu Akademii Francuskiej a nie te podwórkowe, rezydenckie czy np. wizytujące, na pewno ukróciłoby coraz bardziej dominujące, oligarchiczno-białoruskie, klimaty w nauce Polskiej, która jest częścią (póki co) UE!
Z paroma uwagami można sie zgodzić... Tylko jak dbać o jakość badań, jeżeli w naszym bagienku znów planuje sie promowanie publikacji w czasopismach krajowych. Będzie to pokusa dla młodych (i nie tylko), a juz widzę jak doceniają to recenzenci grantów ERC. Problem jest tez w tym, że zarobki sa spięte z awansami. Dajmy godnie zarobić doktorom, technicznym ( nie każdy musi i chce być profesorem) to będzie można tworzyć efektywne zespoły, które będą mogły konkurować z resztą ...
Może zacznijmy sprawdzać dorobki ekspertów w PAK-a, KEN-ie i innych zespołach, które oceniają dyscypliny czy kierunki. Osoby bez jakichkolwiek osiagnięć naukowych czy dydaktycznych, oceniają pracowników o wielokrotnie wartościowszym dorobku. Skończmy z karierami Dyzmów naukowych. To już będzie krok w dobrym kierunku.
Przecież to, o czym pisze Autor już się dzieje. Każdy naukowiec jest już jednolicie oceniany za pomocą punktów ministerialnych za publikacje, IFów, Hirschów, itp.
Jednak jak rozumiem Autor dodatkowo proponuje, żeby podczas oceny pracowniczej wszystkie uczelnie miały taki sam próg oceny. Czyli jeśli ktoś się nadaje na Uniwersytet Rzeszowski czy Koszaliński to automatycznie nadaje się też na Uniwersytet Warszawski? Na pewno zwiększyłoby to znakomicie mobilność, bo wszyscy z Warszawy przenieśliby się natychmiast do Rzeszowa i Koszalina :-)
Człowieku w jakim ty świecie żyjesz. W dzisiejszych czasach ogromnym problemem jest już rekrutacja doktorantów do projektów. Nawet oferując 5 tys. ponad stypendium podstawowe, dostaje się zgłoszenia od samych Hindusów. A ten chce jeszcze śrubę dokręcić i wszystkich zniechęcić do tego zawodu.
No wlasnie powyższe problemy są efektem braku tego, o czym "człowiek" pisze...
Nikt nie chce do nas zjechac, bo jesteśmy mentalnym grajdołkiem.
I rób tu nauke, skoro panie z kadr nie ogarniają zwykłej umowy a w placach pensji...a władze przeżywaja orgazmy przy 200 pkt. publikacyjkach bo im się sloty wypełniają ;-)
A pany profesory obrażaja jak im się w pas nie pokłonisz.
Coś pominęłam?
Centralizacja oceny zdaje się nie rozwiąże tego problemu.
Abstrahując od meritum, wzruszyło mnie automatyczne zintegrowanie z globalnymi bazami danych. Oczami duszy już widzę jak OPI to integruje. Dobrego wszystkim
Nie bądź pesymistką Aniu. Nowe idzie (ok odkurzone) będzie lepiej...ale jak to zobaczymy
Najbardziej skuteczna zachęta to odpowiednie wynagrodzenie i realna możliwość zdobywania grantów . .Bez tego nawet najbardziej ambitny naukowiec się wypala a młodych, tych najzdolniejszych zachęcić do pracy na uczelni jest coraz ciężej. I tu dokręcanie śrubki nic nie pomoże
Nauka nie może też być rezerwuarem "umów śmieciowych". Być może może tak być "musi", ponieważ nikt nie ma czasu zastanowić się nad optymalnym rozwiązaniem, ale rozsądnych ludzi to z pewnością do nauki nie przyciąga.
Jeżeli mechanizmy promujące jakość i innowacyjność badań nadal będą oparte o punktozę, a nie o ich aplikacyjność, to nic to nie zmieni. Od kręcenia chohlą w kotle w różną stronę i z różnymi prędkościami smak tej zupy się nie poprawi.
Od kilku lat istnieje święte przekonanie, że liczenie punktów w coraz to doskonalszy sposób (tzn. korzystny dla jednej lub drugiej grupy) w cudowny sposób podniesie i jakość i innowacyjność naszej nauki.
Ważne i innowacyjne badania, przynoszące korzyść finansującemu te gry i zabawy społeczeństwu, raczej nie rozpoczynają i nie kończą swojego żywota w postaci publikacji a np. wdrożeń. Te raczej jest trudniej liczyć o ile są. Dyskusja jednak musi się toczyć, przeciągnąć kołderkę bardziej w tą lub inną stronę.
Ok, zrob wdrożenie w filologi polskiej ...powodzenia
Barfzo ciekawe jak wybor rektora determinuje wszystkie inne stanowiska i tworzy cesarstwo pod pozorem wspopracy. Jak pensje sa podwyzszane tylko dla tego ze pensja asystenta szoruje po najnizszej krajowej. Mowi sie ze nie ma sie czego wstydzic. Niektorym wydaje sie ze pomimo tego nasza nauka jest na wysokim poziomie. To wszystko pozory. Nauka i dydaktyka. Zejdzmy na ziemie i zacznijmy reforme od gory od rektoratow i administracji. Wszak ryba psije sie od glowy. Zamiast komplikowac system tak aby nikt noe wiedzial skad sie ta ocena wzięla zacznijmu od uproszczeń i pelnej przejzystosci co do recenzji w konkursach. I weryfikacji kompetencjo recenzentow. Poprze mozliwosc odwolania sie. Szkoda gadac
Czy mógłby Autor nam przybliżyć ten "ogólnopolski standard doskonałości"?
Może być na przykładzie sportowców z różnych dyscyplin. To może być zabawne.
Na nauce prosiłbym jednak w taki sposób nie eksperymentować. Nie wypada.
Centralizacji ciąg dalszy. Ten Pan chyba ma za mało pracy, że ma czas wymyślać takie idiotyzmy i je promować.
To już było w czasach PRL. CZYŻBY wracała ideologia marksistowsko-leninowska.
Panie Ireneusza, ta zaraza nigdy nie odeszła
:( niestety.... Homosowieticus nadal u władzy.
Dobry system wyborów oparty o elektorów, to podstawa sukcesu. Nie trzeba mieć większości wystarczy mierny wierny bierny!
Tak złej i szkodliwej propozycji to już dawno nie było. Propozycja ta to przepis na prekaryzację i stworzenie z naukowców nomadów co w konsekwencji doprowadzi do dalszej pauperyzacji naukowców. Pomimo habilitacji, ja bym wysiadał, ale jestem z IT więc ewakuacja byłaby dla mnie progresem finansowym
Nie wydaje mi się, że w obecnych czasach ewakuacja do IT jest taka prosta a pensje tak wysokie. Odkąd AI zaczęło robić rewolucje na tym rynku to raczej firmy pozbywają się pracowników a tytuł dr hab nie jest im do niczego potrzebny. To, że ktoś wymyślił algorytm, którgo zazwyczaj nikt inny oprócz twórcy nie wykorzystuje, dla firm nie jest żadnym wabikiem.
Pełna zgoda
Kolejna osoba chciałaby coś centralizować, to jakaś mania ostatnio nastała. A trzeba robić dokładnie na odwrót.
Centralizacja kończy się tym, że podmiot mający centralnie zarządzać staje bezradny wobec ogromu materii, nad którą musi zapanować. Widać to najlepiej po NCN-ie - nie jest w stanie nawet zapewnić ekspertów znających się na składanych wnioskach, zastępuje ten brak jakimiś dziwacznymi a ciemnymi procedurami. Pan profesor wygląda na osobę, która pamięta choć trochę czasy, gdy państwo centralizowało całą gospodarkę - i historia chyba ponad wszelką wątpliwość wykazała nieskuteczność takiego systemu, a mit boskiego Zachodu, który wtedy powstał, działa nawet do dziś (co czasem na tym forum przebija). Zresztą, jeśli scentralizować ocenę pracownika, to jak - według takich doskonałych reguł, wg których się dziś prowadzi ewaluację? Wolne żarty.
A w tym, żeby sobie poszukać mądrego pracodawcy, gdy się ma głupiego, naprawdę żaden Centralny System Ocen nie pomoże. Pomijam, że musiałby pan jeszcze dla kompletności stworzyć Centralny System Ocen Pracodawców w Nauce i Centralny System Dopasowania Kadr do Pracodawcy.
W obecnej sytuacji: marnych zarobków, przeciążenia dydaktyką i braku finansowania badań naukowych, co zmusza do nieustannego i prawie zawsze bezskutecznego pisania wniosków grantowych (marnuje się na to co najmniej połowę czasu, potencjału intelektualnego i sił fizycznych), etat jest jedyną zaletą pracy na uczelni. "Dynamiczna giełda talentów" to kiepski żart. Już widzę te "talenty", zatrudniane na rocznych kontraktach i migrujące między uczelniami, na których oferuje im się 4500 PLN brutto. Aktualnie selekcja jest negatywna i na uczelni zostają miernoty, beztalencia i nieudacznicy.
Diabeł bardzo często tkwi w szczegółach.
Tutaj na przykład nie jest dla mnie do końca jasne, co Autor ma na myśli pisząc „cykle awansowe wzorowane na modelach zachodnich, gdzie utrzymanie zatrudnienia zależy od obiektywnych wyników, a nie nastroju rady wydziału.”
Wcześniej natomiast pojawia się termin 'tenure track'. Tak więc ostatecznie nie wiadomo, czy jest tutaj sugerowane zatrudnienie na kontrakcie stałym ('tenured'), czy nie. A to jest dosyć ważna kwestia w rozważaniach dotyczących ścieżki kariery.
To są jakieś jaja. Szkoda, że pan profesor pisze to wszytko nie ruszając się z uniwersytetu rzeszowskiego. Cała kariera na tej uczelni. Przy tym syn profesora.
W punkt!!!
Czytając te propozycje czuję złość. Proszę Pana, może zacznie Pan od swojego podwórka, proszę zobaczyć czy Państwa pracownicy (no dajmy na to z nauk biologicznych) przeszliby ocenę taką jaka funkcjonuje na innych uczelniach. Proszę również zastanowić się, czy pracownik naukowo-dydaktyczny to towar i czy towarem staje się z przymusu, po czym trafia na giełdę. Proszę również osadzić to w kontekście życia osobistego i wymiaru pracy. Nie każdy traktuje wydział jak dom, a dom jako miejsce, w którym bywa się od czasu do czasu. Nie każdy wreszcie lubi się co chwilę przeprowadzać, co pewnie dobrze też obrazuje sytuacja Pana uczelni (choć byli wieloetatowcy, których nigdy nie dało się zastać, zawsze byli gdzieś indziej i nawet ludzie z tej samej katedry nie widzieli tych osób nigdy na oczy). Wreszcie proszę pomyśleć o feudalizmie z własnego podwórka (wink wink).
Proszę tego nie traktować osobiście. Chodzi jedynie o to, że aby być demagogiem, najpierw dobrze rozważyć, czy własne otoczenie jest na tyle czyste, by pouczać innych.
"W obliczu ograniczonych zasobów finansowych" zacznijmy najpierw oceniać dziadostwo płac tych co pracują w nauce w skali kraju i świata. Później jak ocenimy dziadostwo za które robią naukowcy i porównamy ze światem może być ocena aktywności i efektywności pracowników. Spróbujmy ocenić dziadostwo na pracownika w skali kraju i świata, a jak będziemy mieć liczby, to zobaczymy, czy ci co pracują w nauce za minimum nie wykonują tytanicznej pracy s stosunku do świata. Teraz to widzę, że następny co to się nadyma na skale kraju i świata chce oceniać i z pewnością chce załapywać się do komisji by być bliżej źródełka, które szybko wysycha i trzeba rozpychać się nogami i łokciami by jakieś ochłapy wyrwać dla siebie. Do jakiego dziadostwa doszliśmy w nauce, kraj niby się rozwija, a nauka zwija i co rusz to nowe komisje, zespoły, rady i gremia adoracyjne by tylko załapywać się do korytka.
Kilka lat obserwowałem jak funkcjonuje uczelnia od wewnątrz więc zakładam, że całej góry lodowej wzrokiem nie objąłem. Ale poziom braku sprawczości wspartego chocholim tańcem naprawdę nie widziałem nigdzie indziej. Każde zebranie - czy to katedry, wydziału czy spotkanie z kandydatami na Rektora - wałkowanie ciągle tych samych problemów, dyskutowanie co byłoby lepsze a po wybiciu godziny zakończenia spotkania każdy udawał się do swojego pokoju nie podejmując żadnych prób zmiany rzeczywistości. To środowisko jest tak przeżarte sztucznymi etatami dla uchylających się od służby wojskowej, ludźmi wypalonymi, bez ambicji, bez "iskry" poszukiwania czegoś nowego, że tak naprawdę tu nie ma czego ratować.
Przeszedłem do przemysłu (swoją drogą na rozmowie kwalifikacyjnej przyzwyczajony do "standardów" zaproponowałem stawkę dużo poniżej dolnych widełek na tym stanowisku) i wszystko zmieniło się o 180 stopni. Szybkie decyzje, terminy, weryfikacja własnej pracy, godne warunki i spokój po wyjściu z biura o 15:00. Nigdy nie wrócę.
Jak widać idee wydawałoby się dawno minione wracają z siłą tajfunu. Centralizacja to początek, potem już z górki: plany pięcioletnie, kolektywizacja .....