Stałem się obiektem szantażu moralnego. Skoro jestem historykiem w Polskiej Akademii Nauk, to taki protest powinienem podpisać, a jeżeli nie podpisuję, to wytłumaczyć się publicznie ze swojej decyzji. Absurd sięgnął zenitu! – pisze prof. Robert Traba, historyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN, dyrektor-założyciel Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie i wieloletni współprzewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, zastanawiając się, jak doszło do tego, że wobec wątpliwości dotyczącej publikacji naukowej dr. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe zamiast poważnej debaty i recenzji – choćby krytycznych – mamy szum medialny i walkę na petycje.
Lawina zaczęła przybierać na sile, gdy w połowie listopada Dom Polsko-Niemiecki w Berlinie postanowił zaprezentować książkę dr. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe Polnische Bürgemeister und der Holokaust. Besatzung, Verwaltung und Kollaboration (Polscy burmistrzowie i Holokaust. Okupacja, administracja i kolaboracja). Po interwencji polskiej ambasady wycofano się z tego pomysłu. Później było już tylko gorzej. Z jednej strony pojawiły się oskarżenia o polską polityczną cenzurę, z drugiej o niemieckie szkalowanie społeczeństwa polskiego o współudział w zbrodni Holokaustu. Na koniec powstał rodzaj petycji, apel zatytułowany: List otwarty dotyczący stygmatyzacji polskich ofiar niemieckiego nazistowskiego reżimu i bezczeszczenia pamięci żydowskich ofiar holokaustu, przygotowany przez warszawską Fundację Kulskich. Jego treść została zamieszczona na oficjalnej stronie Polskiej Akademii Nauk. Ja sam stałem się obiektem szantażu moralnego. Skoro jestem historykiem w PAN, to taki protest powinienem podpisać, a jeżeli nie podpisuję, to wytłumaczyć się publicznie ze swojej decyzji. Absurd sięgnął zenitu!
Przez półtora roku książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe o polskich burmistrzach w Generalnym Gubernatorstwie, mimo że była w otwartym dostępie, nie doczekała się dyskusji. IPN kazał ją przetłumaczyć, następnie powstała najpierw ekspertyza, a potem bardzo krytyczna recenzja autorstwa dr. Damiana Sitkiewicza. Na koniec część środowiska (również dobrzy historycy) dostali wzmożenia obrony polskości przed jedną książką, która rzekomo nie tylko narusza prawdę historyczną, ale też szkaluje godność Polaków, i podpisali wspomniany protest. Scenariusz działania przypominał historię Dalej jest tylko noc (2018) pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego, kiedy IPN powołał quasi grupę śledczą, by udowodnić szkalowanie narodu polskiego. Pojedyncze osoby zaczęły oskarżać autorów o naruszenie godności.
Nie wykluczam, że Rossoliński-Liebe się myli, popełnia błędy, może jest tendencyjny, bo zbyt szablonowo (co znam z wcześniejszych publikacji) traktuje kolaborację, nie odróżniając jej np. od funkcjonalnej współpracy (Dieter Pohl) na terenach okupowanych. Tylko gdzie jest naukowa riposta? Publiczna debata? Zwyczajna debata naukowców, którzy znają temat? Dlaczego, skoro temat był i jest tak ważny, tak długo leżał badawczym odłogiem? Jak to się dzieje, że dr Damian Sitkiewicz, historyk z IPN – sądząc po publikacjach – z niewielkim doświadczeniem badawczym (wcześniej Instytut Pileckiego, doktorat w Uniwersytecie Przyrodniczo-Humanistycznym w Siedlcach w grudniu 2024) staje się aż takim autorytetem, że wyznacza standard polskiej historiografii w odniesieniu do badań nad Holokaustem i niemiecką okupacją? Naprawdę nikt więcej tym tematem się nie zajmuje?
Gdy przed laty Grzegorz Ossoliński-Liebe napisał krytyczną biografię Stepana Bandery, to większość tzw. środowiska historycznego cieszyła się, że wreszcie ktoś dał odpór „ukraińskiemu nacjonalizmowi”. Fragmenty książki z lubością cytowane były na prawicowych portalach. Przy okazji wytykano polityczne traktowanie historii w Ukrainie (i słusznie), bo Rossoliński-Liebe stał się persona non grata u naszego wschodniego sąsiada.
A teraz co? Czy za pomocą petycji chcemy uprawiać historię? Kto z sygnatariuszy petycji przeciw książce zna niemiecki? Kto przeczytał ponad tysiącstustronicową (!) książkę i z pełną odpowiedzialnością może powiedzieć, że jest ona antypolskim paszkwilem? Na jakiej naukowej podstawie PAN umieszcza na swojej stronie list otwarty Fundacji Kulskich? Czy zasięgnięto opinii kompetentnych badaczy, np. z Instytutu Historii PAN, Instytutu Filozofii i Socjologii PAN czy Instytutu Studiów Politycznych PAN? Polska Akademia Nauk nie jest monolitem. Składa się z kilkudziesięciu samodzielnych instytutów. Czyżbyśmy ze standardów naukowej krytyki przechodzili na konkurencję emocji i petycji? Na koniec szantaż w jednej z lokalnych gazet, która zażądała ode mnie wytłumaczenia się, z jakiego powodu nie podpisałem petycji. W domyśle była sugestia, że skoro jestem historykiem, to mam moralny obowiązek to zrobić. Otóż nie.
W 2016 roku wspólnie z prof. Anną Wolff-Powęską i dr Katarzyną Woniak wydaliśmy książkę Fikcyjna rzeczywistość. Codzienność, światy przeżywane i pamięć niemieckiej okupacji w Polsce (Warszawa – Berlin: ISP PAN i CBH PAN). Była ona pokłosiem całodziennego sympozjum na XIX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Szczecinie w roku 2014. Mój artykuł wprowadzający O potrzebie nowych badań nad niemiecką okupacją w Polsce w czasie II wojny światowej ukazał się także w czasopismach po polsku i niemiecku. Postulowaliśmy m.in. właśnie większe pochylenie się nad badaniami nie tyle działań wojskowych, partyzanckich, co życia codziennego, postaw społeczeństwa polskiego, które tak trafnie wyraził Kazimierz Wyka tytułem swojej książki Życie na niby, i które prekursorsko już w latach siedemdziesiątych badali i opisywali tacy historycy jak Czesław Madajczyk, Czesław Łuczak czy Tomasz Szarota.
Po dekadzie od czasu wydania Fikcyjnej rzeczywistości…, oprócz intensywnych badań wokół problematyki Zagłady, nasze postulaty pozostają aktualne. W 2014 roku dorobek IPN-u w dziedzinie badań nad codziennością okupacji był niewielki. Potem był wielki inaczej, bo zamiast badaniami Instytut bardziej zajmował się pseudo prawnymi ustaleniami mającymi niby chronić Polaków przed szkalowaniami. Wsparcie Instytutu Pileckiego niewiele pomogło. Postulowaliśmy przed 10 laty, by w Polsce powstał Międzynarodowy Ośrodek Badań nad Okupacjami. Żaden demokratyczny kraj w Europie nie ma tak dramatycznych doświadczeń wojennych jak Polska. Być może mamy też jedną z najbogatszych baz źródłowych. Gdyby powstał taki ośrodek, z pewnością mielibyśmy już niezły krytyczny dorobek badawczy. Powstałby on nie w oparciu o „historię życzeniową” czy – jak pisał profesor Krzysztof Pomian – „historię urzędniczą”, lecz rzetelne, wielostronne badania. Na pewno byłyby lepsze niż apele i petycje. Tym bardziej, że właśnie z Niemcami mamy znakomitą tradycję dyskusji na najtrudniejsze tematy od lat siedemdziesiątych, od czasów powstania Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej Historyków i Geografów. Tyle, że dialog przestał być w cenie. Wbrew sceptykom uważam, że książka Rossolińskiego-Liebe może być dobrym impulsem do krytycznej debaty, tym bardziej, że jej echa pojawiają się zarówno na portalach internetowych, jak w mediach głównego nurtu w Polsce i w Niemczech.
Robert Traba
Dialog, czyli monolog. Tak najkrócej mógłbym podsumować opinie, bo przecież nie jest to recenzja, pana profesora Roberta Traby na temat książki Rossolinskiego-Liebe. De facto jest to zbiór zarzutów, krytyki, właściwie nie podpartej jakimikolwiek merytorycznymi argumentami. Za takie trudno uznać przecież stwierdzenie: Nie wykluczam, że Rossoliński-Liebe jednak się myli, popełnia błędy, może jest tendencyjny, bo zbyt szablonowo [...] traktuje kolaborację. Trudno uznać za przykład poważnej debaty, zarzut wysunięty wobec autora najobszerniejszej dotąd recenzji, dr. Sitkiewicza, historyka z IPN (czy to go dyskwalifikuje, czy jedynymi obiektywnymi są historycy z PAN?), że jest historykiem z "z niewielkim doświadczeniem badawczym", że zrobił doktorat w Siedlcach" I w podtekście, jak można kogoś takiego uważać za autorytet w tej sprawie, a już na pewno nie może on wyznaczać standardu w polskiej historiografii. A na czym polega ten standard, pani profesorze? Kto jest gwarancją obiektywizmu? Może jakieś nazwiska? Jakiegoś kompetentnego historyka? Sitkiewicz nie jest, jak rozumiem, kompetentny. Kto jest zdaniem pana profesora kompetentny? Ktoś z 40-letnim stażem? Ktoś, kto popełnił 50 artykułów i 5 książek na temat niemieckiej okupacji w Polsce? Za taki nie uważa pan IPN, do końca nie wiadomo jakim prawem. Nie wyjaśnia pan tego, nie podaje dowodów. Po prostu pan stwierdza, i to ma wystarczyć. Czy to przykład powagi i rzetelności? Pański tekst odebrałem ze smutkiem. Nic pan tak naprawdę nie wyjaśnia. Nic nowego pan nie wnosi do dyskusji na temat badań nad okupacją niemiecką w Polsce. Powołuje się pan na apel sprzed 12 lat, a od tego czasu naprawdę wiele się w nauce zmieniło. Najbardziej rozczarowujące jest jednak to, że nie przedstawia pan swojej recenzji książki Rossolińskiego-Liebe. W to miejsce niczym młot na heretyków, naukowych oczywiście, rozdziela pan razy na lewo i prawo. Pełna zgoda, że apele i petycje to droga donikąd. To najczęściej publicystyka. Gdzie są jednak wspomniane wielostronne badania? Czy to nie dowód na myślenie życzeniowe z pana strony? Gdzie poważne teksty kompetentnych badaczy po niemieckiej stronie? Dotąd właściwie nic takiego się nie ukazało, a trudno za takie uznać publikacje w wysokonakładowych niemieckich tygodnikach (Hentschel, Pohl i inni), nawet jeżeli są krytyczne wobec tej książki. Po niemieckiej stronie są też apele, są zaklęcia, z lubością publikowane na stronie portalu Deutsche Welle (to nie jest zdaje się naukowe źródło) zarzuty, że krytykują książkę historycy rządowego IPN-u, środowiska skrajnie nacjonalistyczne, jak z lubością powtarza ten frazes prasa kraju, w którym skrajny nacjonalizm, szowinizm, o rasizmie nie mówiąc, były obecne, a może i nadal są, nawet w nauce. Zamiast argumentów ad rem, najczęściej królują argumenty ad personam. W całkiem podobnym duchu wypowiada się sam Rossolinski-Liebe. Właściwie nie podjął poważnej polemiki, albo w ogóle jej nie podjął z zarzutami skierowanymi pod swoim adresem, a są one naprawdę ciężkiego gatunku. Warto zapoznać się nie tylko z ponad tysiąc stronicową książką Rossolinskiego-Liebe, co, mam nadzieję, pan uczynił, ale również z recenzją Sitkiewicza, która, gdyby był on recenzentem, zapewne Rossolinski -Liebe nie dostałby stopnia doktora habilitowanego także w Niemczech. Czy ktoś czytał, widział recenzje książki autorstwa recenzentów powołanych przez Freie Universität Berlin? Nigdzie nie są one publicznie dostępne? Czy ich fragmenty opublikował wydawca De Grutyer? Jeśli tak, to trudno je uznać za przykład obiektywnej krytyki naukowej. A przecież FU broni książki i jej autora „niczym niepodległości".
Panie profesorze, w Polsce jest wystarczająco dużo osób, które znają język niemiecki, są też osoby, które przeczytały książkę Rossolinskiego-Liebego od okładki do okładki, zapoznały się z warsztatem badacza, z metodologią, ze źródłami, z hipotezami badawczymi, z konkluzjami, i na tej podstawie potrafią ocenić tę pracę, Nie trzeba się "pochylać" wcale nad każdym słowem, każdą frazą, obracając ją na wszystkie strony. Rzetelny recenzent jest w stanie stwierdzić po pierwszej, zwykle powierzchownej lekturze, czy dzieło kwalifikuje się na pracę naukową, czy nie. To oczywiście za mało na konkluzję końcową. Jego obowiązkiem jest zweryfikować pracę autora. Tego nie zapewni żaden ośrodek, który, być może w przyszłości powstanie. Współczuję panu, ze, jak pan pisze, stał się pan obiektem szantażu moralnego, bo nie podpisał pan jakiegoś apelu. Czy jednak pańskie luźne dość refleksje, są w stanie być przeciwwagą, czy są w stanie stać się impulsem do krytycznej debaty? Śmiem twierdzić, że nie, że to są typowo pobożne życzenia. Nie ma pan żadnego moralnego obowiązku, aby podpisywać apele, z którymi się pan nie zgadza. Jest pan od nich zwolniony. Moralnym obowiązkiem naukowca jest bycie niezależnym, wolnym od jakichkolwiek nacisków, z którejkolwiek by nie pochodziły strony. Dewizą kompetentnego naukowca powinna być sentencja, iż prawda jest mu miła, a nie miłość Platona. I na koniec wyjaśniam, też nie podpisałem żadnych petycji i apeli. Dr Sitkiewicz ani mi brat, ani swat, ale też nie odsadzałbym go od czci wiary, bo kończył historię w Siedlcach, czy też, że pracował w Instytucie Pileckiego. A gdyby teraz dostał tam pracę, to, czy ten zarzut byłby aktualny? Nie rozumiem też, dlaczego PAN nie może umieszczać listu Fundacji Kulskich. A na jakiej podstawie, uważa pan, że tego nie może, i co jest w tym apelu takiego, co budzi pana nie tylko moralny, ale przede wszystkim naukowy sprzeciw? Z niecierpliwością czekam ma pańską recenzję książki Rossolinskiego-Liebe.
Ps. W poprzedniej wersji dostrzegłem literówki - tego zdania oczywiście proszę nie publikować.
Zgadzam się w pełni z tezami tego artykułu i dodałbym coś jeszcze:
"... wyznacza standard polskiej historiografii w odniesieniu do badań nad Holokaustem i niemiecką okupacją?",
"... wreszcie ktoś dał odpór „ukraińskiemu nacjonalizmowi”
tak to jest jak zamiast historii jest 'polska historia', 'ukraińska historia' itd. a zamiast ogólnej debaty i ogólnego standardu historiografii jest 'standard polskiej historiografii', itd. - to nie wiadomo, na ile to jest nauka, a na ile polityka lub (jak słusznie zauważa dyskutant niżej) publicystyka.
Potem mamy pretensje, że humanistykę inne nauki traktują protekcjonalnie jak upośledzonego kuzyna.
A czy istnieje coś takiego jak niemiecka historia? Czy państwo niemieckie prowadzi politykę historyczną, niekiedy posuwając się do paskudnych kroków? Tak czy nie?
Państwo niemieckie prowadzi politykę historyczną i to bardzo agresywnie. Polska polityka historyczna jest natomiast łatwa i prosta: cokolwiek się na ziemiach polskich złego wydarzyło w czasie okupacji, jest wyłączną winą okupanta. Kropka. Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Niemiecka jest skomplikowana, jak tłumaczenie przyłapanego złodzieja. To także oczywiste. Dialog?
Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech żyją jednak ludzie normalni, ale także tacy, którzy czytają plotkarskie gazetki, tudzież dzieła nawiedzonych historyków, którzy ze strzępów prawdziwych i nieprawdziwych informacji próbują opisać prawdziwe dzieje ludzkości, lecz jest to zadanie niewykonalne, o czym sami powinni dobrze wiedzieć. Historia to taka nauka jak zbieranie znaczków. Ma swoją wartość, ale bardzo ograniczoną i nie jest dobrze kiedy dla nienależnych korzyści staje się propagandą.
Historia nie jest nauką o przeszłości tylko sztuką kształtowania przyszłości, tak przynajmiej dyscyplinę tę pojmują Niemcy. A Polacy? Czy Polacy choć o tym wiedzą i potrafią wyciągnąć wnioski?
Aktualnie przyszłość kształtuje nam trampek, i to zdecydowanie w oderwaniu od historii. Proszę więc przestać powtarzać to komunały, a przede wszystkim oddzielić politykę o reszty.
PANstwo samozwańcze...
Tak, ale Niemcy są o krok do przodu opierając hierarchię w państwie na mocniejszych podstawach.
"Polityka historyczna" to, jak sama nazwa wskazuje, polityka. Czyżby patrząc na świat z PANskiej perspektywy można tego nie pojmować?
Była taka piosenka Młynarskiego o dialogu pomnika Prusa z gołębiami. Kończyła się słowami: Trudny dialog...
Szanowny Panie Profesorze,
a jakiż to dialog można prowadzić z kimś, kto drzazgę widzi w oku brata, a belki we własnym nie dostrzega?
Czy nie lepiej dziś porozmawiać o naszym współudziale w zbrodniach w strefie Gazy? My wysyłamy trotyl, Niemcy broń i amunicję, Wielka Brytania dane wywiadowcze i żołnierzy, USA pieniądze i broń,?
"Nigdy więcej"?
Milcząc dzisiaj jesteśmy współwinni.
O tym porozmawiajmy, a nie o tym, że doktor Oetker albo Kowalski ulegli kiedyś tam pod groźbą, a może pokusie, a powinni protestować.
Niektórzy historycy opłacani niemieckimi pieniędzmi są zdolni napisać, że generalną gubernią pod panowaniem niemieckich nazistów rządzili Polacy będący pod okupacją niemiecką a później sowiecką żydo komuną. Aż do 1956 roku. Dlaczego niektórzy za pieniądze zrobią wszystko, nawet kosztem prawdy i polskiej historii.
I co z tego? To zwykła publicystyka, a my żyjemy w wolnym kraju.
Dlaczego zaś publicystyka? Gdyż "krytyka źródeł" to nie badania tylko polemika, "interpretacja" (tychże) to nie wnioskowanie tylko subiektywny odbiór, a cała ta humanistyka to nie nauka.
A może ktoś przetłumaczy w końcu na język angielski lub niemiecki traktat Franciszka Ryszki Państwo stanu wyjątkowego. Rzecz o systemie państwa i prawa Trzeciej Rzeszy, który jest największym osiągnięciem polskiej nauki w zakresie studiów nad narodowym socjalizmem. Nawet tego nie potrafimy zrobić.
@Maciek
Również wydaje mi się, że są to ważne sprawy. Dokładnie to, co pan Norman Davies mówi, czyli, że nie tylko na świecie, ale również w Europie, ludzie wiedza o Polsce zaskakująco mało, a kraj nasz nie robi niczego, żeby to zmienić. A ma narzędzia, choćby właśnie niech będzie na przykład tłumaczenie niektórych ważnych dla zrozumienia Polski prac i książek na angielski.
@ Marcin Przewloka,
Panie Marcinie,
Pełna zgoda. Nikt za Nas tego nie zrobi, a jeśli My sami nie zadbamy o wypromowanie tego, co może zdobyć uznanie międzynarodowe, a nawet podważyć dotychczasowe ustalenia historiografii niemieckiej. Specjaliści przełamują bariery językowe, ale tutaj chodzi o dotarcie do szerszej opinii publicznej.
@Maciek
Wydaje mi się, że te działania mogą iść zupełnie niezależnie. Z jednej strony polscy historycy powinni zacząć publikować w pełni po angielsku, aby ich badania obejrzały w końcu światło dzienne. Żeby świat, włączając Europe, mógł się dowiedzieć, jakie są naukowe ustalenia odnośnie pewnych zjawisk i zdarzeń historycznych.
Równolegle powinno iść publikowanie znacznie bardziej przystępnych publice tekstów zarówno po angielsku, jak i niemiecku (oprócz polskiego, oczywiście), co pomogłoby spopularyzować temat i udostępnić go "zwyczajnym ludziom z ulicy". Ta ścieżka to popularyzacja nauki, w tym przypadku badań historycznych.
@ Marcin Przewloka,
Panie Marcinie,
Zapewne istnieją różne rozwiązania. Tutaj musieliby wypowiedzieć się przedstawiciele nauk H-S.