Rzadko zgadzam siê z tym, co pisze Ludwik Stomma, w tym jednak wypadku jego stanowisko - wy³o¿one na ³amach „Polityki” - jest mi bliskie: „Magisterium zrobiæ w Rzeczypospolitej mo¿na ¿a³o¶nie ³atwo, na skutek czego 90 proc. spo¶ród nich to barach³o. Doktorat niewiele trudniej. Dopiero habilitacja (w³a¶nie dziêki tej, na tyle licznej, ¿e niemo¿liwej do zblatowania, radzie naukowej) zmusza do zachowania pewnego poziomu przyzwoito¶ci. Czy jest to przeszkoda na drodze do kariery? Oczywi¶cie: opanowanie warsztatu na tyle, ¿eby zadowoliæ grono korporacyjnych zazdro¶ników, sformu³owanie w³asnych tez (tutaj dopiero naprawdê wymagane) etc. s± ewidentnymi przeszkodami. Pozyskiwanie wiedzy jest przeszkod±. Ale jednocze¶nie jest habilitacja jedynym w Polsce - choæby nieszczelnym, ale jednak - sitem. Bez niego mêty p³ywa³yby spokojnie. O co nam wreszcie chodzi - o masow± produkcjê profesury czy o zachowanie jak najlepszego poziomu, którego nie ma bez minimum elitaryzmu?”
Rzeczywi¶cie, gdy przegl±dam - co mi siê czasami zdarza - zgromadzone w ró¿nych profesorskich gabinetach prace magisterskie, bywa, ¿e nogi siê pode mn± uginaj±. Doktoraty, na szczê¶cie wymagaj±ce recenzowania „z zewn±trz” - choæ to wszystko i tak najczê¶ciej gra towarzyska: ty mnie, a ja tobie - te¿ zdarzaj± siê, delikatnie mówi±c, niezbyt uczone. Z habilitacj± rzecz jest w zasadzie powa¿niejsza, choæ nie wiem, czy ma racjê Stomma, gdy mówi, ¿e rady naukowej zblatowaæ siê nie da. Wszystkich raczej nie, ale wiêkszo¶æ z pewno¶ci± - to nie tylko przecie¿ grono „korporacyjnych zazdro¶ników”, ale te¿ i grono ludzi znakomicie siê znaj±cych, tworz±cych niewielkie i w gruncie rzeczy solidarne ¶rodowisko. Ale te¿ nie to jest tutaj istotne. Pisanie o „blatowaniu” czy „kole¿eñskich przys³ugach” jest gadanin± czcz± w gruncie rzeczy i ba³amutn±. W koñcu w tym ¶rodowisku zawsze jaka¶ solidarno¶æ ludzi ³±czy³a i dziwne by by³o, gdyby mia³o byæ inaczej. Znamy siê na ogó³ do¶æ dobrze, czytamy nawzajem swoje teksty, polecamy je studentom i wiêkszo¶æ ludzi, którzy na próg habilitacji dobrn±, ma dobr± po temu legitymacjê w postaci swych publikacji czy innego dorobku badawczego lub artystycznego. Wiemy kto jest kim, nawet bez zagl±dania do w³a¶ciwych leksykonów. Rzadko zdarza siê, ¿e przed obliczem rady naukowej staje kto¶, o kim nic nie wiadomo. A w koñcu jest jeszcze nad tym wszystkim cia³o sprawdzaj±ce w postaci centralnej komisji, która mo¿e i nie jest w stanie gruntownie przebadaæ doktoratów, gdy¿ tych namno¿y³o siê, jak to kiedy¶ mawiano, mnóstwo za wiele, ale jest w stanie dokonaæ sprawdzenia poziomu habilitacji.
Profesorów - czy ogólniej: samodzielnych pracowników nauki - jest u nas niezwyk³y niedostatek. Wie o tym ka¿dy, kto przez habilitacjê przebrn±³ (a jest to, nawet dla ludzi o sporym dorobku i niekwestionowanym autorytecie naukowym, do¶æ dramatyczny spektakl) i zauwa¿a, co siê dzieje na rynku pracy. Na habilitowanych uczelnie, zarówno publiczne, jak prywatne, urz±dzaj± polowanie z nagonk±. Przy czym du¿o rzadziej chodzi tu o konkretne osoby, czyli „nazwiska”, ni¿ o tytu³y. Cz³owiek o sporym nawet dorobku, lecz przed habilitacj±, jest tu mniej ceniony ni¿ naukowiec relatywnie mniej produktywny, ale za to „utytu³owany”. W tym dopiero kontek¶cie widaæ, ¿e wielu z tych, którzy postuluj± zniesienie habilitacji, chodzi o mo¿liwo¶æ obej¶cia wymogów nakazuj±cych uczelni, instytutowi, wydzia³owi zatrudnienie, koniecznie „na pierwszym etacie”, odpowiedniej liczby „samodzielnych” - dopiero bowiem spe³nienie tych wymogów pozwoli na przyk³ad na uzyskanie praw do przyznawania u siebie doktoratów.
Ka¿dy prosty doktor powie, i¿ ³atwo tak gadaæ komu¶, kto sam ju¿ jest po habilitacji. Ale¿ tak, rzeczywi¶cie, po habilitacji ³atwiej tak gadaæ. Jednak i przed habilitacj± mówi³em podobnie, choæ wiem przecie¿, ¿e s± kraje, w których nie trzeba siê habilitowaæ, by uzyskaæ etat profesorski. Nie bardzo bym chcia³, ¿eby i Polska takim krajem siê sta³a. Têsknota do ¿ycia u³atwionego jest naturalna, wszak¿e w naszym systemie szkolnictwa - pozostaj±cego na wci±¿ bardzo niskim poziomie, o czym przekonaæ siê mo¿na zadaj±c studentom najprostsze pytania z ich w³asnej dziedziny i uzyskuj±c odpowiedzi powalaj±ce z nóg s³onia - owe u³atwienia, w tym odrzucenie progu, jakim jest kolokwium habilitacyjne, doprowadzi do zapa¶ci. Podobnie jestem te¿ zwolennikiem zachowania procedury przyznaj±cej tytu³ profesora „belwederskiego” - to jest jednak tak¿e potwierdzenie, w miarê obiektywne, poziomu naukowego. Postulat napisania ksi±¿ki „profesorskiej” zmusza do aktywno¶ci badawczej i twórczej.
Wszystko, co piszê, brzmi bardzo konserwatywnie, to prawda. S± wszak¿e dziedziny ¿ycia, w których elementy postawy konserwatywnej s± po prostu dba³o¶ci± o formê, nie tylko w estetycznym rozumieniu tego s³owa. Rewolucyjne przemiany, maj±ce doprowadziæ do tego, co nazywa Stomma „masow± produkcj± profesury”, w istocie musz± doprowadziæ do os³abienia kryteriów profesjonalizmu. Nie znaczy to, i¿ ten postulat zupe³nie pozbawiony jest racji. Mo¿na by by³o z habilitacji zrezygnowaæ, ale pod jednym warunkiem: zaostrzenia kryteriów w odniesieniu do prac magisterskich i doktorskich. Mo¿na w ka¿dej dziedzinie wskazaæ swoiste „wzorce”, do których trzeba odnosiæ pisane teksty. Jako polonista mam taki wzorzec, który stanowi dobry punkt odniesienia: jest nim praca magisterska profesora (o ile wiem, bez habilitacji, gdy¿ profesoruje w USA) Stanis³awa Barañczaka. Jest powszechnie dostêpna, gdy¿ zosta³a opublikowana pod tytu³em „Nieufni i zadufani” i stanowi, o ile mi wiadomo, obowi±zkow± lekturê na wszystkich studiach polonistycznych. Je¿eli siê nie wska¿e swoim magistrantom takiego punktu orientacyjnego, wówczas bêdzie, jak jest - bêdziemy od nich otrzymywaæ lepiej lub gorzej napisane wypracowania. W odniesieniu do doktoratów kryteria, rzecz jasna, musz± byæ jeszcze wy¿sze, ale tu ju¿ o wzorce nietrudno. Rzecz nie w postawie magistrantów czy doktorantów, lecz ich promotorów, którzy w koñcu te¿ za te prace s± odpowiedzialni, co potwierdzaj± w³asnym podpisem.