Sprawy szkolnictwa wy¿szego sta³y siê ostatnio medialne, a najbardziej s³ychaæ lamenty o niskim poziomie scholaryzacji i jeszcze ni¿szym nauczania na studiach wy¿szych. Jednym z bardziej krzykliwych jest has³o o konieczno¶ci podnoszenia poziomu studiów. W moim odczuciu jest ono ba³amutne, a poziom powinno siê nie podnosiæ, ale w³a¶nie obni¿aæ (ale ¶wiadomie, nie przez zaniechanie). Postaram siê pogl±d ten uzasadniæ.
Zauwa¿my przede wszystkim, ¿e dobra uczelnia, to nie tylko dobra kadra, ale te¿ równie dobrzy studenci. Je¶li „odleg³o¶æ intelektualna” miêdzy nauczanym a nauczaj±cym jest zbyt du¿a, to nauczanie staje siê uci±¿liw± dla obu lip± i ¿adne wynalazki dydaktyczne tego nie zmieni±. Znakomity naukowiec postawiony przed klas± w kiepskim gimnazjum w Pipidówce Dolnej poniesie totaln± klêskê, podobnie jak wybitnie zdolny student w kiepskiej Szkole Wy¿szej Mniemanologii Stosowanej w Umbowie Górnym. Co gorsza, obaj dzia³aæ bêd± w istocie na szkodê uczelni, bo ka¿dy zestresuje ¶rodowisko. Pierwszy studentów, którzy zareaguj± w koñcu lekcewa¿eniem przedmiotu, którego „nie da siê zrozumieæ”, drugi wyk³adowców, którzy mog± nie zrozumieæ jego poprawnych, ale wyra¿onych w nietypowy sposób i w nieu¿ywanym przez nich jêzyku, wypowiedzi. Obaj, jako „wym±drzaj±cy siê”, bêd± nielubiani przez swych kolegów, bo czego jak czego, ale no¿yc w naszych szko³ach nie brakuje. To jest jedno z podstawowych ograniczeñ ogólnego podnoszenia poziomu: dobrych uczelni mo¿e byæ nie wiêcej ni¿ pasuj±cych do nich dobrych studentów.
No to ilu¿ jest tych dobrych? Dziesiêæ procent? Dwadzie¶cia? To by dawa³o ok. 60 tys. dobrych kandydatów rocznie. W sam raz dla kilku uczelni, bo sam Uniwersytet Warszawski, to 60 tys. studentów, a na pierwszym roku najmarniej 10 tys. Nie jest te¿ i nigdy nie bêdzie tak, by wszyscy pracownicy uczelni reprezentowali ten sam (wysoki, oczywi¶cie) poziom. Jest jeszcze tysi±c innych argumentów przeciwko tezie, i¿ mo¿na osi±gn±æ wyrównany, wysoki poziom znacz±cej liczby uczelni (nie tylko polskich). Gdyby siê numer taki jakim¶ cudem uda³, zjawisko to nie bêdzie trwa³e, a uzyskana wysoka pozycja nowych „dobrych” uczelni nie bêdzie stabilna.
Powtarzam bana³y, ale nikt przy zdrowych zmys³ach nie uwa¿a przecie¿ uczelni za zbiór odizolowanych od siebie wybitnych jednostek, co nic ino ciêgiem pomys³y genialne maj± i prace wybitne regularnie produkuj±. Warto¶æ uczelni wyznacza skomplikowany system wielopoziomowych relacji miêdzyludzkich, mo¿liwo¶ci techniczne i organizacyjno−finansowe i Bóg wie, co jeszcze. Pogl±d o mo¿liwo¶ci stworzenia (chyba nawet istnieniu) „algorytmu produkcji dobrych uczelni” staje siê ostatnio bardzo popularny. Przeciêtny obywatel wierzy, ¿e produkcja ludzi wykszta³conych i odpowiednich fabryk (nazywanych dla zgrywy uczelniami) odbywa siê zgodnie z jasnymi regu³ami, a jej przebiegiem sterowaæ mo¿na równie precyzyjnie, jak produkcj± butów. Sposób jest prosty: wiêcej uczonych i wy¿sze wymagania = wy¿szy poziom nauczania. Nie usi³ujê generalizowaæ i nazywaæ wszystkich uczelni fabrykami, mo¿na znale¼æ wiele kontrprzyk³adów (np. sukcesy studentów informatyki jednej z polskich uczelni w miêdzynarodowych konkursach), ale standard jest w³a¶nie taki: tu policzymy ¶redni± wa¿on± ocen, tam pierwiastek z liczby uczonych, dodamy do tego cosinus podwojonej liczby uzyskanych grantów i ju¿ mamy oszacowany poziom uczelni. Tak, niestety, musz± powstawaæ wszystkie rankingi, innej drogi po prostu nie ma.
Pytanie jednak, jaka jest ich warto¶æ informacyjna, skoro np. wspomniani studenci od kilku lat systematycznie (mogliby choæ raz odpu¶ciæ i wstydu rankingowcom nie przynosiæ) wygrywaj± miêdzynarodowe konkursy, nie bacz±c na to, ¿e ich „uniwerek” w tym czasie lokuje siê na bardzo pod³ej pozycji w wielu ¶wiatowych rankingach. Winne s±, oczywi¶cie, w³adze rzeczonej uczelni, ¿e studentów przed wyjazdem na konkurs o pozycji ich szko³y nie poinformowa³y i na wynikaj±cy z ewidentnego naruszenia w³a¶ciwej hierarchii stres narazi³y. ¯art? Nie, co najwy¿ej przerysowanie. Powy¿sze rozumowanie nie jest „obron±” naszego systemu, ale raczej dowodem jego u³omno¶ci, bo ka¿da ostra klasyfikacja uczelni do takich w³a¶nie wniosków doprowadzi, a polski system nauki i szkolnictwa wy¿szego, jak ma³o który, takie klasyfikacje ho³ubi.
Nie twierdzê, ¿e wspomniany uniwersytet jest równie dobry w ka¿dej dziedzinie, byæ mo¿e ci najlepsi s± wyj±tkiem, ale czytelnik rankingu w takie subtelno¶ci nie wchodzi i to jest w³a¶nie g³ówn± s³abo¶ci± ostrych klasyfikacji. W moim mie¶cie od co najmniej dziesiêciu lat zak³adaj± uniwersytet. W³adze jedynej (za to jednej z najwiêkszych w kraju – ok. 30 tys. studentów) uczelni humanistycznej w mie¶cie co chwila obwieszczaj±, ¿e oto ju¿, ju¿, a najdalej jutro uniwersytet bêdzie, ku zadowoleniu mieszkañców i chwale w³adz uczelni (podobno kto¶ dosta³ za te starania order). Jakie dzia³ania s± przewidziane? Standard: ¶ci±gniemy uczonych i bêdzie dobrze. Nie s³ysza³em, by ktokolwiek mówi³ co¶ o nak³anianiu uczonych, ¿eby od czasu do czasu pogadali o nauce, tzn. aby stworzyæ jakie¶ ¶rodowisko. A jest to o tyle ciekawe, ¿e uczelnia od lat ma do¶æ profesorów, aby stworzyæ dwa uniwersytety (wg starej ustawy). RGSzW z³o¶liwie o efekty (jaki¶ dorobek, publikacje itp.) pyta i od lat k³ody pod nogi w³adzom uczelni i miasta rzuca, jakby nie wiedzia³a, ¿e ilo¶æ w jako¶æ niezale¿nie od takich drobiazgów przechodzi. Wszyscy chc± uczelni pomóc, przeszkód sensownych nie widaæ, a rzecz toczy siê po grudzie, jak sanie na pocz±tku wiosny. Jedyny k³opot w nowej ustawie (wymagañ starej zreszt± te¿ nie uda³o siê spe³niæ), która wymaga, by uniwersytet prawdziwy mia³ dwana¶cie uprawnieñ do doktoryzowania, a „przymiotnikowy” sze¶æ. Dzia³ania na rzecz utworzenia uniwersytetu chwilowo doprowadziæ musz± do rozproszenia troski o szko³ê – zamiast koncentrowaæ siê na stworzeniu licz±cego siê o¶rodka w jednej czy dwóch dziedzinach, w³adze uczelni i miasta musz± zadbaæ o równomierny rozk³ad uczonych na sze¶ciu kierunkach. Prawdopodobnie czê¶æ ludzi bêdzie musia³a siê przekwalifikowaæ (o lipie polegaj±cej na zapisaniu np. politologa do ekonomistów nawet nie my¶lê, w³adze uczelni na pewno na to nie pozwol±).
Za³ó¿my jednak, ¿e uda siê doprowadziæ (obiecano, ¿e w 30 miesiêcy) do powstania uniwersytetu. Bêdzie on funkcjonowa³ w Europejskiej Przestrzeni Edukacyjnej, gdzie uniwersytetów jak psów, a uniwersytetów „przymiotnikowych” (technicznych nie liczê, bo ka¿dy wie, ¿e to zwyk³e polibudy) jak na lekarstwo. Z ekonomii wiadomo, ¿e jak towaru ma³o, to jego (o) cena ro¶nie. Jest wiêc szansa, ¿e nasz uniwersytet zostanie za granic± doceniony. I to jest chyba jedyna korzy¶æ z przemianowania. Sugeruj±cy wysoki stopieñ specjalizacji przymiotnik mo¿e np. Grekowi nasun±æ my¶l, ¿e uczelnia ta jest w okre¶lonej dziedzinie lepsza ni¿ „zwyk³y” uniwersytet. To tak, jak tytu³ profesora nadzwyczajnego jest dla przeciêtnego obywatela „wy¿szy” ni¿ zwyczajnego. Mo¿na, oczywi¶cie, zainicjowaæ kampaniê u¶wiadamiaj±c± ludziom, jak to naprawdê jest i forsa by siê na to pewnie te¿ znalaz³a, ale mog³oby siê zdarzyæ, ¿e w tym czasie jaki¶ uczony zmieni³by miejsce zatrudnienia albo na emeryturê siê wybra³ i kampania sta³aby siê bezprzedmiotowa, bo uniwersytet straci³by swój zaszczytny tytu³. (Nb. jak rozwi±zaæ problem obecnych uniwersytetów „na starych papierach”? Czy zostan± zdegradowane?) A jak tu t³umaczyæ, ¿e taki np. MIT, to tylko byle instytut, jakich w naszym „przymiotnikowym” uniwersytecie kilkana¶cie? Z Europejczykiem jako¶ to siê uda, ale taki Amerykaniec to ca³kiem zg³upieje.
Niestety, innych realnych korzy¶ci ze zmiany nazwy nie widzê. Jest jednak rzeczywi¶cie pewien istotny problem. W naszym szkolnictwie nazwa „uniwersytet” jest synonimem w³a¶nie wysokiego poziomu (wy) kszta³cenia, co dyskryminuje absolwentów innych szkó³ wy¿szych. Gdyby da³o siê utrzymaæ zarówno masowo¶æ kszta³cenia w uniwersytetach, jak i jego poziom, to wyodrêbnienie tej klasy uczelni mia³oby sens. Uniwersytety i uczelnie aspiruj±ce do bycia uniwersytetem kszta³c± jednak wiêcej ni¿ 20 proc. dobrych absolwentów szkó³ ¶rednich i prawdopodobieñstwo tego, ¿e student dowolnego uniwersytetu jest znacz±co lepszy ni¿ student innej szko³y, wcale tak du¿e nie jest. Tu nie ma ju¿ o co siê biæ, bo (marne w koñcu) pieni±dze i tak dzieliæ trzeba g³ównie miêdzy kilka najlepszych uczelni i ¿adne zmiany nazw tego nie zmieni±.
Wydaje mi siê, ¿e rozumiem motywacje autorów ustawy: zapewniæ czyteln± gradacjê poziomu nauczania. Chyba jednak lepiej by³oby wymusiæ go poprzez jak±¶ formê centralnych, niezale¿nych od uczelni, egzaminów. Mo¿na to zrobiæ podobnie jak testy na prawo jazdy, z masowym wykorzystaniem komputerów. Poziomów by³oby mniej, „egzekwowana” w ten sposób wiedza by³aby werbalna (nb. czy dzi¶ jest inaczej?), a poziom du¿o ni¿szy, ale mia³oby to przynajmniej szanse byæ na masow± skalê zrealizowane. Tak chêtnie przywo³ywane tradycje uniwersytetów europejskich, to równie¿ w³a¶ciwy stosunek licznych uczonych do studentów, umo¿liwiaj±cy nauczanie w relacji mistrz − uczeñ. To se ne vrati! Prosty rachunek (kilkakrotny wzrost liczby studentów w okresie 15 lat i kilkunastoprocentowy liczby uczonych w tym samym okresie) pokazuje, ¿e nie da siê poziomu na masow± skalê podnosiæ, a najlepsi studenci i tak, wcze¶niej czy pó¼niej, zwiej± za granicê. Jaki jest sens generowaæ sytuacje niepewno¶ci dla s³abszych uczelni i wymuszaæ na nich pozorowanie „podnoszenia poziomu”? ¯±danie, by mia³y one ustalon± liczbê odpowiednio rozmieszczonych uczonych, poziom zani¿y, a nie podniesie, bo op³aci siê uczelni wymieniæ jednego Einsteina na o¶miu uczonych standardowych. Czy nie lepiej by³oby po prostu zezwoliæ ka¿dej szkole, by nazywa³a siê jak chce? Wiem, ¿e trzeba siê odró¿niaæ od innych nacji, czy jednak nie wystarcz± nam rogatywki?
Gdyby placówka, o której piszê, mog³a sama od jutra nazwaæ siê uniwersytetem, to ¶wiat by siê nie zawali³, ambicje mieszkañców miasta zosta³yby zaspokojone, a uczelnia mia³aby szanse zbudowaæ za kilka lat dobry o¶rodek w jednej czy dwóch dziedzinach i rzeczywi¶cie liczyæ siê w nich przynajmniej w kraju. Kisiel twierdzi³, ¿e specjalno¶ci± socjalizmu jest bohaterskie pokonywanie problemów nieznanych innym ustrojom. Czy mamy pamiêæ za dobr±, czy te¿ j± tracimy?