Zazwyczaj na dzieje narodu patrzymy przez pryzmat wojen, intryg politycznych, czasami – rozwoju kultury. Dzielimy epoki, nazywaj±c je imionami dynastii lub nazwami pr±dów intelektualnych. Prof. Or³owski proponuje uzupe³nienie takiej wizji dziejów narodu polskiego o historiê techniki. To mniej znana czê¶æ naszego dziedzictwa, a jak siê okazuje interesuj±ca i tak¿e daj±ca powody do dumy. Mo¿e bardziej ni¿ wojny i polityczne spiski.
Stan zacofania Polski z pocz±tków dynastii piastowskiej znakomicie obrazuje liczba m³ynów wodnych w X i XI wieku. W Anglii za Wilhelma Zdobywcy, w 1068 roku, pracowa³y 5624 m³yny wodne. W Polsce prawdopodobnie dzia³a³o kilka na ¦l±sku. Pierwsze takie urz±dzenie w Polsce centralnej powsta³o w 1145 na Bzurze w £owiczu. Potem przez stulecia nadrabiamy zaleg³o¶ci w dziedzinie techniki, jednak¿e nie wnosz±c do niej zasadniczo nic nowego. Powa¿ne zmiany zaczynaj± siê wraz w utworzeniem Królestwa Kongresowego. Wtedy zmienia siê nastawienie Polaków do zawodu in¿yniera. Zaczyna byæ ceniony. Wykszta³ceni in¿ynierowie zmieniaj± kraj. Powstaje pierwsza uczelnia techniczna. Pojawia siê celowo wytyczana sieæ dróg, która przetrwa³a w zasadniczej postaci do dzisiaj. Mo¿e dlatego mamy takie k³opoty z transportem, ¿e jego infrastruktura bardziej pasuje do XIX ni¿ XXI stulecia?
Prawdziwy prze³om przynosi Wielka Emigracja. Wykszta³ceni w najlepszych francuskich i szwajcarskich uczelniach technicznych Polacy wkraczaj± przebojem do europejskiej techniki: iryguj± pola, buduj± wiadukty i wodoci±gi, s± pionierami budowy linii kolejowych i telegraficznych na ca³ym ¶wiecie. Autor omawia udzia³ Polaków w rozwoju technicznym ró¿nych pañstw (kraje Ameryki Po³udniowej, Hiszpania, Portugalia, Szwajcaria, Stany Zjednoczone, a nawet Turcja). Potê¿ny rozdzia³ po¶wiêca autor dzia³alno¶ci Polaków na terenie imperium rosyjskiego. Pojawiaj± siê nazwiska in¿ynierów wykszta³conych nie tylko w Europie Zachodniej, ale tak¿e w Rosji. Mieli¶my te¿ „polskiego Edisona” – wynalazcê samouka z Galicji. Nie tylko wymy¶la³, ale tak¿e patentowa³ i potrafi³ sprzedawaæ swoje pomys³y. Po szczegó³y odsy³am do ksi±¿ki.
I wreszcie czasy znacznie bli¿sze, gdy nasi rodacy wnosz± istotny wk³ad do ¶wiatowego dziedzictwa technicznego. Na pocz±tku XX wieku pojawiaj± siê nazwiska, które do dzi¶ znamy i cenimy: Mo¶cicki (prezydent Polski, wielki wynalazca, chemik), Bry³a, Czochralski, Sêdzimir, Groszkowski. Prof. Or³owski stawia tezê, ¿e byæ mo¿e do pokonania hitlerowskich Niemiec bardziej przyczynili siê polscy naukowcy i in¿ynierowie, pracuj±cy dla armii krajów alianckich, ni¿ polskie wojsko. Radiostacja, która umo¿liwi³a l±duj±cym w Normandii wojskom skuteczn± ³±czno¶æ z dowództwem, wykrywacz min Józefa Kosackiego, dzia³ko Polsten 20 mm, kilka typów wyrzutników bomb czy antena umo¿liwiaj±ca wykrywanie i lokalizacjê okrêtów podwodnych – to tylko przyk³ady polskiej my¶li technicznej wykorzystanej przez armie alianckie.
Ksi±¿ka prof. Or³owskiego jest pierwsz± z nowej serii: Biblioteka Nauki i Techniki Polskiej. Radomski Instytut Technologii Eksploatacji opublikowa³ ju¿ kolejny tom, prezentuj±cy postaæ prof. M.T. Hubera, a w planach ma nastêpne, m.in. o Staszicu, Narutowiczu, Sedlaku. Zaprezentuje te¿ rozmaite dziedziny techniki. Wydawca zapowiedzia³ ju¿ publikacjê Z historii polskiej mechaniki.
Dla jednych zrêczny strateg, posiadaj±cy heroiczne arabskie cnoty odwagi, wierno¶ci i hojno¶ci. Dla innych egoista i hipokryta, realizuj±cy swoje cele w imiê religijnego imperatywu. Kim tak naprawdê by³ Salah ad−Din?
Jego drogê ¿yciow± naznaczy³a postawa w³adcy Syrii, Nur ad−Dina. To u niego s³u¿y³ ojciec Saladyna. Nur ad−Din stanowi³ uosobienie polityki ekspansji po³±czonej z idea³em ¶wiêtej wojny, by³ manipulatorem propagandy religijnej oraz w³adc±, który dowiód³, ¿e warto przedk³adaæ ludzi nad pieni±dze. Cieñ mentora towarzyszy³ Saladynowi u progu jego doros³ego ¿ycia. G³ównie dlatego, i¿ by³ uzale¿niony od syryjskiego w³adcy, przez niego zreszt± zosta³ mianowany wezyrem Egiptu. Dopiero po jego ¶mierci móg³ samodzielnie prowadziæ wojnê z niewiernymi i realizowaæ plan dominacji islamu nad ¶wiatem. W tym kontek¶cie zdobycie Aleppo, jednego z g³ównych miast Syrii, wydaje siê kulminacyjnym punktem w jego karierze. Od tego momentu Saladyn zaczyna powa¿nie my¶leæ o budowie wielkiego imperium. To miasto jest kluczem do ziem, jest okiem Syrii, cytadela za¶ jej ¼renic± – pisa³ w jednym z listów.
W trakcie swych podbojów Saladyn zmaga³ siê z powszechnym brakiem zaufania. Powodów by³o kilka. Do wielu miejsc, co zrozumia³e, przybywa³ jako obcy. Poza tym, jak pisz± autorzy biografii, nie akceptowano go w roli zbawcy islamu, w której sam siebie widzia³. Swój autorytet musia³ wiêc budowaæ w inny sposób. I tak np. mieszkañców Egiptu mami³ zniesieniem obci±¿aj±cych podatków. Wiedzia³, ¿e nic tak nie przysparza sympatii jak pieni±dze i dobra materialne. To w³a¶nie nimi przywraca³ morale armii, nadszarpniête d³ug± i wyczerpuj±c± batali±. Zreszt± wojsko mia³o dla niego ogromne znaczenie. Do¶æ powiedzieæ, ¿e poch³ania³o piêæ razy wiêcej pieniêdzy ni¿ wszystkie inne wydatki. Saladyn rozumia³, ¿e bogactwo bez wsparcia wojskowego niewiele znaczy, a z kolei potêgi wojskowej nie da siê utrzymaæ bez bogactwa. Oba te elementy potrzebne mu by³y do prowadzenia ekspansji. Nie by³ jednak w dochodzeniu do celu bezwzglêdny. To odró¿nia³o go od innych w³adców tego okresu. W biografii nie brak bowiem i czynów ¶wiadcz±cych o jego wielkoduszno¶ci. Jak choæby wtedy, gdy po zdobyciu Jerozolimy odda³ matce wiêzionego syna, mimo ¿e nie uda³o jej siê przekonaæ garnizonu Kerak do poddania zamku.
Przesadna hojno¶æ doprowadzi³a go jednak do k³opotów finansowych. Krótkowzroczna polityka, oparta na szczodro¶ci wobec mieszkañców zajmowanych ziem, nie pozostawa³a bez wp³ywu na aparat administracyjny. Przero¶niêta i niewydolna biurokracja, brak kontroli nad urzêdnikami w du¿ym stopniu obci±¿aj± konto Saladyna. Podobnie jak bezgraniczne oddanie siê d¿ihadowi. Do tego stopnia, ¿e do wrogów potrafi³ zaliczyæ równie¿ niektórych muzu³manów. Mimo w±tpliwej jako¶ci uzasadnienia prowadzonej ekspansji, nie popieranej w dodatku ani przez czê¶æ muzu³mañskich w³adców, ani przez urzêduj±cego w Bagdadzie kalifa, do koñca swych dni wierzy³ w jej s³uszno¶æ.
Czy by³, jak chc± jego wielbiciele, bohaterem islamu, czy wrêcz odwrotnie – sprytnym manipulatorem, wykorzystuj±cym islam w celu zdobycia w³adzy dla siebie i swojej rodziny? Doprawdy, w biografii Lyonsa i Jacksona, opartej na listach i kronikach wspó³czesnych Saladynowi pisarzy i poetów, znale¼æ mo¿na argumenty nie pozbawiaj±ce racji bytu ¿adnej z tych opinii. Na pewno by³ wielkim cz³owiekiem. Tylko tacy wymykaj± siê jednoznacznym klasyfikacjom.
W ¶wietle filozofii hermeneutycznej, nad której fundamentami Gadamer pracowa³, model bytu i poznania zostaje zast±piony przez fenomen jêzyka i rozumienia... U Gadamera byt staje siê autoprezentacj± dokonuj±c± siê w jêzyku, wszelkie rozumienie za¶ ujête zostaje jako nie maj±cy koñca proces historyczny. Dziêki tym wgl±dom fenomenologiczna hermeneutyka uzyskuje status filozoficznego paradygmatu: staje siê drug± – obok filozofii analitycznej – powa¿n± kandydatk± do roli pierwszej filozofii. Tak autor koñczy swoj± opowie¶æ o filozofii Hansa Georga Gadamera.
Gadamera nie trzeba przedstawiaæ, by³ filozofem znanym i powa¿anym w Polsce, choæ oczywi¶cie pisanie o filozofii my¶liciela, który „dopiero co” zmar³ (13 marca 2002, w wieku 102 lat!) mo¿e byæ do¶æ trudne ze wzglêdu na brak historycznego dystansu, który, jak podkre¶la³ sam Gadamer, u³atwia g³êbsze rozumienie.
Prof. Przy³êbski dzieli pierwsz±, opisow± czê¶æ ksi±¿ki na siedem rozdzia³ów (nie licz±c rozdzia³u biograficznego, podsumowania, kalendarium i bibliografii), w których w sposób przystêpny referowana jest my¶l Gadamera. Najpierw podana jest ogólna jej charakterystyka, potem zagadnienia bardziej szczegó³owe, na koñcu za¶ mamy obszerny rozdzia³ dotycz±cy recepcji i wp³ywu pogl±dów Gadamera na wspó³czesn± filozofiê (spór z hermeneutyk± nawi±zuj±c± do Diltheya, Gadamerowska krytyka neopozytywizmu, dyskusja ze szko³± frankfurck± i postmodernizmem).
Hermeneutyka to wiedza o interpretowaniu. Narodziny jej wi±¿± siê z badaniami nad tekstem, zmierzaj±cymi do jego zrozumienia. Trzy g³ówne dziedziny, w których interpretacja tekstu pe³ni zasadnicz± rolê, to: teologia, filozofia i prawo. U podstaw filozofii Gadamera le¿y przekonanie, ¿e ludzkiej wiedzy nie mo¿na redukowaæ do wiedzy typu przyrodniczego. Dla ludzkiego bycia w ¶wiecie podstawowa jest wiedza oparta na rozumieniu. Na owo rozumienie ma wp³yw wiele nie¶wiadomych „przes±dzeñ” i prze¶wiadczeñ. Wiedza nasza opiera siê na tych „przed−s±dach” pochodz±cych z kumulacji do¶wiadczeñ poprzednich pokoleñ. Przekaz historyczny (tradycja) w sposób zasadniczy oddzia³uje na wiele elementów naszej duchowo¶ci (¿ycie religijne, jêzykowe, pañstwowo¶æ, ale tak¿e i ¿ycie naukowe). Pe³ne do¶wiadczenie, zwane hermeneutycznym, polega na rozumiej±cym odniesieniu do przekazu historycznego. Na d³ugo przed zrozumieniem samych siebie w refleksji rozumiemy siebie z pe³n± oczywisto¶ci± w rodzinie, spo³eczeñstwie i pañstwie, w którym ¿yjemy. Ogniskowa subiektywno¶ci daje krzywe zwierciad³o – pisze Gadamer, sprzeciwiaj±c siê filozofowaniu z perspektywy kartezjañskiej. Rozumienie musi dokonywaæ siê wiêc z perspektywy „porozumienia”, czyli egzystencjalnego kontaktu z intersubiektywn± prawd± przyswajanego sensu. Z kolei podstawowym ¼ród³em, w którym kumuluje siê nasze do¶wiadczenie ¶wiata, jest jêzyk. Dlatego hermeneutyka filozoficzna dostarcza podstawowego narzêdzia dotarcia do tego do¶wiadczenia. Oczywi¶cie nie chodzi tu o jêzyk ujêty od strony logiki (narzêdzie komunikacji), ale jêzyk g³êbiej rozumiany. Opanowanie ojczystego jêzyka jest dla cz³owieka preontologi±.
Perspektywa hermeneutyczna mo¿e od¶wie¿yæ i pog³êbiæ nasze spojrzenie na cz³owieka w stechnicyzowanym i nastawionym na skuteczno¶æ ¶wiecie. Dobrym wprowadzeniem do tego jest Gadamer.
Pochodzi ze Lwowa. Kompozycjê studiowa³ u Artura Malawskiego, a krakowsk± muzykologiê ukoñczy³ w latach 50. Bogus³aw Schaeffer to osobowo¶æ wielostronna. Najbardziej znany jako kompozytor, nieustannie eksperymentuj±cy, popularno¶æ zdoby³ jednak przede wszystkim jako dramaturg. Jego Scenariusz dla nieistniej±cego, lecz mo¿liwego aktora instrumentalnego i inne sztuki teatralne grane s± na ca³ym ¶wiecie. Ogromn± wagê ma dorobek profesora jako publicysty i pisarza muzycznego. Kompozytorzy XX wieku, Ma³y informator muzyki XX wieku i inne ksi±¿ki o muzyce wspó³czesnej, choæ wydane wiele lat temu, wci±¿ s± podstawow± lektur± na ten temat w jêzyku polskim i nie maj± równych sobie. A przecie¿ jest jeszcze pianist±, pedagogiem, re¿yserem...
Najmniej chyba znan± specjalno¶ci± Schaeffera jest grafika. Ukaza³ siê w³a¶nie album−katalog prac plastycznych profesora, wydany na 60−lecie jego twórczo¶ci kompozytorskiej. To nie pomy³ka. Grafiki te maj± wiele wspólnego z muzyk±: artystyczny kszta³t przybieraj± najpierw partytury z lat 60., potem kompozycje graficzne usamodzielniaj± siê, d±¿± ku abstrakcji (jak muzyka), a ich autor pos³uguje siê g³ównie technik± kola¿u.
Muzyka powstaj±ca w po³owie XX w. zaczê³a szukaæ nowych mo¿liwo¶ci zapisu. Notacji graficznej u¿ywali Cage, Stockhausen, Ligeti, Penderecki czy Crumb. Schaeffer pisa³ np. kompozycje poliwersyjne, daj±ce wykonawcy mo¿liwo¶ci stworzenia wielu wersji utworu o wci±¿ tej samej formie, wype³nionej materia³em ró¿nym co do wysoko¶ci d¼wiêków i rytmu. Takiego dzie³a nie mo¿na by³o zapisaæ w formie partytury nutowej. Trzeba by³o wypracowaæ now± notacjê. Kompozytor tworzy³ te¿ muzykê o dowolnych, zmiennych parametrach i dowolnej kolejno¶ci poszczególnych odcinków. Takie partytury, zapisane w postaci mozaiki wype³nionych znakami prostok±tów, czyta siê jak p³achtê gazety: wybieraj±c dowolne teksty w dowolnej kolejno¶ci.
Wielobarwny album prezentuje partytury graficzne i grafiki powsta³e od pocz±tku lat 60. do dzi¶. Uzupe³niony jest esejem Jadwigi Marii Hodor (muzykologicznym jednak, szkoda, ¿e nie jest to krytyka sztuki) oraz rzecz± cenn±: katalogiem prac artysty z podzia³em na liczne dziedziny jego twórczo¶ci. Prace plastyczne Schaeffera, jak zapewnia autorka szkicu, sugestywne, funkcjonalne, przejrzyste i dopracowane w ka¿dym szczególe, rozczarowuj± jednak jako dzie³a sztuki wizualnej. S± do siebie podobne, nawet gdy pochodz± z odleg³ych lat, sk³adaj± siê z fragmentów zapisu nutowego, ró¿nych znaków i symboli oraz mozaiki wielobarwnych prostok±tów. Najmniej ciekawe s± grafiki komputerowe z lat 1999−2006: statyczne kompozycje prostok±tów i wieloboków o ostrych, nasyconych barwach. Autor czasem wkleja swoje zdjêcia. Pomys³y kompozycyjne powracaj±, Schaeffer, tak twórczy i pe³en inwencji jako muzyk, jako plastyk siê nie rozwija. Abstrakcja geometryczna, której by³ zawsze wierny, pozostaje wyrazowo martwa. Wycinanki Schaeffera sytuuj± siê dzi¶ w pobli¿u cepeliowskich kogutków. Nadziejê przynosz± prace, w których odk³ada no¿yczki i bierze do rêki farby, jak w Collage X, Lecture czy Collage Y.
Album z grafik± jest przede wszystkim ksi±¿k± o muzyce Schaeffera: na podstawie grafik i partytur graficznych obrazuje rozmaito¶æ jego technik kompozytorskich, muzycznych pomys³ów i wynalazków.
Zbigniew Fa³tynowicz (wydawca, muzealnik, antologista, redaktor, eseista) wynalaz³ chyba wszystkie dostêpne ¶lady obecno¶ci Czes³awa Mi³osza na Suwalszczy¼nie. Badania tego rodzaju obejmuje siê mianem „geografii poetyckiej”. W odniesieniu do noblisty dociekania te zapocz±tkowano ju¿ w latach 90. Telluryczn± refleksjê nad jego osobowo¶ci± twórcz± niejako narzuci³ on sam swoimi esejami, szczególnie zebranymi w tomach Rodzinna Europa i Szukanie Ojczyzny.
Zwi±zki z ziemi± nie przes±dzaj± co prawda o ca³ej literacko−filozoficznej z³o¿ono¶ci utworów Mi³osza, ale odegra³y niepo¶ledni± rolê w kszta³towaniu siê jego wyczulenia na krajobraz, pamiêæ i przemijanie. Fa³tynowicz, konstruuj±c pieczo³owicie sw± ksi±¿kê z faktów, dat, cytatów zdaje siê wiedzieæ o tym, ¿e przecenianie wiêzi poety z miejscem grozi nadinterpretacj±, patosem, poznawczym fa³szem.
Piewc± Suwalszczyzny Mi³osz nie by³. Ta pó³nocno−wschodnia kraina przedstawia³a siê dwudziestoletniemu poecie jako mroczna i wietrzna. Tutaj zaplanowa³ dokonanie m³odzieñczej (na szczê¶cie nieudanej) próby samobójczej. Z tutejszymi lud¼mi nie zawiera³ g³êbszych znajomo¶ci. Mi³osz w pierwszym okresie swego ¿ycia bywa³ na Suwalszczy¼nie niejako z przymusu. W Suwa³kach mieszkali rodzice z jego m³odszym bratem, a w niedaleko po³o¿onym dworku w Krasnogrudzie ¿y³a rodzina ze strony matki. Jasnych barw kraina Czarnej Hañczy nabra³a w jego oczach, poezjach i wypowiedziach dopiero wtedy, gdy powróci³ tu po ponad 50−letniej nieobecno¶ci. Nad jeziorem Ho³ny znalaz³ dawnego siebie.
Autor ksi±¿ki z poszanowaniem dla intymno¶ci swego bohatera skomponowa³ narracjê tak, ¿e wysnuwa siê z niej los poety i obrazy miejsc, które pozwoli³y czy pomog³y mu okre¶liæ, nazwaæ, przybli¿yæ w³asne przeznaczenie. Po lekturze tego, bogatego w szczegó³owe ustalenia faktograficzne, wydawnictwa i obejrzeniu licznych fotografii Suwalszczyzna mo¿e wydaæ siê swego rodzaju klamr±, krain± otwarcia i zakoñczenia biografii Mi³osza. Ujêcie to – jakkolwiek bardzo kusz±ce – chyba nie by³o zamierzeniem Fa³tynowicza. To z³udzenie bierze siê z tego, ¿e gdy badamy relacje Mi³osza z danym punktem geograficznym, powinni¶my uwzglêdniaæ inne miejsca, np.: Wilno, Wileñszczyznê, Litwê, Warszawê, Kraków, Pary¿, San Francisco itd. ¦wiadomo¶æ przestrzeni jest jedn± z zasadniczych cech poezji i eseistyki autora Doliny Issy. Jak mi wiadomo, literaturoznawcy pracuj± nad szczegó³owym odtworzeniem i opisaniem geografii poetyckiej Mi³osza (jej sprawdzalno¶æ, np. podczas badañ terenowych, jest podobno fenomenalna).
W ksi±¿ce Fa³tynowicza poeta jawi siê jako kto¶ „u¿yteczny” (o u¿yteczno¶æ intelektualistów we wspó³czesnym ¶wiecie Mi³osz apelowa³ nieomal podczas ka¿dego spotkania nad Wigrami). „U¿yteczno¶æ” polega na tym, ¿e w biografii, jak i wierszach poety, przegl±da siê wszystko, co kulturowo by³o lub jest charakterystyczne i wa¿ne dla Suwalszczyzny, ale nie tylko dla niej. Fa³tynowicz poprzez Suwa³ki ³±czy Mi³osza z urodzon± w tym mie¶cie Mari± Konopnick±, ale te¿ nowymi poetami, którzy urodzili siê w tym regionie i tu tworz±. Wielcy poeci maj± to do siebie, ¿e wokó³ nich powstaje w czasie i przestrzeni „rodzina poetów”. Poprzez Mi³osza Suwalszczyzna ³±czy siê z histori±, wspó³czesno¶ci± i przysz³o¶ci± Polski, Litwy, Europy, ¶wiata.
O ksi±¿ce dowiedzia³am siê przypadkiem w jednej z wyszukiwarek internetowych. Po przeczytaniu krótkiej recenzji, wpad³am w euforiê: oto ksi±¿ka, na któr± wielu czeka³o! Temat fotografia a prawo autorskie jest mi szczególnie bliski. Dlatego spodziewa³am siê, ¿e ksi±¿ka stanowiæ bêdzie kompendium wiedzy niezbêdnej. Niestety, nie mogê do³±czyæ do grona entuzjastów.
Ksi±¿ka Or¿ewskiego czêsto reklamowana jest jako bestseller. We wstêpie autora czytamy, i¿ ma przede wszystkim zwróciæ uwagê na aspekty prawne wykorzystania wizerunku, zasady ochrony dóbr osobistych, a tak¿e uprawnienia twórcy fotografii, mo¿liwo¶ci wykorzystania zdjêæ autorstwa innych osób i wreszcie mo¿liwo¶ci akcji s±dowej w tych wszystkich przypadkach, gdy zasady prawne zostaj± naruszone. Prawda, ¿e brzmi to zachêcaj±co? Nawet spis tre¶ci kusi. Ale po przeczytaniu, a w zasadzie ju¿ w trakcie poznawania ksi±¿ki, budzi siê w czytelniku niepokój.
Wojciech Or¿ewski napisa³ kilka prac zwi±zanych z prawem autorskim (i nie tylko), lecz w jego najnowszej ksi±¿ce brak konkretów. Du¿± jej czê¶æ stanowi opis aspektów zwi±zanych ogólnie z prawem autorskim. Przedstawiane s± one dosyæ szczegó³owo. Zastosowana przez autora ciekawa metoda – stawia intryguj±ce pytania i nie udziela na nie odpowiedzi – co prawda pobudza sprawno¶æ umys³ow± czytelnika, lecz czy o to chodzi³o? Zagadnienia zwi±zane z sam± fotografi±, zawodem fotografa czy hobby fotografa−amatora pojawiaj± siê z rzadka. Uwagê przykuwaj± tylko dwa fragmenty. W pierwszym autor podniós³ kwestiê ochrony wizerunku, w drugim za¶ omówi³ problemy zwi±zane z tzw. fotografi± rzemie¶lnicz±. Polecam szczególnie ten ostatni rozdzia³, gdy¿ poruszone zosta³y w nim sprawy niezbyt czêsto omawiane przez innych badaczy, m.in. zwi±zane z prawem autorskim tzw. zdjêæ legitymacyjnych. Otó¿, jak podaje Or¿ewski, ich rozpowszechnianie oraz stosowanie do innych celów ni¿ nazwa wskazuje, wymaga zgody autora zdjêæ. Jest to bardzo ciekawy aspekt i, moim zdaniem, wymaga odrêbnej dyskusji.
Nie ¿±da³am od autora pierwszej w polskiej literaturze prawniczej ksi±¿ki o prawie autorskim w fotografii skrupulatnego opisu wszystkich sytuacji mog±cych zaistnieæ w tzw. ¿yciu fotografa i mi³o¶nika fotografii. Jest to po prostu niemo¿liwe. Jednak przytoczenie choæby kilku konkretnych przyk³adów pomog³oby czytelnikom mniej lub bardziej zorientowanym w polskiej ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Przed Or¿ewskim omówienia tej tematyki podjêli siê m.in. Jan B³eszyñski i Ewa Ferenc−Szyde³ko. Jednak zawsze by³y to krótkie artyku³y, a z racji momentu publikacji, rozpatruj±ce stan prawny dotycz±cy ustawy z 1952 (B³eszyñski). Pierwsza polska ustawa o prawie autorskim z 1926 r. po macoszemu potraktowa³a fotografiê. I my¶lê, ¿e Or¿ewski równie¿ niezbyt pomóg³ fotografom i amatorom fotografii. Zaprezentowa³ bowiem temat do¶æ akademicko. Przedstawi³ interesuj±ce wyk³ady bez odniesienia do postêpowania praktycznego. Nie czyni³abym wyrzutów, gdyby nie fakt, i¿ autor sam zapowiedzia³ taki stan rzeczy. Przyznajê jednak, ¿e atutem jest, i¿ zawar³ w swej ksi±¿ce wzory ró¿nych umów, m.in. umowy o rozpowszechnienie wizerunku, umowy o dzie³o z fotografem. Co prawda, mo¿emy odnale¼æ je w innych publikacjach, ale zgromadzone tutaj umo¿liwi± zainteresowanym szybkie ich odnalezienie.