Dyskurs publiczny zrobi³ nam siê mêtny, redundantny, ozdobny. Korzeni takiego dyskursu mo¿na szukaæ w degeneracji patriarchalnej retoryki, któr± musia³ w jakim¶ tam stopniu opanowaæ ka¿dy szlachetka. W czasach staropolskich retoryka ta s³u¿y³a szlachetkom do porozumiewania siê miêdzy sob±, pó¼niej jej celem by³o ju¿ chyba tylko manifestowanie przynale¿no¶ci do tej grupy, z naturalnym przesuniêciem akcentów ze szlachectwa dziedzicznego na symboliczne, uzyskiwane drog± awansu spo³ecznego.
Wspó³cze¶nie dyskurs ten konserwuje tzw. scena polityczna. Norm± sta³ siê tam misiek w po³yskliwym krawacie, który zacieraj±c r±czki wyja¶nia, ¿e „w d³u¿szym okresie czasu” sprawy maj± siê tak, a „na dzieñ dzisiejszy” – inaczej. Je¶li misiek nie chce czego¶ powiedzieæ wprost, to mówi: „powiem tak” (i nastêpuje tzw. ¶ciema), a jak chce zyskaæ opiniê protowykszta³ciucha, to dodaje co¶ z angielska. Nie musi to byæ od razu przys³owie. To mo¿e byæ angielskie s³owo, przyobleczone w polski kostium narodowy, najlepiej kontusz. Misiek zatem „aplikuje o ¶rodki”, nigdy nie wystêpuje o nie, a prawdziwym jego celem jest „naprawa ekonomii”, nigdy nie gospodarki, bo gospodarka pachnie gumnem. Edukacja jest lepsza od o¶wiaty, prezydent od prezesa, subskrypcja od prenumeraty. I kto, jak nie misiek, móg³ zamieniæ w Bydgoszczy wypróbowan± Akademiê Techniczno−Rolnicz± na Uniwersytet Technologiczno−Przyrodniczy? Bo on my¶li, ¿e „technology” to po polsku w³a¶nie „technologia”. I w ten sposób makaronizmom nie bêdzie koñca.
Nie wszystkie te makaronizmy i manieryzmy s± oczywi¶cie tak zabawne, jak „Lubusky Scientific Society”. Tu tylko „society” jest s³owem banalnym i pozbawionym uroku. ¦mieszno¶æ „lubusky’ego” wynika z jego absolutnej jêzykowej niepotrzebno¶ci. No i jeszcze mamy „scientific”, które misiek uwa¿a za odpowiednik „naukowego”, podczas gdy oznacza to mniej wiêcej „przyrodoznawcze”. W Polsce, podobnie jak we Wspólnocie Niepodleg³ych Pañstw, wszystko jest bardzo „scientific”, nawet lubelskie biblioteki naukowe (z Wojewódzk± im. Hieronima £opaciñskiego), tak jak je okre¶la angielska nazwa regionalnego katalogu centralnego (WKLBN). „Scholarly” czy „research” (o bibliotekach) lub „learned” (o towarzystwie)? Przyznaj± Pañstwo, ¿e takim okre¶leniom zupe³nie brakowa³oby stylowo¶ci.
Mówimy tu oczywi¶cie o zjawisku kalki jêzykowej. Byæ mo¿e jest jaka¶ rozprawa, która bada to zjawisko w kontek¶cie losów kultury s³abej, skazanej na import rozwi±zañ organizacyjnych, procedur i idei, która w koñcu zaczyna importowaæ równie¿ brzmienia. Co¶ takiego jak „ofis” i „kofi brejk” w rosyjskiej kulturze biura i konferencji. Mieli¶my te¿ w naszym ¶wiecie akademickim przyk³ad wkroczenia kalki, a nastêpnie schowania jej wraz z rezygnacj± z jakiegokolwiek przek³adu. Chodzi o European Credit Transfer System (ECTS), co najlepiej by³oby przet³umaczyæ, jako Europejski System Przenoszenia Zaliczeñ. Na pocz±tku pojawi³y siê dziwol±gi w rodzaju Europejskiego Systemu Transferu Kredytów, po pewnym czasie – „punktów kredytowych”, ale powo³any w ten sposób do ¿ycia kredyt zasadnie nie doczeka³ siê uznania i z rumieñcem wstydu zszed³ ze sceny. Punkty jednak zosta³y. Zaliczenie by³o zbyt trywialne, by zak³ócaæ akademickie dostojeñstwo, z jakim realizujemy proces boloñski. Ostatnio pojawia siê wersja „punktowy system oceny postêpów w nauce odpowiadaj±cy standardowi ESTC” – czyli znika idea transferu – lub „system akumulacji i przenoszenia osi±gniêæ studenta”. Mimo ¿e kwestia, jako czysto formalna, mo¿e byæ uznana za nieistotn±, nastêpuje tutaj pewne przesuniêcie akcentów, które chyba odziera polski odpowiednik z pe³nego znaczenia orygina³u.
Do realnych nieporozumieñ mo¿e za¶ prowadziæ inna jeszcze kalka, któr± upowszechni³ ¶p. Komitet Badañ Naukowych. Czym dla Pañstwa jest monografia? Dawniej chodzi³o o dzie³o ksi±¿kowe na konkretny, w±ski, ¶ci¶le okre¶lony temat. Nie podrêcznik, nie synteza, nie rozleg³a praca porównawcza. Praktyka KBN rozci±gnê³a jednak ten termin na wszystkie ksi±¿ki, zgodnie ze znaczeniem angielskiego terminu „monograph”, który oznacza publikacjê ksi±¿kow± w odró¿nieniu od artyku³ów w czasopismach, pracach zbiorowych, materia³ach konferencyjnych oraz od samych czasopism. Mamy teraz tak, ¿e w niektórych statystykach oddzielnie liczy siê skrypty i podrêczniki, w innych – nie, i wtedy powinno siê przyjmowaæ, ¿e „monografia” znaczy „ksi±¿ka”. Czê¶æ pracowników nauki, zw³aszcza humanistów, ma jednak prawo nie rozumieæ, o co tu chodzi, i pytaæ o „pozosta³e ksi±¿ki”. A opinia publiczna my¶li, ¿e siê powinno pytaæ o „wydawnictwa zwarte”, bo tak jest w przepisach bibliograficznych. Ale nie jest to prawda. Wydawnictwa zwarte znik³y stamt±d ju¿ w 1985 roku.