Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje





Uczony wydaje siê bardziej zawalidrog± ni¿ obiektem dumy narodowej. Zajmuje siê rzeczami nie pierwszej potrzeby, odci±ga m³odzie¿ od spraw wa¿niejszych.

Nauka a sprawa polska

Tomasz Goworek

Zacznijmy od tego, ¿e w Polsce nie bardzo wiadomo, co to jest nauka. Mówimy „nauka chodzenia”, „nauka pisania”, „nauka jazdy samochodem”, „nauka jêzyków obcych”, „nauka obs³ugi komputera”. S³owo nauka pochodzi od „uczyæ siê”. Nauka to znaczy przyswojenie sobie, opanowanie pewnych umiejêtno¶ci, które innym s± doskonale znane. Nagminnie mylimy naukê, pewn± dziedzinê twórcz±, z przyswajaniem. Oto telewizja pokazuje, ¿e jaka¶ instytucja zorganizowa³a dla swoich pracowników dwudniowe zajêcia, na których maj± siê oni nauczyæ operowania nowymi przepisami, formularzami. Telewizja mówi, ¿e to jest „seminarium naukowe”. Rozumienie nauki jako wszelkiego przyswajania jest do¶æ powszechne. Pogl±d taki podziela nie tylko prosty lud, tak naukê rozumiej± politycy. Co gorsza, wielu uprawiaj±cych „naukê” te¿ (bo przy takim rozumieniu rzeczy i pseudonauka te¿ siê zmie¶ci). Termin nauka staje siê niezmiernie rozci±gliwy, mo¿e obejmowaæ kopiowanie, kompilowanie itp. Zbudowanie gulgotiery nie wyró¿niaj±cej siê ¿adnym nowatorstwem bardzo chêtnie jest zaliczane do nauki i op³acane jako koszta uprawiania nauki.

No to mo¿e mówmy „badania”. Ale to te¿ niewiele znaczy. Mo¿na zbadaæ teren, sytuacjê, mo¿na zbadaæ chorego. Badanie oznacza czynno¶æ protokolarn±: co¶ zaobserwowa³em, spisa³em, stwierdzi³em stan rzeczy, nawet wyci±gn±³em wnioski. Nie musi byæ w tym zawarta nowa my¶l. Mówi siê te¿ „badania naukowe”, ale to ju¿ tr±ci mas³em ma¶lanym.

Wodzowie i piêknoduchy

Nie mamy odpowiednika s³owa „science”. Widocznie nie by³o nam potrzebne. Gdy powstawa³a nauka wspó³czesna, bawili siê ni± gentlemani, którzy mieli czas. W Anglii, Francji cz³ek dobrze urodzony tym wyró¿nia³ siê od mieszczanina (który te¿ miewa³ du¿e pieni±dze), ¿e mia³ czas i okazywa³ ten luz uczestnictwem w kulturze. Nauka jest czê¶ci± kultury. Kto u nas mia³ siê tym zajmowaæ? Hreczkosieje? Dobrzyñscy? Krepsztulowie z Kup¶ciami? Ci naprawdê bogaci te¿ nie kwapili siê do zajêæ intelektualnych. Mo¿na przeczytaæ w naszych gazetach, ¿e „dwory polskie promieniowa³y kultur±”. Przepraszam, czym promieniowa³y? Poczytajcie Kitowicza. Na kogo promieniowa³y? Dalibóg nie wiem. Nawet w czasach ¶wietno¶ci Akademii Krakowskiej synowie szlacheccy stanowili tylko ósm± czê¶æ ¿aków. Pisa³ Sobieski do Marysieñki o edukacji syna: „¿al mi Minionka, ¿e mu siê tak preceptorowie naprzykrzaj± z nauk±. Wola³bym, ¿eby siê nie uczy³, ani¿eli mia³ straciæ fantazjê”.

Czy nauka jest czê¶ci± kultury? – te¿ chyba mamy w±tpliwo¶ci. Aktor teatrzyku kabaretowego, malarz niedzielny – tak, to s± ludzie kultury. Ale wybitny matematyk? Mikrobiolog? Czy¿by? A kto jest elit± spo³eczeñstwa? Przez jaki¶ czas wmawiano, ¿e to s± politycy. Ale je¿eli dzi¶ w mediach kto¶ mówi „nasze elity”, to najczê¶ciej ma na my¶li sfery do¶æ podejrzane.

Nauka, jako wa¿na dziedzina dzia³alno¶ci ludzkiej, a nie zabawa dziwaków, zaczê³a siê wtedy, gdy dla nas skoñczy³ siê byt pañstwowy. Odt±d stale walczyli¶my o niepodleg³o¶æ, co ³atwo kojarzy³o siê z przywróceniem jakiego¶ status quo ante, a ante tej nauki nie by³o. To ciekawe, ¿e choæ utrata niepodleg³o¶ci 200 lat temu nie stanowi³a ¿adnej przeszkody w uprawianiu nauki, bo w owym czasie badania nie by³y zbyt drogie i nie wymaga³y znacznych nak³adów, to jednak chêtnych do tego zajêcia nie by³o. Pozytywi¶ci niewiele wskórali, coraz rusza³a – hu−ha! – w pole wiara, panie dar³y szarpie. Nasz najwiêkszy sukces naukowy z koñca XIX wieku – panna Marynia Sk³odowska. Ale wyjecha³a z Polski, nie musia³a siê wprawiaæ w darciu szarpi (acz przed wyjazdem wyra¼nie ci±gnê³o j± w tê stronê).

Od pokoleñ najwa¿niejsza by³a walka. Idolami mogli byæ tylko zwyciêscy wodzowie. Figura szafuj±ca koszarow± ³acin±, absolwent zawodówki, raczej nie z³otousty. Ale dokonali wielkich rzeczy. Nie piêknoduchy, ale ludzie czynu. Wodzowie, którzy porwali siê na dzie³o, jakie innym wydawa³o siê niemo¿liwe do realizacji. Wielki mir osób nieprzesadnie wykszta³conych u ludu wynika nie tyle z uznania dla ich osi±gniêæ (któ¿ zna prawdziwe osi±gniêcia; historiê tworz± nie wodzowie, tylko ich propagandy¶ci), ile z ³atwo¶ci identyfikacji siê z nimi. Oto pro¶ci ludzie, jak my, nie jakie¶ mêdrki, a tyle zdzia³ali! Ja te¿ móg³bym byæ taki, gdyby historia akurat na mnie palcem wskaza³a. „Z takich jak my by³ G³owacki!” Czy mo¿e zjadacz chleba identyfikowaæ siê z Einsteinem? Bywa, ¿e z Napoleonem.

Kariera leninowskiej kucharki

W takiej sytuacji uczony wydaje siê bardziej zawalidrog± ni¿ obiektem dumy narodowej. Zajmuje siê rzeczami nie pierwszej potrzeby, odci±ga m³odzie¿ od spraw wa¿niejszych. Prawda, ¿e w II RP na prezydentów brali¶my profesorów, ale jednego ustrzelili¶my, drugiego trzeba by³o si³± odsun±æ od w³adzy, dopiero trzeci by³ bardziej pos³uszny. Jakich¶ plusów móg³by uczonemu przysporzyæ status maj±tkowy – kto ma pieni±dze, ten widaæ spo³eczeñstwu, co na niego ³o¿y, jest potrzebny. Argument maj±tkowy, przyt³umiony nieco w czasach PRL, powróci³ ze zdwojon± si³±. Chudopacho³ek nie mo¿e s³u¿yæ za atut w dyskusji o wa¿no¶ci ju¿ nawet nie nauki, a po prostu wykszta³cenia. Gorszy³o nas has³o „nie matura, lecz chêæ szczera...”, ale chodzi³o tam zaledwie o porucznika czasu wojny, miêso armatnie. Dzi¶ bez matury dostêpne jest ka¿de stanowisko. Leninowska kucharka doczeka³a swoich wielkich dni.

Z biegiem lat, z pokolenia na pokolenie, narasta³a obojêtno¶æ wobec kszta³conych, lekcewa¿enie, potem z³o¶æ, bywa ¿e nienawi¶æ. Przyk³ad pierwszy: w czasie g³o¶nego procesu o zabójstwo maturzysty jeden z oskar¿onych, zapytany, czemu w³a¶ciwie wybieg³ z baru i przy³±czy³ siê do bij±cych, odpowiedzia³ szczerze: „Bo ja nienawidzê studentów” (przed laty sam cudem uszed³em z porwania, kiedy mi gro¿ono ¶mierci±, bo wygl±da³em na studenta). Przyk³ad drugi: w poci±gu mój wspó³pasa¿er, stateczny zadbany mieszczuch, perorowa³: „Co z tymi studentami! Nic nie robi± i jeszcze im p³ac±. Panie, gdzie tu jest logika?!” Przyk³ad trzeci: w roku 1991 uczelnie zmienia³y statuty. W statucie jednego z uniwersytetów znalaz³ siê do¶æ oczywisty zapis, ¿e gdy w katedrze zabraknie profesora lub doktora habilitowanego, to rektor mianuje kuratora katedry. Lokalna mutacja „Gazety Wyborczej”, organu chyba najbardziej inteligenckiego, zawrza³a oburzeniem, ¿e katedr± musi kierowaæ jaki¶ m±drala. „Doktor Balcerowicz kieruje gospodark± pañstwa, magister Bielecki jest premierem. [Do autorów statutu] kierujemy dwa pytania: 1. co zdarzy³o siê w Polsce 4 czerwca 1989 roku?” Przysz³a kucharka z rekomendacj± od Lenina? Balcerowicz musia³ sprawiæ du¿y zawód przenosz±c siê miêdzy profesory. Jednolity front: do¶æ tych przem±drza³ych jajog³owych. Prof. Blikle postanowi³, zgodnie z tradycj± rodzinn±, zrobiæ dyplom mistrzowski cukiernika. Massmedia wpad³y w sza³ rado¶ci. Hosanna! No nareszcie! Mo¿e skoñczy z jak±¶ durn± matematyk±, zamieni akademiê nauk na p±czkarniê. Telewizja i radio odkry³y nawrócenie marnotrawnego. W wyborach prezydenckich roku 1991 naród szybko zdecydowa³: ka¿dy, tylko nie intelektualista. Niech bêdzie jaki¶ sfinks zamorski, byle nie m±drala. Ciekawe, ¿e „precz z m±dralami!” krzycz± czasem osoby z dyplomem (nawet doktorskim).

Nie kojarzy siê

Dalekim echem tych pogl±dów jest spo³eczna akceptacja u³amka procentu PKB na naukê. Czy nauka jest potrzebna – ludzie nie wiedz±. ¯e komórka, ¿e satelita, ¿e Internet („¿e Stasiek, ¿e koñ...”) – nie kojarzy siê i ju¿. Sk±d siê bior± te cudowne gad¿ety wokó³ nas? To proste: przychodzi biznesmen, stwarza miejsca pracy i produkuje. I ju¿. Stwarza siê, jak wiadomo, z niczego i ¿adni konstruktorzy, technolodzy, a ju¿ nie daj Bo¿e naukowcy, nie s± stwórcy potrzebni. No a jako¶ tak jest na ¶wiecie, ¿e wypada daæ na naukê (co¶ tak jak z krawatem, który ka¿± nosiæ, choæ nie wiadomo, po co). Trudno, niech ju¿ co¶ wezm± z sakiewki, bo taki zwyczaj, ale ¿eby byæ przekonanym...

Trzeba daæ, tylko na co? Co to jest ta nauka?! Trudne pytanie, przy wieloznaczno¶ci terminu „nauka” w naszym jêzyku i przy najni¿szym w Unii PKB. Trzeba siê powa¿nie zastanowiæ, na co wydaæ cenne z³otówki, ¿eby by³ i po¿ytek dla kraju, i satysfakcja dla fundatora. Zastanowiæ siê, to przede wszystkim odró¿niæ naukê od przyswajania i naukê od pseudonauki.

Prof. dr hab. Tomasz Goworek pracuje w Instytucie Fizyki w UMCS w Lublinie.
Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje

Page Not Found - Forum Akademickie

Błąd 404 - Strona o podanym adresie nie istnieje