W swym artykule w „Forum Akademickim” (nr 7−8, 2007) Zbigniew Rykiel pisz±c o przyczynach i konsekwencjach upadku dobrych obyczajów w wy¿szych uczelniach zwi±za³ ten problem ze zjawiskiem pauperyzacji zawodu nauczyciela i trwaj±cej od lat negatywnej selekcji do tego zawodu, skutkuj±cej upadkiem edukacji. Dostrzeg³ alarmuj±cy objaw m.in. w pojawieniu siê u dzieci i nasilaniu ró¿nych postaci dysfunkcji, rodzaju ucieczki od szkolnego trudu. Klucz do poprawy systemu edukacji widzi autor w wypracowaniu kodeksu etycznego wspólnoty akademickiej i w znacznych podwy¿kach uposa¿eñ nauczycieli szkó³ podstawowych.
S± to jednak ¶rodki ubogie i szablonowe, przy tym jednostronne (podwy¿ki) lub wytarte (etyka), by wystarczy³y dzi¶ do odwrócenia tendencji upadku i przywrócenia racjonalnego oblicza edukacji.
Bo to nie brak czy nieznajomo¶æ uznanych powszechnie zasad i norm etycznych jest przyczyn± upadku dobrych obyczajów, zreszt± u znacznie szerszych krêgów spo³eczeñstwa, ale ich omijanie, naci±ganie i zgo³a lekcewa¿enie. Uchwalanie nowego kodeksu etycznego niczego nie zmieni. A zwiêkszenie, nawet znaczne, uposa¿eñ nauczycieli nie tylko szkó³ podstawowych, bez wnikniêcia w objawy i g³êbokie przyczyny upadku edukacji, niczego w niej nie poprawi, rozwoju choroby nie powstrzyma. Raczej j± pog³êbi, bo po¶rednio utwierdzi w prze¶wiadczeniu o prawid³owo¶ci fa³szywej w istocie drogi, któr± idzie edukacja.
Upadek obyczajów w wy¿szych uczelniach (czy tylko?) mo¿na odwróciæ nie tyle kodyfikacj± etyki, bo przecie¿ ona powiedzia³a wszystko, co raczej wskazuj±c konkretne miejsca i objawy tego zjawiska, piêtnuj±c je, ale te¿ analizuj±c, jak powsta³y i wskazuj±c w³a¶ciwe rozwi±zania.
Id±c t± drog±, spójrzmy najpierw na dzia³anie wy¿szych uczelni, a nastêpnie skierujmy uwagê na edukacjê powszechn± (podstawow± i ¶redni±). We¼my naj¶wie¿szy przyk³ad.
W wyniku zaleceñ czy nacisków z UE wprowadza siê w Polsce pospiesznie tzw. standaryzacjê kszta³cenia i zwi±zane z ni± studia dwustopniowe w uczelniach. Nie dostrzeg³em jednak ¿adnych publicznie wyra¿onych g³osów, analizuj±cych lub kwestionuj±cych b±d¼ standaryzacjê, b±d¼ wprowadzan± now± organizacjê studiów. Spo³eczno¶æ akademicka przyjê³a te zmiany potulnie, z pe³n± obojêtno¶ci±, a czê¶æ nawet znalaz³a w nich pole do ³atwej i p³ytkiej kariery oraz zdobycia lub zachowania uprzywilejowanej pozycji. Zarówno gorliwo¶æ w fa³szywym dziele, jak i obojêtno¶æ („tumiwisizm”), to wymowne ¶wiadectwo i przyk³ady upadku obyczajów. Tymczasem zarówno standaryzacja, jak i zmiana organizacji studiów dla powa¿nie traktowanego systemu kszta³cenia, s± istotnym zagro¿eniem i w najmniejszej mierze ulepszeniem.
Idea standaryzacji, rozumiana jako ujednolicenie programów i wymagañ na ca³ym obszarze UE (a nawet szerszym), jest pomys³em zdumiewaj±cym. Wprowadza siê j± rzekomo dla umo¿liwienia mobilno¶ci studentów, czemu jednak¿e owa turystyka ma s³u¿yæ, skoro wszystkie uczelnie bêd± jednakowe, ujednolicone standardami?
Je¶li za¶ spojrzeæ na przyjête w Polsce standardy, np. z matematyki dla ró¿nych kierunków politechnicznych, to jaskrawo widaæ ich zupe³ne niedbalstwo lub zgo³a niechlujstwo czy niedo³êstwo (standardy bliskich merytorycznie wydzia³ów bywaj± diametralnie ró¿ne, a wszystkie niechlujne – wyrywkowe, mieszaj± kwestie rangi podstawowej z mia³kimi).
Ale czy ogólnikowymi has³ami standardu lub nawet jakiegokolwiek programu da siê okre¶liæ zawarto¶æ i warto¶æ opartego na nich wyk³adu czy podrêcznika? Tre¶æ i warto¶æ nauczania tkwi± w realizacji, a nie w standardach, programach lub planach. Dobry wyk³ad lub podrêcznik mo¿e stworzyæ tylko wybitny i uczciwy autor. Dla ustanowienia dobrego nauczania, standaryzacja, programy czy d³awi±ce (bo narzucone wydzia³om) katalogi kursów s± ¶rodkiem martwym (lub mêtn± wod± dla p³ywaków i spryciarzy).
Równie powa¿ne argumenty podwa¿aj± wprowadzenie studiów dwustopniowych. Zilustrujê to na przyk³adzie politechnik. Na stopniu in¿ynierskim, zaplanowanym na 7 semestrów, w czterech semestrach maj± siê zmie¶ciæ wszystkie podstawowe przedmioty teoretyczne, przede wszystkim matematyka, bêd±ca fundamentem teorii technicznych i same owe podstawowe teorie techniczne. Robi siê to kosztem znacznych, zniekszta³caj±cych uproszczeñ w ich wyk³adzie i prowokuje do lekcewa¿enia.
Ta uproszczona wiedza ma jednak wystarczyæ na stopniu drugim, magisterskim, który zaplanowano na 3 semestry i nie ma ju¿ na nim ani czasu, ani mowy o pog³êbieniu, którego wymaga³yby np. wy¿sze dzia³y matematyki, ale i korzystaj±ce z nich teorie techniczne. Nie mówi±c ju¿ o tym, ¿e zanim student dotrze do stopnia magisterskiego, p³ytka wiedza matematyczna i teoria techniczna stopnia in¿ynierskiego po prostu ulotni± siê z g³owy. Przecie¿ to wszystko dzieje siê w warunkach powa¿nego upadku edukacji powszechnej, która nie przygotowuje dzi¶ nale¿ycie do ¶cis³ych studiów wy¿szych i w warunkach równie powierzchownego, niedba³ego kszta³cenia w uczelni. Studia doktoranckie tego nie wyrównaj±, bo wszystko jest powierzchowne.
Niektóre uczelnie w pogoni za studentami (za czym idzie przyznawany limit finansowy) i wspieraj±c siê demagogicznymi zarz±dzeniami MEN (np. amnesti± maturaln±, ale te¿ nakazem uznawania ocen maturalnych CKE) id± jeszcze dalej: ¿eruj±c na rozbitkach bez elementarnej wiedzy, tworz± p³ytkie kursy „kszta³cenia podstawowego”, koñcz±ce siê dla nich na ogó³ katastrof± (zwerbowaæ, byle zdobyæ parê punktów w limicie finansowym).
Takie s± – ju¿ na wstêpie mocno w±tpliwe – za³o¿enia, ale po drodze jest realizacja. Mogê przedstawiæ, jak wygl±da ona w Politechnice Wroc³awskiej, przynajmniej w zakresie matematyki, która przecie¿ ma s³u¿yæ jako oparcie i fundament podstawowym teoriom technicznym, bez nich nie ma in¿yniera.
Dydaktykê matematyki obs³uguje w ca³ej uczelni Instytut Matematyki i Informatyki. Jest oczywiste, ¿e ró¿ne wydzia³y maj± ró¿ne potrzeby w zakresie wiedzy matematycznej, to zró¿nicowanie zosta³o – aczkolwiek niestarannie – wyra¿one w standardach ministerialnych. Do opracowania nowych programów dyrekcja powo³a³a komisje, jednak¿e ani jedna, ani druga nie og³osi³a konkursu na opracowanie nowych programów. Mimo to projekty do stopnia in¿ynierskiego czterech najbardziej „matematycznych” wydzia³ów zg³osi³ – z poczucia obywatelskiego obowi±zku – niezale¿ny dwuosobowy zespó³ (emeryt i pracownik instytutu). Dyrektor instytutu zapewni³ solennie, ¿e zostan± wnikliwie rozpatrzone. Projekty te znalaz³y nawet ¿ywe zainteresowanie i pe³ne poparcie trzech wa¿nych wydzia³ów (do w³adz czwartego wydzia³u projektodawcom w nat³oku i pêdzie wydarzeñ nie uda³o siê dotrzeæ).
Rzeczywisto¶æ ukaza³a, jak w praktyce wygl±da rozumienie dobrych obyczajów w wy¿szej uczelni. Zastêpca dyrektora instytutu ds. dydaktyki wykrêtnie zwodzi³ autorów projektów przez ponad trzy miesi±ce, a¿ kwestia rozwa¿enia programów i decyzji – w przyspieszonym biegu przygotowañ do wprowadzenia nowej organizacji studiów – sta³a siê nieaktualna. Komisja programowa spe³ni³a jedynie rolê figuranta, a o dba³o¶æ o dobro nauczania i s³owno¶æ (honor) nale¿a³oby zapytaæ p. dyrektora (autorom niezale¿nych programów nie raczy³ udzieliæ odpowiedzi).
A jakie programy zosta³y przyjête? Otó¿ nie programy, lecz jeden „uniwersalny” program dla wszystkich wydzia³ów, maj±c za nic standardy, ich zró¿nicowanie ze wzglêdu na wydzia³y i ich ró¿ne potrzeby w zakresie matematyki.
Warto ujawniæ kulisy takiego zachowania instytutu. Otó¿ ów jedyny, instytutowy, uniwersalny program to w³a¶ciwie czê¶æ wspólna kilkunastu pozornie ró¿nych programów jednego pochodzenia i kamuflowanego autorstwa, które (wszystkie pisane na jedno kopyto) oparte by³y – powiedzmy to eufemistycznie: „z pewnych powodów” – na uprzywilejowanej od 15 lat w instytucie serii skryptów prywatnego wydawnictwa, bêd±cego w³asno¶ci± dwóch pracowników instytutu.
Skrypt ów jest w³a¶nie zalecany w przyjêtym przez instytut programie do nowej organizacji studiów, jako g³ówna pozycja literatury i to na wszystkich zró¿nicowanych wydzia³ach uczelni (dla kamufla¿u jawnej tendencyjno¶ci dodano, co prawda trudny, nieprzystêpny, a nawet nieco przestarza³y podrêcznik ¯akowskiego−Decewicza i jaki¶ zbiór zadañ, ale uprzywilejowana pozosta³a owa seria).
Gdyby¿ ów skrypt by³ dobr± pomoc± dydaktyczn±, nie by³oby mo¿e o co kruszyæ kopii (choæ zawsze jaka¶ w±tpliwo¶æ etyczna by siê tli³a). Niestety, jest to najgorszy skrypt, jaki mo¿na by zaleciæ studentom, szczególnie dzisiejszym, s³abo przygotowanym do studiów politechnicznych: chaotyczny, wprowadzaj±cy do studenckich g³ów kompletny zamêt. Tak oceniaj± go nawet bardziej rozgarniêci studenci.
Trwa³ym skutkiem stosowania owych skryptów jest od lat, nieznane dawniej, sta³e ju¿ teraz zjawisko kursów powtórkowych i to wielokrotnych – a¿ do skutku – nie tylko ze wszystkich kursów matematycznych, ale te¿ wszystkich kursów z podstawowych teorii technicznych, do których matematycy nie przygotowali nale¿ytych podstaw. Na monopolu u¿ywanych w uczelni chaotycznych, ale uprzywilejowanych skryptów nawet tego siê zrobiæ nie da (a s± to kursy na koszt samych studentów, wiêc uczelni to nie boli, bo nawet na tym zarabia; to te¿ przyczynek do dyskusji o dobrych obyczajach).
Problem dobrych obyczajów ilustrowa³em na przyk³adzie uczelni, któr± znam najlepiej (sam w niej pracowa³em), jednak¿e stosunek do standardów i dwustopniowej organizacji studiów jest w innych uczelniach podobny. Nie przyk³ada siê na ogó³ szczególnej troski do warunków, jakie stwarza siê studentom w ich trudzie studiowania. Mam na my¶li przede wszystkim jako¶æ wiedzy, wiêc jako¶æ wyk³adu i podrêcznika oraz nale¿yt± korelacjê miêdzy nimi, ¿yczliwo¶æ (a nie odfajkowanie) konsultacji, a tak¿e rozs±dne wymagania w aspekcie dostosowania do celu, któremu maj± s³u¿yæ, a w koñcu rozwa¿n± ocenê merytoryczn±, a nie modn± i wygodnick± punktow±.
Mo¿na te¿ spojrzeæ na stosunki w uczelni od strony pracownika naukowego. Znajduje siê on w ¼le, jednostronnie ustawionych warunkach. Wymaga siê od niego zarówno najlepszych efektów nauczania, jak te¿ wyników pracy naukowej, dokumentowanej publikacjami, z przesadnym naciskiem na te ostatnie. Skutkuje to zaniedbywaniem dydaktyki, której niedoci±gniêcia, przy braku precyzyjnej miary ich jako¶ci, ³atwiej ukryæ (szczególnie przy czêstej zmianie obsady: kto wtedy za co odpowiada?). Osi±gniêcie oryginalnego wyniku naukowego w ¶wiecie, w którym na tej samej niwie ¶cigaj± siê dziesi±tki tysiêcy konkurentów, nie jest ³atwe. A czy ma sens w ka¿dej uczelni? Jest te¿ pytanie, czy osi±gniêty wynik jest warto¶ciowy i czy do czego¶ rzeczywi¶cie przydatny, czy te¿ staje siê tylko pozycj± w literaturze, co jest raczej najczêstszym przypadkiem? A dla efektów kszta³cenia istotne jest pytanie, czy nacisk na osi±ganie problematycznych przecie¿ wyników naukowych równowa¿y widoczne straty w zakresie nauczania.
Wy¿sze uczelnie sk³adaj± winê za swe niedomagania na szko³y powszechne (podstawowe i ¶rednie), jednak¿e warunki dla tych szkó³ wykuwaj± siê w uczelniach, szczególnie (choæ nie tylko) w uczelniach kszta³c±cych nauczycieli, ale te¿ ich nauczycieli lub specjalistów teorii pedagogicznych.
W drugiej czê¶ci artyku³u przedstawiê, jak wygl±da ta edukacja powszechna, dlaczego nie mo¿e ona podo³aæ oczekiwaniom i potrzebom.