Skuteczno¶æ i warto¶æ kszta³cenia na poziomie wy¿szym zale¿y w sposób oczywisty od przygotowania kandydatów na studia, a to jest domen± szko³y powszechnej. Tymczasem edukacja powszechna sta³a siê ciê¿k±, niewydoln± machin±, przeci±¿aj±c± nauczanych kalecz±c ich po drodze, bo nowoczesny system nauczania rodzi dysfunkcje, a wychowawczo zna tylko ma³o skuteczn± perswazjê albo usuniêcie ze szko³y (odrzucenie).
By³ jednak czas, gdy edukacja dzia³a³a w miarê sprawnie i zadowalaj±co. Pocz±tkiem jej ze¶lizgiwania siê by³a radykalna reforma nauczania matematyki z lat 60. Zast±pi³a ona tradycyjny, dobrze funkcjonuj±cy i w pe³ni u¿yteczny kanon matematyki elementarnej nowoczesnymi ideami, szczególnie w czê¶ci geometrycznej. Geometriê Euklidesa, która panowa³a niepodzielnie w nauczaniu przez prawie dwa i pó³ tysi±ca lat, zast±pi³a efemeryda skonstruowana z nowych idei (modnych wówczas w matematyce idei bourbakizmu, o których dzi¶ ma³o kto pamiêta), opieraj±cych matematykê na pojêciu zbioru i wysuwaj±cych na pierwszy plan abstrakcyjne przestrzenie metryczne i afiniczne oraz mo¿liwe w nich przekszta³cenia.
Przede wszystkim pope³niono kardynalny b³±d, uznaj±c zbiór, fundament matematyki, za fundament nauczania matematyki i pakuj±c zbiory nawet do pocz±tkowych klas szko³y podstawowej (podstawa matematyki do klas podstawowych! – zgo³a has³o wyborcze!). Od owego czasu odciê³o to wszelk± pomoc rodziców i otoczenia, bo ta nowa matematyka by³a dla nich czarn± magi±. Stanowi³a te¿ jednak problem dla samych nauczycieli, których poddano pospiesznemu szkoleniu. Sw± zawarto¶ci± mija³a siê tymczasem w istotny sposób z potrzebami nauk stosowanych (w tym technicznych).
Reforma matematyki swoj± nowoczesno¶ci± zarazi³a inne przedmioty, z op³akanym, dzi¶ jaskrawo widocznym skutkiem. Okaza³o siê bowiem wkrótce, ¿e tak abstrakcyjnie ujêtej matematyki w masowym nauczaniu nie da siê zrealizowaæ. Upraszczanie i przykrawanie doprowadzi³o do tego, ¿e w koñcu z piêknej (dla matematyków) idei nie zosta³o nic, a przykrym ubocznym skutkiem by³o zniszczenie sprawnego, racjonalnego systemu kszta³cenia nauczycieli, wypracowanego wysi³kiem poprzednich pokoleñ oraz pe³ne zagubienie klasycznej, racjonalnej my¶li i umiejêtno¶ci pedagogicznych w matematyce, ale te¿ w innych naukach, które uleg³y zara¼liwej modzie nowoczesno¶ci.
Zniszczony reform± lat 60. system kszta³ci³ dwie osobne formacje nauczycieli: nauczycieli nauczania pocz±tkowego w ni¿szych seminariach nauczycielskich (kl. 1−3) i nauczycieli kszta³cenia powszechnego do klas 4−6/7 w wy¿szych seminariach nauczycielskich. Nauczycieli gimnazjum i liceum kszta³ci³ uniwersytet. Jak dowodzi obecne do¶wiadczenie wadliwego, nieporadnego nauczania pocz±tkowego i podstawowego (ale i dalszego), wyodrêbnienie w przedwojennym systemie kszta³cenia nauczycieli dwóch pierwszych formacji by³o rozwi±zaniem trafionym. Nauczanie na tych poziomach, szczególnie na najni¿szym, nie jest bowiem zwyk³ym procederem dydaktycznym. Nie wystarcza tu – a zgo³a zawadza – wysoka wiedza merytoryczna czy wykszta³cenie w psychologii. Temu nauczaniu nie potrafi dzi¶ podo³aæ ¿aden magister ani doktor, a potrafi³ ¶wietnie, merytorycznie i wychowawczo, nauczyciel kszta³cony w ni¿szym seminarium nauczycielskim. Uzyskawszy dyplom, uczy³ ca³e ¿ycie bez potrzeby dorabiania kursów i ustawicznych doskonaleñ; mia³ arytmetykê w g³owie i uczy³ dobrze.
Dzisiejsi nauczyciele z tytu³ami, popychani urzêdniczymi zasadami awansu, „ustawicznie” siê doskonal±cy, s± funkcjonariuszami pilnuj±cymi przesuwania „ta¶my” tzw. zeszytów pracy, w pocz±tkowych klasach maj±cej d³ugo¶æ do 900 stronic wielkiego formatu. Gdyby im owe „zeszyty” usun±æ z pola widzenia, nie umieliby w ogóle uczyæ. A owe zeszyty i lansowana w nich metoda, to – mimo pozornego wyrafinowania – kamieñ ³upany lub prymitywna socha, nielicz±ce siê z podstawowymi biogenetycznymi prawami rozwoju (p. H. Steinhaus, O ¶cis³o¶ci matematycznej, „Matematyka”, nr 5/1958).
Chaos, pchany odgórnymi dyrektywami „nowoczesno¶ci tre¶ci, intensywnego stosowania nowych technologii, natychmiastowych zastosowañ i aktywizacji”, podsycany nakazami „ustawicznego kszta³cenia” i p³ytk± mod± sztuczek psychotechniki, dozorowany przez CKE – ci±gnie edukacjê w dó³. Ta edukacja szuka ratunku w zerówkach oraz w obni¿eniu wieku szkolnego i przedszkolnego, rabuj±c dzieciom ich dzieciñstwo (lub w drug± stronê – w przed³u¿eniu liceum), a wiedzê, której nie potrafi przekazaæ w szkole, usi³uje wymusiæ niemal policyjnymi metodami CKE.
Tê such± relacjê trzeba uzupe³niæ konkretnymi obrazami nauczania i porównaniem. Jak zapewne pamiêtaj± starsze osoby, dzieci uczy³y siê dawniej czytania na niewielkim poczciwym Elementarzu Falskiego, a pisania (z kaligrafi±) – na prostych zeszytach w trzy linie, u³atwiaj±cych równe pisanie, i to nie wygodnym d³ugopisem, ale stalówk± z ka³amarza. Zeszyt by³ wizytówk± i chlub± ucznia, a gro¿±cy w owych warunkach kleks – wstydem. Zakres s³ownictwa czytanego i pisanego, w szkole normowany, ale nietamuj±cy przecie¿ s³ownictwa mówionego, umiejêtnie regulowa³ Elementarz. Nad poprawno¶ci± form i pisowni czuwano dyskretnie, poprzez wzorce, a nie regu³y i dryl. Gramatykê wdra¿ano przyk³adem poprawnej mowy, a nie dyktandami i egzekwowaniem regu³ek.
Arytmetyki dziecko uczy³o siê na patyczkach: do³o¿enie 3 patyczków do 5 naocznie pokazuje wynik 8, podobnie jak odjêcie 4 patyczków od 7 – wynik 3. Przy wiêkszej ilo¶ci wi±za³o siê je po 10 i mieli¶my jedn± wi±zkê i 3 lu¼ne patyczki, czyli 10 i 3 lub wprost 13. Gdy by³o tylko 10 patyczków, to mieli¶my jedn± wi±zkê i nic patyczków lu¼nych. Dla „nic” przyjmiemy znak 0 (znak−cyfrê, a nie liczbê) i mamy 10, zapis dwucyfrowy. Potem wi±zki, ju¿ w wyobra¼ni, ³±czy³o siê w „paczki” – setki.
W naturalny sposób i dyskretnie, organicznie, bez humbugu, rodzi siê pojêcie systemu dziesiêtnego, rozwijane w równie naturalny sposób na tradycyjnym liczydle (abaku, na którym dawniej potrafiono czyniæ cuda, patrz choæby opowiadanie Korepetytor Czechowa). Pomoc±, raczej dla nauczyciela ni¿ ucznia, by³ niewielki zbiorek zadañ Rusieckiego (ma³y format i tylko 70 str., dla ka¿dej z klas 1−3); zbiorek nie do wertowania czy wkuwania, a tylko do czerpania z niego na proste polecenie nauczyciela: „dziecko przepisz ten s³upek lub zadanie i oblicz”.
Zeszyt w kratkê lub trzy linie s³u¿y³ intensywnie i trwale wyrabianiu pisma i charakteru i by³ ¶wiadectwem w³o¿onego wysi³ku i pracy.
A jak siê to dzieje dzi¶? Maluchy, dzieci w ka¿dej z klas 1−3, s± wprost przyt³oczone ksiêgami ogromnego bajkowego formatu i objêto¶ci, zwanymi eufemicznie „zeszytami pracy”, w 4, 5 lub nawet 8 czê¶ciach (bo wolny rynek jest szczodry – dla swej kieszeni), o ³±cznej objêto¶ci od 400 do 900 stron. Owe „zeszyty” s± drukowanymi ksi±¿kami jednorazowego u¿ytku (miód dla wydawnictw), wype³nionymi wszelakiego rodzaju mieszanin± obrazków i tekstu, z pustymi kratkami, w których dzieci wpisuj± (raczej bazgrz±) jaki¶ brakuj±cy fragment lub odpowied¼. A i ten monstrualny piêcio− czy o¶mioksi±g jest „wzbogacany” mas± kserowanych lub drukowanych tekstów: zadañ, æwiczeñ oraz dodatkowych 16−stronicowych, drukowanych „zeszycików pracy” po¶wiêconych ortografii i gramatyce. Ju¿ w klasach pocz±tkowych zamiast cierpliwo¶ci i spokoju – dyktanda z ortografii (horror!), a z ow± ortografi± i gramatyk± maj± dzi¶ pospolicie k³opot studenci; jeszcze na pewnych typach wy¿szych uczelni wprowadza siê obowi±zkowy jêzyk polski.
W owych „zeszytach pracy” umieszczono, a raczej wpl±tano czy ukryto arytmetykê, i to w bardzo wymy¶lny, fatalny metodycznie sposób. Z prostym, podrêcznym i naocznym ¶rodkiem „patyczków” dzieci siê w tej nauce albo w ogóle nie stykaj±, albo stykaj± siê, gdy s± ju¿ ca³kowicie zbêdne, a ledwie li¼niêty b³ysk rozumienia w przypadkowym zetkniêciu z nimi zostaje przygnieciony mas± zbytecznych, niezbyt m±drych lub zgo³a g³upich „ulepszeñ” w owych „zeszytach pracy” (grafy, drzewka, tabelki, pêtelki zbiorów, krzy¿ówki, szarady). Bez ¿enady po cyfrach 1, 2,... 9, ilustrowanych obrazkiem pêtli−zbioru zawieraj±cych tyle¿ ¿uczków, listków itp., pisze siê 10, a sk±d nagle zapis dwucyfrowy? Spad³ z objawienia genialnych uczonych? Jak na takich obrazkach ma organicznie powstaæ pojêcie systemu dziesiêtnego?
Arytmetyka, ta prosta nauka (gdy j± uj±æ rozs±dnie), zosta³a w owych zeszytach pracy tak gruntownie zagmatwana i przygnieciona, ¿e dzieci jej nie pojmuj± ani nie opanowuj± lub tylko z wielkim trudem i wysi³kiem domu. Przepychane z klasy do klasy musz± nieraz dopiero w gimnazjum dorabiaæ np. procenty, a k³opoty z arytmetyk± i awersja do nauki pozostaj± czêsto na zawsze. Tu rodz± siê owe chorobliwe, gro¼ne dla rozwoju dziecka dysfunkcje i równie szkodliwa paniczna ucieczka od nauki w zastêpcze zachowania, wykraczaj±ce poza ramy norm spo³ecznych, czêsto gro¼ne dla spo³eczeñstwa (kosz na g³owie nauczyciela, sprowokowanie ¶mierci Ani).
Niemaj±ce miary, bezsensowne prze³adowanie i zwi±zany z tym merytoryczno−metodologiczny chaos s± cech± ca³ej edukacji powszechnej. Autorzy podrêczników i pomocy nie panuj± nad swym materia³em, nie potrafi± z niego wydobyæ, wyró¿niæ i przekonuj±co przedstawiæ j±dra, istoty, zastêpuj±c go gadulstwem i objêto¶ci±. Udokumentowanie tego wymaga³oby obszernego artyku³u.
Uczniom przygniecionym t± gór± „wiedzy” s³u¿y pomoc± handel ¶ci±gami, a spiesz± korepetytorzy w supermarketach i gazety. Oto do przygotowania rozwi±zañ zadañ egzaminacyjnych w redakcji zbiera siê trójka redakcyjnych „speców”. A przecie¿ zarówno tym zadaniom, jak i wszystkim egzaminacyjnym wymaganiom (np. maturalnym), ma podo³aæ, w krótkim egzaminacyjnym okresie, samotnie jeden biedak−uczeñ!
Dzisiejsza szko³a jest dla dzieci i m³odzie¿y drog± przez mêkê, a dla spo³eczeñstwa zapor± rozwoju.
Warto mo¿e jeszcze zajrzeæ do edukacyjnej „kuchni”. Tym „zbo¿nym” dzie³em kieruje bowiem ministerstwo edukacji, planuj± i urz±dzaj± elity „wysokich” akademii pedagogicznych (przemianowanych b³yskawicznie z niedawnych WSP), naukowe czasopisma: „Dydaktyka Matematyki”, „NiM” i inne, a patronuj± towarzystwa naukowe i instytuty spraw publicznych.
Oto ministerstwo zleca kosztem pó³ miliona z³otych uleczenie edukacji Instytutowi Spraw Publicznych Krzysztofa Konarzewskiego (opracowanie „nale¿ytych” podstaw programowych), a gotowe w koñcu dzie³o pod naciskiem krytyki wyrzuca do kosza. Ministerstwo i elity o¶wiatowe nadal tkwi± w przekonaniu, ¿e z³o tkwi w programach i tu trzeba je leczyæ, i nadal uporczywie szukaj± innego zbawcy; w matematyce ma byæ nim program Z. Marciniaka.
Nadal naczelnym celem jest „unowocze¶nienie” edukacji (wyra¿one w nie¶miertelnych czterech dyrektywach), bo przecie¿ „co¶ siê w nauce zmieni³o i nie mo¿e ona biec tradycyjnym torem”. Do absolutnego podparcia tej wiary brak tylko odkrycia, ¿e oto genotyp nowoczesnego cz³owieka dozna³ w ostatnich latach genialnej mutacji.
Fizykê na nowe tory pchn±³ Newton (i inni), patrz±c w „ksiêgê pod tytu³em RZECZYWISTO¦Æ”. Jego dzie³o przebi³o siê do ¶wiadomo¶ci i mamy fizykê. H. Steinhaus patrz±c w tê ksiêgê odkry³ tajemnicê edukacji, ale na przebicie siê jego odkrycia do ¶wiadomo¶ci trzeba jeszcze najwidoczniej poczekaæ. A odkry³, ¿e „matematyka (ale i nauka) jest tworem organicznym” i mo¿na j± poznaæ respektuj±c, zapoznane dzi¶ w edukacji, biogenetyczne prawo Haeckla: rozwój indywidualny musi w skrócie powtórzyæ rozwój gatunku; nauczanie szczególnie w pocz±tkach musi byæ organiczne.
Na nic zda siê t³oczenie do g³ów niemal od ¿³obka nowoczesnych komputerowych m±dro¶ci (tendencje obni¿enia wieku szkolnego i przedszkolnego oraz ³adowanie wszystkiego do programów i podrêczników, je¶li nie tak, to inaczej). Z braku pomys³ów najpewniejszy sposób unowocze¶niania to ¶ci±ganie w dó³, do ni¿szych etapów nauczania, m±dro¶ci z etapów wy¿szych: równania, nierówno¶ci, puste, a wielce naukowe definicje, puste terminy naukowe i to nie tylko w matematyce (podrêcznik WSiP historii dla czwartej klasy rozpoczyna siê rozdzia³em ok. 30 definicji pojêæ historycznych, potem dopiero jako tako strawne historyczne opowiastki, zreszt± mocno pomieszane). Edukacyjny ob³êd?
Na zje¼dzie Polskiego Towarzystwa Matematycznego we Wroc³awiu w 2005 r. profesor wiod±cej w Polsce akademii pedagogicznej demonstrowa³ „nowoczesn±” metodê nauczania arytmetyki, oczywi¶cie kalkulatorem graficznym: wy¶wietla na ekranie zadanie 5 + 3 = i dzieci maj± odgadywaæ wynik. Dobry wynik jest nagradzany (np. ³adn± melodyjk±), z³y – buczeniem. Potem podobnie inne zadania arytmetyczne (nie mówi±c o wpadce, jak± mu zgotowa³ wielce nowoczesny kalkulator, wy¶wietlaj±c w zadaniu 9x = 72 odpowied¼ 9 + 8 = 72). Metoda tresury szczura, przecie¿ nie tylko w tej „propozycji”, okazuje siê nowoczesnym odkryciem nauczania. Prze³adowanie programów jest równie¿ tresur±.
Satis?