I warto byæ geniuszem?
Widzicie – nie warto!
Dlatego nie jestem...
Marian Za³ucki
Pos³annictwem – obecnie z angielska nazywanym „misj±” – ka¿dego uczonego jest spe³nianie dwóch zadañ. Pierwsze, ³atwiejsze – to zdobywanie surowców, z których mo¿na ugotowaæ zupê wiedzy. Drugie, trudniejsze – to spowodowanie, by z owej bezpostaciowej zupy wykrystalizowa³a siê czysta, zwiêz³a i zrozumia³a teoria – najszlachetniejszy wytwór my¶li cz³owieka. System, podkre¶lmy, nie bez³adne nagromadzenie, tylko system – teorii, hipotez, obserwacji i wyobra¿eñ – to nauka.
Najprostszym miernikiem skuteczno¶ci uczonego s± tworzone przezeñ artyku³y naukowe (publish or perish!), z których najwy¿sz± rangê, przynajmniej w Polsce, maj± publikacje w czasopismach z „listy filadelfijskiej”. Mo¿na by zatem pomy¶leæ, ¿e okre¶lenia „artyku³ filadelfijski” i „znaczny wk³ad w rozwój nauki” s± równowa¿ne. Niestety, nie. Twierdzê bowiem, ¿e nierzadko w wytwornej, „filadelfijskiej” formie mie¶ci siê co najwy¿ej macdonaldowska tre¶æ. Dowód? Proszê bardzo. Na mojej pó³ce stoi kilkana¶cie tomów jak najbardziej „filadelfijskiego” (ba, jednego z najstarszych!) amerykañskiego czasopisma „Perceptual and Motor Skills”. Oto przyk³adowe tytu³y opublikowanych w nim artyku³ów: Postrzeganie wiedzy i umiejêtno¶ci wa¿nych dla nauczyciela przez studentów pedagogiki w Singapurze; Rozró¿nianie i wymawianie samog³osek angielskich przez osoby dwujêzyczne w³adaj±ce angielskim i hiszpañskim; Wra¿enia sprawiane przez ludzi o imieniu bêd±cym zarówno mêskim, jak i ¿eñskim; „Urodzinowy smutek” na przyk³adzie samobójstw wybitnych graczy ligi baseballowej.
Ostatni artyku³ liczy ³±cznie 14 linijek i sprowadza siê do stwierdzenia, ¿e w okresie 28 dni w okolicy urodzin zawodnicy pope³niaj± nieco wiêcej samobójstw ni¿ w innych okresach. I ¿e warto by to dok³adniej zbadaæ. W tym samym tomie „Perceptual and Motor Skills” znajduj± siê jeszcze trzy inne artyku³y tego samego autora. Jeden z nich liczy 17 wierszy i g³osi, ¿e cz³onkowie narodów ocenionych jako bardziej ekstrawertyczne maj± wiêcej partnerów seksualnych i wcze¶niej odbywaj± inicjacjê ni¿ to siê dzieje w narodach mniej ekstrawertycznych. Dwa inne licz± po 18 wierszy: z jednego mo¿na siê dowiedzieæ, ¿e u przedstawicieli 26 ró¿nych narodów z po³udnia i z pó³nocy procent narodzin, ma³¿eñstw i rozwodów nie ró¿ni siê statystycznie, z drugiego – ¿e w pamiêtnikach pewnej samobójczyni ¶wiadcz±ce o nieracjonalnym my¶leniu s³owa „doskonale”, „zawsze” i „nigdy” nie pojawiaj± siê czê¶ciej w okresie bezpo¶rednio poprzedzaj±cym samobójstwo.
Byæ mo¿e nie jestem w stanie poj±æ naukowej donios³o¶ci takich jak najbardziej „filadelfijskich” artyku³ów, ale wdziêczny by³bym za udowodnienie mi, i¿ nie jest to zwyk³y ch³am, choæ zosta³ napisany nienagann± angielszczyzn±. Niemniej „filadelfijskie” punkty dla autora s± i impact factor – a jak¿e! – równie¿.
W przypadku niektórych czasopism „filadelfijskich” mamy do czynienia z innymi zjawiskami. Otó¿ nie mogê siê oprzeæ wra¿eniu – choæ nie móg³bym tego udowodniæ – ¿e dobrze jest nale¿eæ do krêgu „krewnych i znajomych Królika”, a osobom ze wschodniego wybrze¿a Atlantyku nie jest ³atwo do tego krêgu wej¶æ. Natomiast autor wspomnianego artyku³u licz±cego 14 wierszy pochodzi z New Jersey. Co wiêcej, po to, by w niektórych czasopismach „filadelfijskich” móc opublikowaæ pracê, nie wystarczy jej przes³aæ do redakcji i uzyskaæ pozytywne recenzje, trzeba jeszcze za wydrukowanie zap³aciæ. Wa¿ne staj± siê wiêc czynniki pozamerytoryczne, a to zaczyna byæ gro¼ne, gdy¿ ¿ywo przypomina handel w ¶wi±tyni. Czym siê to mo¿e skoñczyæ, wiemy z historii: w 1517 roku trzydziestoletni wówczas Marcin Luter, oburzony m.in. na handel odpustami przez papie¿a Leona X, przybi³ na drzwiach katedry w Wittenberdze 95 s³ynnych tez – i tak narodzi³ siê protestantyzm.
W naukach o kulturze fizycznej taka „antyfiladelfijska schizma” wydaje siê tym bardziej prawdopodobna – ba, wrêcz po¿±dana! – ¿e amerykañski styl uprawiania nauki, g³êboko zakorzeniony w behawioryzmie (i bêd±cy podstaw± czego¶, co mo¿na by okre¶liæ mianem „filozofii filadelfijskiej”) od wielu dziesiêcioleci nie mo¿e siê pochwaliæ ¿adnymi znacz±cymi sukcesami. Polega on na swoistym kulcie danych do¶wiadczalnych, czyli oczekiwaniu, by uczeni dostarczali przede wszystkim „oryginalne prace badawcze”. W pocz±tkowym okresie rozwoju tego nurtu takie zdroworozs±dkowe podej¶cie dawa³o szybkie sukcesy. Ale my w Polsce etap „koñ jaki jest, ka¿dy widzi” przeszli¶my ju¿ w XVIII wieku. Równie¿ w Ameryce taki sposób postrzegania rzeczywisto¶ci przez naukê ju¿ dawno osi±gn±³ kres swoich mo¿liwo¶ci. Dzi¶, gdy nad zalewem informacji nikt ju¿ nie potrafi zapanowaæ, niczym tlenu potrzebujemy porz±dkuj±cej owe informacje, zwiêz³ej i trafnej teorii.
Jej brak wynika za¶ z bardzo prostego powodu. Kiedy w maju 2007 roku, na konferencji w katowickiej AWF, zapytali¶my zaprzyja¼nionego profesora amerykañskiego, co jest potrzebne, by zostaæ dobrym uczonym w Stanach Zjednoczonych, odpowiedzia³ bez wahania: You need a good lab! Znaczy – potrzebne jest swoiste urz±dzenie do produkowania danych do¶wiadczalnych, których oczekuje od nas wiêkszo¶æ czasopism naukowych. Ma siê wówczas pewno¶æ, ¿e uzyska siê jakie¶ wyniki, które pozwol± rozliczyæ grant. Gorzej by³oby z osi±gniêciami teoretycznymi. Z drugiej jednak strony, wspó³czesna nauka (przynajmniej w bliskiej mi dziedzinie szeroko pojêtej kultury fizycznej) danych do¶wiadczalnych ma do¶æ. Ba, jest ich tyle, ¿e nikt ju¿ nie potrafi nad nimi zapanowaæ, wskutek czego staj± siê zupe³nie nieprzydatne dla rozwoju nauki! Niczym tlenu potrzebuje ona wiêc nowej teorii, która tre¶æ kilku ton danych do¶wiadczalnych pozwoli³aby skoncentrowaæ i wyraziæ jednym zwiêz³ym równaniem. Dopiero takie równanie da³oby siê wykorzystywaæ w praktyce i dziêki niemu laboratoryjna praca badaczy mog³aby siê staæ faktycznie przydatna do wzbogacenia naszego obrazu ¶wiata.
Potrzeba tego przebija siê wprawdzie do ¶wiadomo¶ci uczonych, ale jest zwykle spychana gdzie¶ „do ty³u g³owy”. W sierpniu 2007 roku uczestniczy³em w konferencji naukowej w Belgradzie, na której swoj± pracê przedstawi³ m.in. jeden z gigantów wspó³czesnych nauk o kulturze fizycznej, twórca i kierownik legendarnego wrêcz laboratorium w uniwersytecie w Jyväskylä – prof. Paavo Komi. W jego obszernym wyst±pieniu znalaz³ siê jeden (s³ownie: jeden!) slajd ze stwierdzeniem, ¿e stwarzana przez wspó³czesnych uczonych ha³da wyników badañ i do¶wiadczeñ ma stanowiæ nasz± spu¶ciznê dla przysz³ych pokoleñ uczonych. Jako¶ nikomu nie przychodzi do g³owy, ¿e ci nastêpcy zapakuj± byæ mo¿e owe dane do przepastnych szaf i nigdy do nich nie zajrz±, gdy¿ znajd± sobie zajêcia ciekawsze ni¿ sprz±tanie ba³aganu po swoich poprzednikach. Kiedy zatem w moim referacie nawi±za³em do tego stwierdzenia i powiedzia³em, ¿e uwa¿am inaczej, ¿e ju¿, tu i teraz, powinni¶my wprowadzaæ porz±dek do istniej±cej wiedzy (czyli budowaæ solidn± teoriê), a nie spychaæ to zadanie na przysz³e pokolenia, zapad³a pe³na zak³opotania cisza. Ale nikt nie zaoponowa³.
Obecnie ca³y czas grzebiemy siê we wspomnianej, coraz bardziej macdonaldowskiej zupie z mniej lub bardziej pasuj±cych do siebie faktów, a nie widaæ, aby mia³a siê z niej krystalizowaæ jaka¶ teoria, bêd±ca wszak najszlachetniejszym, najwy¿ej przetworzonym sk³adnikiem nauki. Mimo to na obszarze kultury fizycznej olbrzymiej wiêkszo¶ci pism „filadelfijskich” prace teoretyczne w ogóle nie interesuj±! Pod rz±dami impact factora nauki te wprawdzie siê rozwijaj±, ale nie nastêpuje ich postêp. Na ogó³ „filadelfijskich” recenzentów interesuje to, czy praca odpowiada przyjêtym wzorcom, czy jest napisana dobr± angielszczyzn± i wydrukowana czcionk± Times New Roman, nie za¶ to, jaki jest jej wk³ad w rozwój nauki, czyli w jakim stopniu owa praca lepiej porz±dkuje obraz postrzeganego przez nas ¶wiata.
Prace „filadelfijskie” musz± byæ publikowane po angielsku, dziêki czemu s± zrozumia³e dla szerokich krêgów uczonych na ca³ym ¶wiecie. Z drugiej jednak strony, poza widnokrêgiem „listy filadelfijskiej” pozostaj± prace og³oszone w innych jêzykach, zawieraj±ce niekiedy bardzo wa¿kie tre¶ci. Sytuacjê tak± znamy z nie tak dawnych dziejów Polski. W czasach PRL towarzysz Wies³aw prowadzi³ wszak politykê autarkiczn±. Nie potrzebowali¶my wówczas nikogo – podobnie jak dzi¶ Amerykanie – a ówczesna propaganda gromko g³osi³a, ¿e „nasz system nie tylko dorównuje systemom zachodnim, ale je nawet przewy¿sza”. Tyle tylko, ¿e my produkowali¶my wówczas mikrusa, syrenê i dumê socjalistycznej motoryzacji – warszawê, natomiast Niemcy (Zachodnie!) – mercedesa, BMW i porsche. Czy dzi¶, w dziedzinie nauki, mamy kupowaæ u Amerykanów – i to bynajmniej nie tanio, boæ przecie jankesi nic za darmo nie daj± – licencjê na jakiego¶ naukowego mikrusa, zamiast zakasaæ rêkawy i zbudowaæ naszego rodzimego mercedesa? Bo przecie¿ staæ nas na to, a oczekuj±c w kolejce po amerykañsk± wizê zapominamy niekiedy, i¿ nasz piastowski Orze³ Bia³y jest o niemal 800 lat starszy od bia³ego or³a Wuja Sama, wiêc choæby tylko z tego powodu ¿adnych kompleksów mieæ nie powinni¶my.
Sprawy naukowe nie s±, oczywi¶cie, kwesti± narodowej dumy i nie powinny byæ przys³aniane przez zagadnienia pozamerytoryczne. Sprawy te nale¿y stale obserwowaæ i nie ulegaæ swoistej bezw³adno¶ci ocen. Zauwa¿my, ¿e wiele wypowiedzi rozpoczyna siê zwyczajowo s³owami: „Nie ulega w±tpliwo¶ci, ¿e nauka amerykañska odgrywa dzi¶ przoduj±c± rolê w nauce ¶wiatowej”, czego (równie zwyczajowo) nikt nie kwestionuje. Otó¿ – po barbarzyñsku nie bacz±c na ów zwyczajowy konwenans – twierdzê, ¿e przynajmniej w zakresie nauk o ruchach cz³owieka twierdzenie takie ulega w±tpliwo¶ci, a wierne i bezkrytyczne trwanie przy od dawna nieruchomym pomniku nie posuwa nas do przodu.
Rzecz ca³a mia³aby jedynie satyryczny posmak naukowego absurdu, gdyby nie znamienna okoliczno¶æ. Otó¿, nie bacz±c na bezp³odno¶æ ekstensywnej w swej istocie „filozofii filadelfijskiej”, uzale¿niamy rozwój nauki – nie tylko zreszt± w Polsce – od spe³nienia norm „filadelfijskich”. Kto¶, kto pragn±³by zostaæ profesorem, musi mieæ punkty „filadelfijskie”. Nawet gdyby by³y uzyskane dziêki pracom takim, jak wspomniane ju¿ artyku³y licz±ce 14, 17 czy 18 wierszy. Koniec. Kropka.
Jak wygl±da publikowanie w takim pi¶mie, mo¿e ¶wiadczyæ przyk³ad jednej z moich kole¿anek. Najpierw wykona³a staranne badania i opisa³a je zgodnie z wymogami American Psychological Association: to na stronie tytu³owej, tu kropka, tu przecinek itp., po czym wys³a³a artyku³ do czasopisma „filadelfijskiego”. Otrzyma³a pozytywn± recenzjê, ale z uwag±, by dokonaæ kilku drobnych zmian. Kiedy to uczyni³a i wys³a³a jeszcze raz, okaza³o siê, ¿e inny ju¿ recenzent zaleci³ co¶ innego, a poza tym pracê nale¿y dostosowaæ do nieco zmienionych wymogów formalnych. Taka zabawa w kotka i myszkê z Amerykanami trwa ju¿ cztery lata. Gdyby wiêc sztywno uzale¿niæ mo¿liwo¶ci awansu naukowego w Polsce od punktów „filadelfijskich”, oznacza³oby to oddanie kontroli nad rozwojem naszej nauki w rêce Amerykanów, po pierwsze – nie zawsze najwy¿szych lotów, po wtóre za¶ – nie ws³uchuj±cych siê zbytnio (mówi±c oglêdnie) w nasze „³ubu−dubu, ³ubu−dubu”.
Bêd±c w podobnej sytuacji, jak moja kole¿anka, zrezygnowa³em ostatnio z artyku³u „filadelfijskiego”. W nauce o sterowaniu ruchami modne sta³y siê rozmaito¶ci. Jest to pojêcie rodem z jednej z dziedzin matematyki – topologii. Kiedy zacz±³em dok³adniej wypytywaæ o nie jednego z moich amerykañskich przyjació³ – redaktora naczelnego pisma „filadelfijskiego”, z wykszta³cenia fizyka, wspó³autora kilku znacz±cych artyku³ów na ten w³a¶nie temat – okaza³o siê, ¿e jankesi pojêcie „rozmaito¶æ” potraktowali jedynie jako has³o, nie uwzglêdniaj±c ca³ej jego matematycznej tre¶ci. Zaproponowa³em wiêc pój¶cie o krok dalej i zastosowanie do opisu sterowania ruchami innego narzêdzia topologicznego, homeomorfizmu, którego nikt przede mn± nie próbowa³ do tego celu wykorzystaæ. Moje ujêcie nadawa³oby wzorcowi przetwarzania informacji pewn± dynamikê (homeomorfizmy – to przekszta³cenia rozmaito¶ci), gdy¿ opis wykorzystuj±cy jedynie rozmaito¶ci jest w istocie statyczny. Kiedy jednak dosta³em recenzjê, z której wynika³o, ¿e amerykañski recenzent nie za wiele z mojej propozycji zrozumia³, opublikowa³em mój pomys³ gdzie indziej. Amerykañska statyczna rozmaito¶æ okaza³a siê dla pism „filadelfijskich” dostatecznie dobra, mój dynamiczny homeomorfizm – nie! W ka¿dym razie, je¶li kto¶ zechce opisaæ przekszta³cenia informacji w trakcie wykonywania ruchu za pomoc± wspomnianego homeomorfizmu, to bêdzie musia³ powo³aæ siê nie na angielskojêzyczne pismo „filadelfijskie”, ale na nasz± krakowsk± „Antropomotorykê”.
Sprawa ta ma jednak i ogólniejszy wymiar. Bogactwo nauki bierze siê z ró¿norodno¶ci jej ¼róde³ i swobody my¶li. Spêtanie jej jakimikolwiek wiêzami, narzucenie „jedynie s³usznych” kanonów rozumowania, zmonopolizowanie przez jeden tylko paradygmat, a nawet zniewolenie nazbyt sztywnymi zasadami formalnymi – prowadzi w prostej linii do jej uwi±du! Stosowanie za¶ do oceny dorobku uczonego kryteriów parametrycznych jest wprawdzie wygodne – zamiast dog³êbnej analizy jego prac wystarczy w tym celu jedynie zsumowaæ odpowiednie punkty – ale nie umo¿liwia odró¿nienia faktycznej warto¶ci naukowej tysi±cstronicowego dzie³a o niczym od zapisanego na skrawku kartki równania E = mc2.
W tym miejscu dotykamy bardzo wa¿nego zagadnienia. Otó¿ wszelkie normy ocen parametrycznych, m.in. „lista filadelfijska”, s± przykrojone na potrzeby „punktorobów”. Wprawdzie pracowicie rozwijaj± oni naukê, ale nie dokonuj± w niej prze³omów. To domena geniuszy, którzy nie mieszcz± siê w ¿adnych kryteriach. Gdyby za¶ spróbowaæ opracowaæ „Regulamin geniusza”, to jego pierwszy punkt powinien brzmieæ: „Z³am lub przynajmniej zakwestionuj jak±¶ powszechnie przyjêt± zasadê naukow±, przez wszystkich uwa¿an± za oczywist±.”
Przypomnijmy, ¿e w XIX wieku dla wszystkich by³o oczywiste, ¿e czas p³ynie równym rytmem, a prêdko¶æ mierzy siê wzglêdem niego. A¿ pojawi³ siê Albert Einstein, który stwierdzi³, ¿e istnieje w przyrodzie prêdko¶æ ¶wiat³a, której przekroczyæ siê nie da i wtedy zmienn± zale¿n±, która daje siê plastycznie kszta³towaæ, staje siê czas. Tak narodzi³a siê teoria wzglêdno¶ci. Gdyby natomiast powiedzia³ to jako student, otrzyma³by zapewne ocenê niedostateczn± i us³ysza³by: „Proszê siê tego nauczyæ, panie Einstein, i zg³osiæ na egzamin poprawkowy”. A jednak wizerunek rozczochranego jegomo¶cia z jêzykiem wywalonym na brodê, na zawsze sta³ siê symbolem naukowego geniuszu!
Zagro¿enie p³yn±ce z mechanicznego oceniania dokonañ uczonych coraz wyra¼niej dostrzegaj± równie¿ niektórzy polscy uczeni. Prof. Zbigniew ¯migrodzki napisa³: „Ka¿de wydawnictwo bibliograficzno−informacyjne nosi na sobie piêtno kraju i jêzyka, z którymi jest zwi±zane. Jego redaktorzy ulegaj± przy tym aktualnym „modom” na pewne dyscypliny i ¶rodowiska naukowe. Jest rzecz± oczywist±, ¿e pi¶miennictwo polskie zawsze by³o traktowane w ¶wiatowych indeksach i abstraktach po macoszemu. (...) Zainteresowani w takim trybie ocen i takim kwalifikowaniu s± ci spo¶ród naszych pracowników nauki, którzy czê¶ciej wyje¿d¿aj± ni¿ nauczaj±. Rozwijaj±c kontakty zagraniczne mog± dziêki nim z ³atwo¶ci± publikowaæ za granic± do¶æ liczne teksty, nawet nie najwy¿szego lotu... Nasi „podró¿nicy” postêpuj± wszak roztropnie: za dydaktykê punktów siê nie daje, wêdruj±c za¶ po ¶wiecie mo¿na masê punktów zarobiæ. Za sam tytu³ wydawnictwa, do którego kieruje siê choæby ogólnikowy, przegl±dowy artyku³.”
Natomiast profesorowie Wies³aw Osiñski i Jerzy Kiwerski stwierdzili: „Komitet Rehabilitacji, Kultury Fizycznej i Integracji Spo³ecznej PAN uwa¿a, ¿e Sekcja Nauk Medycznych CK w procesie opiniowania i zatwierdzania stopni doktora habilitowanego oraz tytu³u profesora nauk o kulturze fizycznej winna mieæ równie¿ na wzglêdzie specyficzne aplikacyjne i spo³eczno−humanistyczne pola badañ naukowych. W szczególno¶ci nie zawsze mo¿na tu w ocenie dorobku kandydata stosowaæ wy³±cznie kryteria parametryczne (wyra¿ane np. liczb± publikacji w czasopismach z listy Zespo³u Nauk Medycznych KBN czy z listy filadelfijskiego Instytutu Informacji Naukowej).”
Stwierdzenie prof. ¯migrodzkiego zawiera w istocie niezwykle gro¼n± dla nauki tre¶æ. Wynika z niego bowiem niedwuznacznie wniosek, ¿e w celu zrobienia kariery naukowej wcale nie trzeba rozwijaæ nauki – ba, owo rozwijanie mo¿e siê okazaæ wrêcz nieop³acalne! – lecz nale¿y siê przede wszystkim stosowaæ do kryteriów ocen. Sytuacja taka tworzy znakomit± po¿ywkê dla wszelkiej ma¶ci naukowego cwaniactwa i wysoko ocenianych – i punktowanych! – dzia³añ pozornych (aczkolwiek, z punktu widzenia kariery naukowej, wysoce rozs±dnych).
Spróbujmy podsumowaæ. Niniejsza praca ma w istocie trzy przes³ania:
• Wykazanie na podstawie pojedynczych przypadków, ¿e nie wszystkie artyku³y „filadelfijskie” cechuj± siê w³a¶ciw± jako¶ci±. Innymi s³owy, umieszczenie jakiej¶ publikacji na „li¶cie filadelfijskiej” nie ¶wiadczy w pe³ni wiarygodnie o wysokiej jako¶ci tej¿e publikacji. Lista ta nie powinna zatem stanowiæ uniwersalnego miernika dokonañ poszczególnych uczonych.
• Wskazanie na to, ¿e powszechnie uwa¿ana za przoduj±c± w ¶wiecie nauka amerykañska nie zawsze i nie w pe³ni zas³uguje na to, by tak± funkcjê pe³niæ. Przynajmniej w dziedzinie szeroko pojêtych nauk o kulturze fizycznej, zw³aszcza antropokinezjologii, od wielu dziesiêcioleci nie odnotowa³a znacz±cych sukcesów. Powodem lub jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest ekstensywne uprawianie nauki (swoisty balast behawioryzmu, by nie rzec, ¿e wrêcz do¶wiadczalne „wypalanie” pewnych rejonów rzeczywisto¶ci, a nastêpnie przenoszenie siê w inne), a nie budowanie jej najszlachetniejszego wytworu – teorii. Czynnikiem w znacznym stopniu przyczyniaj±cym siê do takiego stanu rzeczy jest ³atwo¶æ laboratoryjnego produkowania wyników do¶wiadczalnych, nadawania im pozorów naukowo¶ci przez zastosowanie prostej statystyki, a nastêpnie rozliczania grantów. Solidnej teorii tak ³atwo zbudowaæ siê nie da. Jest to dzie³o i pracoch³onne, i ryzykowne, nic wiêc dziwnego, ¿e rozs±dni uczeni raczej go unikaj±.
• Zwrócenie uwagi na powszechnie znany fakt, ¿e bogactwo nauki bierze siê z ró¿norodno¶ci jej ¼róde³. Obecnie znajdujemy siê za¶ w sytuacji, gdy wprawdzie mamy jednolite zasady, ale nie mamy sukcesów. Zauwa¿my, ¿e nauka amerykañska wyra¼nie zamyka siê na dokonania opisane w jêzyku innym ni¿ angielski, a ujednolicenie zasad oceny dokonañ uczonych prowadzi w prostej linii do ujednolicenia metodyki badañ i w znacznej mierze okre¶la jako¶æ tworzonej nauki. Zjawisko to w nie tak dawnej polszczy¼nie okre¶lali¶my mianem „glajszachtowanie” lub „urawni³owka”, dzi¶ za¶ – s³owem „macdonaldyzacja”.
Wprawdzie nie o¶mielê siê zakoñczyæ niniejszej pracy skrótem „c.b.d.o.”, gdy¿ do ewentualnego obalenia „filozofii filadelfijskiej” w interesie nauki jeszcze daleko, ale z pewno¶ci± zdo³a³em wskazaæ na pewne brzydkie rysy na tej wspania³ej, amerykañskiej konstrukcji naukowej. Czy w takiej sytuacji pod±¿anie ¶ladem lidera, który wyra¼nie nie obra³ optymalnego kursu, nie przypomina aby kupowania biletu na „Titanica”?