Zagraniczne biblioteki akademickie mia³y swoje korzystne piêæ minut w ostatniej dekadzie ubieg³ego stulecia. Dokona³y siê tam wtedy radykalne zmiany organizacyjne, bazowe i technologiczne; teraz to jest ca³kowicie inna rzeczywisto¶æ biblioteczna. Natomiast u nas w tym czasie koñczy³a siê ustrojowa transformacja i rozstawali¶my siê w³a¶nie z inflacj±, tote¿ do bibliotek nikt nie mia³ g³owy. I tak ju¿, mniej wiêcej, zosta³o.
Owszem, uda³o siê sporo bibliotek zelektronizowaæ, a nawet trochê pobudowaæ, je¶li ju¿ ruszy³y gdzie¶ uczelniane inwestycje. Ale ogólna poprawa funkcjonowania bibliotek, dostrzegalna zreszt± go³ym okiem, dokona³a siê tylko w takim stopniu, w jakim zale¿a³o to od samych bibliotekarzy. Otó¿ te mo¿liwo¶ci by³y ograniczone i zosta³y wyczerpane. A rejestr s³abo¶ci i niedostatków do przezwyciê¿enia jest poka¼ny. I nie da siê z tego swoistego do³ka wyj¶æ samoczynnie.
Uk³ad strukturalny polskich bibliotek w uczelniach nie zmieni³ siê od powojennych pocz±tków, a to znaczy, ¿e – w organizacyjnym ujêciu – ¿adnego uk³adu nie ma. Biblioteki wewn±trz ka¿dej uczelni stanowi± lu¼ny zbiór jednostek, w ¿aden sposób nie zagregowany. I chocia¿ w postanowieniach organizacyjnych pojawia siê, tu i ówdzie, pojêcie uczelnianego systemu bibliotecznego, to jednak bez pokrycia w rzeczywisto¶ci.
Ka¿da biblioteka tej samej uczelni funkcjonuje na w³asn± rêkê, relacje wobec biblioteki g³ównej s± na ogó³ symboliczne i zespolenie poczynañ zdarza siê rzadko. To jest rozwi±zanie archaiczne, na ¶wiecie dawno ju¿ poniechane, poniewa¿ kosztowne i nieefektywne.
W tych warunkach nie ma bowiem mowy o wspólnym, w skali uczelni, wzajemnie dope³nianym zapleczu informacyjnym ani o skoordynowanym gromadzeniu zasobów b±d¼ o tworzeniu powi±zanej kolekcji ogólnouczelnianej. A wkrótce bêdzie jeszcze trudniej, kiedy rozpowszechni siê praktyka kolekcjonowania zasobów digitalnych poprzez wykup licencji; indywidualnie ma³o co da siê w ten sposób pozyskaæ. Ale biblioteczne rozproszenie zasz³o ju¿ tak daleko, ¿e nawet przedsiêwziêcia elektronizacyjne nie obejmuj± wszystkich bibliotek z tej samej uczelni.
Tak wiêc nakazem czasu jest stworzenie w ka¿dej uczelni jednolitej struktury bibliotecznej, zarz±dzanej i koordynowanej przez bibliotekê g³ówn± – to powinna byæ zwarta sieæ. Co nie jest sprzeczne z wydzia³owym zasilaniem i wydzia³ow± wspó³zale¿no¶ci±.
Lecz na tym nie koniec. W naszym bibliotekarstwie akademickim przewa¿aj± ma³e lub bardzo ma³e biblioteki instytutowe, a ten model odchodzi w niebyt. Za granic± przewa¿a tendencja do tworzenia du¿ych bibliotek akademickich, a nawet megabibliotek (bo mniej kosztuj±) – jakkolwiek biblioteczne molochy nie sprawdzaj± siê w funkcjonowaniu najlepiej.
W naszych warunkach (poza przypadkami absolutnie wyj±tkowymi), za najkorzystniejsz± trzeba uznaæ sytuacjê, kiedy obok biblioteki g³ównej – zreszt± w ma³ych uczelniach jedynej – funkcjonuj± jeszcze biblioteki wydzia³owe albo miêdzywydzia³owe, scalone z instytutowych, oraz ewentualnie biblioteki kampusowe, je¿eli kampusy istniej±. Tylko w ten sposób mo¿na siê wywi±zaæ z obowi±zków, jakie biblioteki maj± wobec swoich uczelni oraz wobec spo³eczno¶ci akademickiej. I na ¶wiecie coraz czê¶ciej tak w³a¶nie jest.
Charakterystyczn± przywar± polskich bibliotek akademickich jest ich drastycznie okrojona samodzielno¶æ, w istocie iluzoryczna – tylko czê¶ciowo wynikaj±ca z rozproszenia. ¯adna biblioteka nie mo¿e decydowaæ w pe³ni samodzielnie w sprawach dla siebie fundamentalnych, od finansowych po osobowe, w praktyce bowiem jest prowadzona za r±czkê, a ¶cie¿ka decyzyjna jest ma³o dro¿na i krêta.
Dyrektor biblioteki akademickiej jest mened¿erem swojej biblioteki w znacznie mniejszym stopniu, ani¿eli instytutowy dyrektor – swojego instytutu, chocia¿ wielko¶ci± i stopniem skomplikowania ¿aden instytut z bibliotek± równaæ siê nie mo¿e. Jeszcze mniej do powiedzenia ma za¶ w odniesieniu do pozosta³ych bibliotek uczelni. Dok³adniej: nie ma do powiedzenia nic. A to oznacza, ¿e biurokratyczna formu³a organizacyjna ujawnia siê tu w postaci klasycznej.
W ujêciu prawnym i organizacyjnym biblioteka akademicka nie jest podmiotem samodzielnym, nawet je¶li jest ogromna i pracuje w niej kilkaset osób. Dla porównania: jednostk± autonomiczn±, czyli instytucj±, jest biblioteka gminna, która zatrudnia niekiedy... jedn± osobê. Czy to nie daje do my¶lenia?
W konsekwencji biblioteka akademicka nie mo¿e uprawiaæ w³asnej, przez siebie inicjowanej, polityki merytorycznej, finansowej ani osobowej. Na dobr± sprawê, nie da siê samoczynnie przeprowadziæ ¿adnej skomplikowanej transakcji ani ¿adnych negocjacji. Owszem, mo¿na przedk³adaæ wnioski, ale decyzje, niekoniecznie po¶pieszne, zapadaj± gdzie indziej.
To tak¿e (choæ nie tylko to) ma nastêpnie wp³yw na mizern± kondycjê finansow± bibliotek akademickich, a zw³aszcza na brak elastycznej gospodarki ekonomicznej, poniewa¿ gospodaruje kto¶ inny. Trudno tego nie powi±zaæ równie¿ z fatalnym stanem p³ac.
Bibliotekarze to najgorzej uposa¿ona grupa merytorycznej (w wyborach przypisana do... administracji!) spo³eczno¶ci akademickiej – praktycznie bez szans na poprawê standardów p³acowych, bo istniej±ce mechanizmy wcale temu nie sprzyjaj±. Dramatyczny protest bibliotekarzy Uniwersytetu Wroc³awskiego (niech nikogo nie zmyli, ¿e tylko jeden!) jest ¶wiadectwem nastrojów ca³ej tej grupy pracowników uczelni w Polsce. W tych okoliczno¶ciach niemal na cud zakrawa ich godziwy poziom profesjonalny.
Ograniczone b±d¼ enigmatyczne kompetencje decyzyjne utrudniaj± bibliotekom akademickim nie tylko skuteczne wype³nianie ról kontrahentów, nabywców i zleceniodawców, ale tak¿e merytoryczn± wspó³pracê z innymi bibliotekami. No bo kto i w jakim zakresie ma o niej decydowaæ? A jest konieczna, tak w odniesieniu do skoordynowanego gromadzenia zasobów i tworzenia digitalnego zaplecza informacyjnego, jak te¿ przy wspólnej obs³udze u¿ytkowników – zw³aszcza studentów niestacjonarnych, na dystans (tam gdzie mieszkaj±), przy wspó³pracy z lokalnymi bibliotekami publicznymi.
Charakterystyczn± form± miêdzybibliotecznego wspó³dzia³ania sta³y siê konsorcja, powo³ywane do wspólnego gromadzenia zasobów i wykupywania licencji na czasopisma elektroniczne. Liczne za granic±, powstaj± i u nas, lecz z ca³ym narêczem niepotrzebnych trudno¶ci. No bo jak siê maj± tworzyæ sformalizowane struktury zewnêtrzne z jednostek, które nie mog± decydowaæ same o sobie? I z jednej uczelni ma do konsorcyjnej wspólnoty przystêpowaæ odrêbnie np. 50 bibliotek?
Kieruj±c swego czasu du¿± bibliotek± nieakademick±, wzi±³em udzia³ w próbie powo³ania takiego w³a¶nie miêdzybibliotecznego konsorcjum. Ale w gronie zebranych, potencjalnych za³o¿ycieli, okaza³em siê jedynym profesjonalist±. Pozosta³e osoby to byli prorektorzy lub uczelniani urzêdnicy wy¿szej b±d¼ ni¿szej rangi. Nie by³o z kim rozmawiaæ, o czym ani po co. Taka sytuacja (niestety, nierzadka) to absurd.
Biblioteka akademicka musi byæ czê¶ci± uczelni, to jasne. Ale nie w kawa³kach, lecz jako zwarta struktura ogólnouczelniana. Musi mieæ tak¿e du¿y margines autonomii. Co najmniej taki, jak uczelniane wydawnictwo lub szpital akademicki.
S³yszê tê opiniê czêsto: nie da siê. Otó¿, je¿eli siê nie da, to wkrótce z bibliotek akademickich nie bêdzie ¿adnego po¿ytku. A wobec tego z kszta³cenia – te¿ nie.
Efektywno¶æ studiów nadal bowiem pozostaje w ¶cis³ym zwi±zku ze stopniem wykorzystania oferty bibliotek akademickich. A to wykorzystanie jest liche i niech nie myl± przewijaj±ce siê przez te biblioteki t³umy. Jeszcze wiêksze t³umy omijaj± je z daleka i sk±d czerpi± ewentualn± wiedzê, nikt nie ma pojêcia. Najprawdopodobniej znik±d.
Co wiêcej, równie¿ odwiedziny pracowników nauki w bibliotekach sta³y siê wyra¼nie rzadsze. U nas stosownych analiz nie ma, natomiast z ró¿nych sonda¿y zagranicznych wynika, ¿e niska efektywno¶æ naukowa oraz mierna jako¶æ dydaktyki pozostaj± w wysokiej korelacji z praktyk± unikania bibliotek.
Wiara w magiczn± moc Internetu, proporcjonalna do wygodnictwa, nie potwierdza siê w naukowej praktyce, bo to, co tam jest indywidualnie dostêpne, nie ma wiêkszej warto¶ci naukowej. A za to, co j± ma, trzeba p³aciæ krocie. Zreszt± samym Internetem nie da siê w nauce osi±gn±æ godziwego poziomu.
To jest jednak sk³adnik nowego syndromu. Mianowicie biblioteki akademickie, przedtem centralne agendy swoich uczelni, zaczê³y – w ¶wiadomo¶ci akademickiej spo³eczno¶ci – stopniowo traciæ dawn± pozycjê i jako¶ nie mog± jej odzyskaæ. Zbieg³o siê to (i taka jest g³ówna przyczyna) z umasowieniem studiów wy¿szych oraz z ekspansj± Internetu (w³a¶nie) w komunikacji publicznej.
Nie brak te¿ opinii (zw³aszcza za granic±), ³±cz±cych s³abn±c± pozycjê bibliotek w uczelniach z narastaj±c± przewag± przedstawicieli nauk pozahumanistycznych w akademickich ekipach mened¿erskich – ale dowodów na to nie ma. Mo¿liwe, ¿e to raczej zabiegi o generalne przetrwanie samych uczelni przes³oni³y (ale nie wszystkim) inne problemy bie¿±ce, a poniewa¿ biblioteki kosztuj± i wymagaj± zwiêkszonych wydatków ci±g³ych, nie za¶ jednorazowych, to ich notowania s± z³e. To jednak jest bardziej symptom niekorzystnego czasu, ani¿eli niekorzystnego zarz±dzania.
A ju¿ inna sprawa, ¿e praktyczna wspó³praca bibliotek akademickich z uczelnianymi instytutami – gdzie g³ównie koncentruj± siê procesy naukowe oraz dydaktyczne – jest wszêdzie na ¶wiecie kiepska lub nawet fatalna. U nas czêsto te¿. Zbiurokratyzowanie wzajemnych kontaktów poprzez fasadowe i czêsto tylko zdobnicze rady lub komisje biblioteczne – kompletnie nieefektywne – pog³êbi³o rozbrat. Ma³o kiedy i ma³o gdzie ma miejsce wspó³dzia³anie produktywne. Tak dalej siê nie da.
No i nie ma ¿adnej zewnêtrznej koordynacji ogólnej. Biblioteki same powo³a³y Konferencjê Dyrektorów Bibliotek Akademickich, i dobrze, ale to nie zastêpuje instytucji koordynuj±cej, a konieczno¶æ zespolenia poczynañ jest bezdyskusyjna. Za granic± powstaj± o¶rodki ³±cz±ce dzia³ania wszystkich bibliotek w kraju, bo inaczej nie mo¿na sprostaæ wymaganiom czasu. U nas trudno sobie nawet wyobraziæ, gdzie taki pomys³ skierowaæ do rozwa¿enia, a có¿ dopiero mówiæ o realizacji. To nie jest okoliczno¶æ pomy¶lna.
Tym bardziej ¿e, tak jak ca³a edukacja, kszta³cenie akademickie podlega sukcesywnym innowacjom. Wobec tego, biblioteki akademickie te¿ nie mog± byæ od nich wolne.
Najwiêcej koniecznych zmian i najwiêkszy przyrost kosztów utrzymania narzuca elektronizacja tych bibliotek. Nie do¶æ, ¿e trzeba zelektronizowaæ ca³e bibliotekarstwo akademickie, to jeszcze ¿aden stan tej elektronizacji nie jest stanem finalnym. Zmienia siê technologia, zu¿ywa i modernizuje aparatura, trzeba wiêc nie tylko doskonale siê orientowaæ, ku czemu to wszystko zmierza, ale tak¿e stale podejmowaæ trudne decyzje. A na to nak³ada siê gigantyczna poda¿ materia³ów elektronicznych – do preselekcji oraz do odp³atnego przejêcia – których koszty by³yby nadal ogromne, gdyby nie skuteczny opór (na ¶wiecie) bibliotecznych konsorcjów. Lecz i tak s± wysokie.
Jednocze¶nie za¶ nie ma mowy o regresie pi¶miennictwa naukowego, równie¿ licznego i te¿ kosztownego, które musi siê kolekcjonowaæ. Racjonalnym modelem biblioteki (nie tylko) akademickiej jest wiêc wariant hybrydalny: o mieszanych zasobach drukowanych oraz digitalnych.
Stopniowo coraz istotniejszym segmentem oferty bibliotek akademickich staj± siê us³ugi zdalne. Elektroniczne – wymagaj±ce stosownej bazy, liczniejszego personelu, organizacji oraz zewnêtrznej wspó³pracy miêdzybibliotecznej – ale tak¿e pi¶miennicze. Którego¶ dnia bowiem koszmar zwany Poczt± Polsk± przestanie istnieæ i wtedy nagle siê oka¿e, ¿e dostawa przesy³ek na dystans, tak¿e z ksi±¿kami, jest przedsiêwziêciem dziecinnie ³atwym. Ogólna tendencja jest za¶ taka, ¿eby odleg³o¶æ w kszta³ceniu oraz poza nim przesta³a byæ przeszkod± nie do pokonania.
Poza tym za granic± mno¿± siê próby wykorzystania tych bibliotek w roli edytorów niskonak³adowego pi¶miennictwa naukowego, zamiast nieruchawych i niesprawnych wydawnictw uczelnianych. Edycje nak³adów zwiêkszonych powierza siê natomiast wydawnictwom du¿ym, na zasadach komercyjnych.
Biblioteki realizuj± edycje w niewielkich nak³adach, drukiem oraz/lub elektronicznie. Czasem w trybie tradycyjnym b±d¼ Print on Demand (wydruk na ¿yczenie), odp³atnie albo w bezp³atnym i wtedy tylko elektronicznym obiegu Open Access. Przy stosownym doinwestowaniu i doposa¿eniu bibliotek akademickich to jest wykonalne.
No i mocniej akcentuje siê sugestiê (dawniej marginaln±), ¿eby z bibliotek akademickich, zw³aszcza w kampusach, uczyniæ instytucje ¶rodowiskowe. Obok mianowicie oferty us³ug podstawowych (informowania i udostêpniania zasobów), lansuje siê wizerunek biblioteki jako przestrzeni publicznej, z repertuarem przedsiêwziêæ ponadus³ugowych i ¶rodowiskowym mikroklimatem. W za³o¿eniach mie¶ci siê te¿ intensywne przysposobienie studentów oraz pracowników nauki do kreatywnego korzystania z naukowej oferty informacyjnej.
Zarysy tendencji prospektywnych s± wiêc mniej lub bardziej skonkretyzowane, natomiast szwankuj± wykonawcze warunki ewentualnych innowacji. Nie tylko ekonomiczne i nawet nie prawne, bo wiele decyzji mie¶ci siê w kompetencjach w³adz uczelni. Przede wszystkim wygl±da na to, ¿e ani organizacyjnie ani mentalnie nie jeste¶my (jako zbiorowo¶æ akademicka) na te zmiany odpowiednio nastawieni.