Ideê radykalnego zerwania z w³asn± to¿samo¶ci±, pamiêci± oraz histori± i zaczynania wszystkiego od pocz±tku krytykuje w polskim sposobie my¶lenia Ryszard Legutko. Okre¶lamy siê nie wobec tego, kim jeste¶my, lecz wobec tego, kim mieliby¶my siê staæ. Wiemy, kim byli¶my i kim byæ powinni¶my, nie wiemy, kim jeste¶my – powiada Legutko. Je¶li kto¶ pyta – dodam – czym móg³by byæ we wspó³czesnej Polsce konserwatyzm, to w³a¶nie perspektyw±, z której ostro widaæ taki obraz.
Swój esej, po¶wiêcony polskiemu stanowi posiadania w dziedzinie duchowej, umys³owej i spo³ecznej, zaczyna Legutko od przypomnienia kataklizmu wojennego, po którym „cz³owiek PRL−u zaczyna³ od historycznego zera”. Opowie¶æ o zerwanej ci±g³o¶ci snuje na przyk³adzie zdewastowanych miast: Lwowa, Warszawy i Krakowa. Polska, podobnie jak unicestwione miejsca, „sprawia wra¿enie kraju sztucznego, ¿yj±cego na niby, bez wyra¼nej to¿samo¶ci, bez wyra¼nego wizerunku, (...) bez samo¶wiadomo¶ci, czym jest, jak± ma warto¶æ i jak± rolê do spe³nienia”. Autor przypomina czasy budowania spo³eczeñstwa peerelowskiego, analizuje przes±dy wt³aczane do g³owy Polakom w czasach komunizmu i dzisiaj (przeciwstawianie dobrej i z³ej tradycji narodowej), ods³ania maszyneriê poruszaj±c± system i mechanizmy my¶lenia opozycyjnego, aprobuj±cego regu³y systemu. Pokazuje napiêcie miêdzy antagonizuj±cym jêzykiem niepodleg³o¶ciowym i legalistycznym jêzykiem praw cz³owieka (formu³a praw cz³owieka odci±ga³a uwagê od refleksji systemowej). Legutko dostrzega perwersjê sytuacji, jaka pojawi³a siê po obaleniu starego ustroju: „ca³y impet krytyczny i demaskatorski w³adzy publicznej nie szed³ przeciw komunizmowi i komunistom, lecz przeciw narodowi”. Wrogiem byli¶my my wszyscy. „Od¿y³ schemat walki starego z nowym”.
Niepokoj±co brzmi± te partie ksi±¿ki, w których autor unaocznia podobieñstwa miêdzy schematami my¶lowymi komunizmu i liberalnej demokracji. Pokazuje je na przyk³adzie przekonania o „pakietowo¶ci” modernizacji. Tak jak komuni¶ci, buduj±c nowy ustrój, tworzyli komunistyczn± kulturê, edukacjê, mentalno¶æ, tak po 1989 przyjêto za³o¿enie, ¿e liberalno−demokratyczny ustrój polityczny trzeba przyj±æ w pakiecie z liberalno−demokratyczn± edukacj±, kultur±, mentalno¶ci±. Znów miano budowaæ od zera. Szybko pojawili siê stra¿nicy tego pakietu, którzy okre¶lali sposoby my¶lenia, formowali na nowo nasz± to¿samo¶æ i obyczaje, aby¶my zaczêli pasowaæ do schematów modernizacyjnych, demistyfikowali przesz³o¶æ, jak kiedy¶ robi³ to marksizm. Odrzucamy to, co w³asne – pisze Legutko – i powo³ujemy siê na przyk³ady innych. Stali¶my siê kibicami, bez w³asnego stylu, punktu widzenia, bez w³asnych sposobów opisu rzeczywisto¶ci.
Autor pisze te¿ o inwazji prostactwa i degradacji wzorców, o klêsce polskiej inteligencji, nienawyk³ej do zasadniczych sporów, nieciekawej my¶li innych, paso¿ytuj±cej na schematach, zapatrzonej w sztuczne autorytety.
Ksi±¿ka próbuje nas wytr±ciæ z letargu, pokazuje, co naprawdê zrobili¶my z nasz± wolno¶ci±, proponuje inny jêzyk, inne kategorie opisu naszej rzeczywisto¶ci publicznej. Autor nie akceptuje przekonania, ¿e zatrzymali¶my siê w miejscu, ugrzê¼li¶my w konieczno¶ciach i nie mamy ju¿ mo¿liwo¶ci ruchu. Esej o duszy polskiej jest lektur± smutn±, ale niepozbawion± nadziei.
„Wszyscy po trosze jeste¶my szaleñcami, niektórzy z nas bardziej, inni mniej. Ale te¿ wszyscy mamy zdolno¶æ i mo¿liwo¶æ stania siê o wiele bardziej twórczymi – w naszej pracy, zabawie, ca³ym ¿yciu” – pisze Jeffrey A. Kottler. W takim kontek¶cie jego ksi±¿ka staje siê nie tylko lektur± arcyciekawych biografii, ale i po¿ywk± rozmy¶lañ na temat podej¶cia do ¿ycia przedstawionych tu geniuszy oraz w³asnego.
Kottler ma olbrzymie do¶wiadczenie w zg³êbianiu tej tematyki. Jego zainteresowania skupiaj± siê na psychologii oraz wychowaniu. Jako ¿e sam by³ przez 30 lat wychowawc±, napisa³ wiele tekstów dla terapeutów i osób zajmuj±cych siê poradnictwem psychologicznym. Jest autorem ponad 60 ksi±¿ek, z których korzystaj± naukowcy i studenci na ca³ym ¶wiecie. Zajmuje siê te¿ popularyzowaniem wiedzy psychologicznej.
Studia psychologiczne otworzy³y mu oczy na nowe aspekty zachowañ. „Pracuj±c z pisarzami, artystami i muzykami, wci±¿ s³ysza³em o tym, ¿e pewna doza odchylenia od normy jest w¶ród ludzi sztuki nie tylko tolerowana, ale wrêcz oczekiwana. Ma nawet specjaln± nazwê: ekscentryczno¶æ”. Ale Kottler opisuje wychodz±ce poza ekscentryczno¶æ przypadki ludzi zaburzonych umys³owo do tego stopnia, ¿e przez du¿± czê¶æ ¿ycia nie mogli normalnie funkcjonowaæ. Ponad po³owa z nich podda³a siê szaleñstwu i odebra³a sobie ¿ycie. S± w¶ród nich pisarze (V. Woolf, E. Hemingway, S. Plath), malarze (M. Rothko), muzycy (B. Wilson, C. Mingus) oraz ludzie sceny i ekranu (J. Garland, W. Ni¿yñski czy M. Monroe). I choæ wielu z nich uleg³o ostatecznie szaleñstwu, w pewnych momentach ¿ycia potrafili tak okie³znaæ swe niedomagania, by doda³y im si³ twórczych.
¯yciorysy s± przedstawione zajmuj±co, trudno siê od nich oderwaæ. Kottler pisze ciekawie, ma dobry warsztat i mimo wagi tematu jego pracê czyta siê bardzo szybko. W opisach wykazuje niezwyk³± empatiê. Bardzo interesuj±co prezentuj± siê te¿ wyniki badañ prowadzonych przez psychologów i psychiatrów. Dziêki nim mo¿emy lepiej zrozumieæ lub zinterpretowaæ zachowania wielkich twórców. Wa¿nym atutem ksi±¿ki jest równie¿ niestandardowe podej¶cie Kottlera do opisywanych sylwetek. Nawet je¶li nasza wiedza o danej osobie jest ju¿ du¿a, to i tak znajdziemy interesuj±ce i odkrywcze rzeczy. Przy tym autor stara siê zachowaæ jak najwiêkszy obiektywizm. Nie wybiela swoich postaci, nie stawia na piedesta³ach.
Pod koniec ksi±¿ki po¶wiêca Kottler ca³y rozdzia³ zagadnieniu sensu w ¿yciu genialnych twórców. Porusza tu problem zwi±zku szaleñstwa i twórczo¶ci. Stwierdza np., ¿e nadzwyczajna potrzeba tworzenia ma swoj± cenê. Ludzie, którzy wykazuj± siê nowatorstwem, niezwyk³± inwencj±, czêsto s± przez spo³eczeñstwo piêtnowani. Mówi te¿, ¿e podstawow± cech± wielko¶ci twórczych poszukiwañ jest olbrzymia, intensywna ¶wiadomo¶æ siebie i ¶wiata. I w³a¶nie owa zdolno¶æ do¶wiadczania bardzo g³êbokich uczuæ mo¿e byæ ³±czona z tzw. zaburzeniami nastroju.
Ksi±¿ka nie jest jedn± z wielu popularnych historii mierzonych na efekt. Daleko jej do epatowania drastyczno¶ci±. A ponad wszystko jest inspiruj±ca. Autor tak czêsto odwo³uje siê do naszych w³asnych prze¿yæ i refleksji, ¿e kiedy koñczymy lekturê, ostatnie zdanie brzmi niemal jak przykazanie na przysz³o¶æ: „Aby do¶wiadczyæ piêkna, musimy spe³niæ warunek uzgodnienia napiêæ miêdzy przyjemno¶ci±, a bólem – powiedzia³ Mark Rothko. Zapewne rozumia³ on, przynajmniej w warstwie intelektualnej, ¿e z patrzeniem w pustkê zawsze wi±¿e siê ryzyko”.
Zagadnienia przedstawione w Ma³pich amorach prezentuj± realistyczne spojrzenie na cz³owieka, ukazuj±ce ¶wiat w ca³ej jego witalno¶ci. Traktuj± zarówno o za³o¿eniach teoretyczno naukowych, jak i wynikach badañ empirycznych. Robert M. Sapolsky, neurolog i biolog, popularyzator nauki, kreuje w swoich tekstach projekt rozwi±zania zagadki ludzkiej egzystencji.
Perspektywa stricte naukowa u¶wiadamia, ¿e cz³owiek to organizm, który, podobnie jak inne istoty (od muszki owocówki po ma³pê), ma strukturê z³o¿on±. Sfera behawioralna i biologiczna uwarunkowana jest genetycznie, jednak rola genów to nie jedyny czynnik determinuj±cy ludzkie dzia³ania. Poprzez konfrontacjê stanowisk determinizmu genetycznego i hegemonii ¶rodowiska wy³ania siê koncepcja o wzajemnej zale¿no¶ci elementów. Imperatyw spo³eczny czy ¶rodowisko biologiczne okazuj± siê równie istotne, co struktury zakodowane na drodze dziedziczenia cech.
Ksi±¿ka Sapolsky’ego nie jest jednak jedynie prezentacj± pogl±dów naukowych. Sposób narracji, rejestr stylistyczny, problematyka ka¿± j± zaliczyæ do dzie³ popularyzatorskich. Zw³aszcza kwestie o charakterze antropologicznym i socjologicznym ujête s± z niezwyk³± lekko¶ci± i humorem. Ironia spe³nia w tek¶cie wielorakie funkcje. W toku wnikliwej analizy badañ (w tek¶cie nie brak terminologii i s³ownictwa specjalistycznego), obok konfrontowania wniosków ró¿nych szkó³, mie¶ci siê optyka pragmatyzmu. Empatyczne wnikniêcie w ludzk± psychikê ³±czy siê z wyja¶nieniami czysto fizjologicznymi. Autor lokuje cz³owieka w pewnej pozycji wzglêdem otaczaj±cego go ¶wiata, ale i wzglêdem samego siebie. Bohater esejów to istota, która nieustannie podlega mechanizmom ukrytego schematu rz±dz±cego ¶wiatem. Nauka mechanizm ten rozpracowuje, wskazuje na poszczególne elementy odpowiedzialne za reakcje, popêdy, za stany umys³owe czy fizyczne. Badana jest zale¿no¶æ pomiêdzy atrakcyjno¶ci± a aksjologicznym modelem oceniania, tkwi±cym w pod¶wiadomo¶ci istot ¿ywych. Zakodowane wewnêtrznie pod³o¿e owych czynników, potêga pod¶wiadomo¶ci, relacja mózg – cia³o, trauma i stres pourazowy, a¿ po ¼ród³o chorób psychicznych – to zagadnienia, które s± przedmiotem analizy.
Fascynuj±ce jest traktowanie (niekiedy) przedstawicieli ró¿nych gatunków jako istot podlegaj±cych tym samym prawom natury. W efekcie nie tylko cz³owiek jest obiektem, „zwierzêciem” podlegaj±cym zasadom ewolucyjnym czy spo³ecznym, ale i zwierzêta przedstawiane s± „na sposób ludzki”, ze swoimi reakcjami, doznaniami, emocjami niemal. Ironia ilustruje dystans do cz³owieczeñstwa (pojmowanego nie tylko jako prerogatywa przynale¿no¶ci do grupy homo sapiens), ale równie¿ pozbawia tekst nadmiernego ciê¿aru intelektualnego.
Relacje damsko−mêskie, zasady funkcjonowania organizmu w stanie u¶pienia czy miejsce intelektu w strukturze uwarunkowanej biologicznie, to kwestie, których tajniki autor ksi±¿ki stara siê odkryæ. Wszelkie dzia³ania to nie tylko „ma³pie” afekty, ale procesy niezmiernie skomplikowane, ró¿nicuj±ce na klasy o ró¿nym stopniu wykszta³cenia cech i zdolno¶ci. Jednocze¶nie u¶wiadomienie „odgórnego” uwarunkowania funkcjonowania w tak wielu aspektach sprawia, ¿e wszelkie reakcje i motywy postêpowañ jawi± siê jako atawistyczne.
Nie jest to zwyk³y album z reprodukcjami. To obszerny, erudycyjny esej o roli koloru w sztuce od antyku do XX−wiecznej abstrakcji, o jego znaczeniach, sposobach pojmowania przez artystów (tak¿e pisarzy), wreszcie o teoriach koloru. Wywód ilustrowany jest obficie reprodukcjami malarstwa. Dziêki staranno¶ci edycji otrzymali¶my ksi±¿kê piêkn± i warto¶ciow±.
Jest to praca historyczna, pokazuj±ca jak „spo³eczno¶ci Europy i Stanów Zjednoczonych kszta³towa³y i rozwija³y swoje do¶wiadczenie koloru”. Kolor jest wa¿nym przedmiotem badañ – pisze we wstêpie John Gage – jednak nie odegra³ istotnej roli w badaniach kultur Zachodu. „Kolor ma w sobie du¿o wiêcej, ni¿ okazuje oczom” – powiada, analizuj±c zale¿no¶ci miêdzy malarstwem i muzyk±.
Autor stawia tezê o ci±g³o¶ci doznania koloru pomiêdzy natur± i sztuk±. Pokazuje, ¿e teorie koloru ³±cz± w sobie idee z ró¿nych dziedzin: fizyki, chemii, matematyki, psychologii, nauk tajemnych... U¶wiadamia, jak ró¿nie w ró¿nych epokach rozumiano kolor. Np. w ¶redniowieczu purpura oznacza³a nie barwê, lecz rodzaj grubej materii jedwabnej, która mog³a byæ dowolnego koloru, nawet bia³a czy zielona. Ludzie staro¿ytno¶ci i ¶redniowiecza wi±zali wra¿enia wzrokowe raczej z materia³em ni¿ z kolorem. A nasza wizja dawnej sztuki odleg³a jest od prawdy: wszak architektura i rze¼ba grecka, znane nam w o¶lepiaj±cej bieli marmuru, by³y kiedy¶ jaskrawo kolorowe.
Kolor uzyskiwa³ stopniowo znaczenie w sztuce i emancypowa³ siê. Pod koniec XIX w. znajdowa³ siê ju¿ w centrum zainteresowañ malarstwa. Wierzono w autonomiê koloru. Dowodzono, ¿e ustalonych praw koloru mo¿na uczyæ tak, jak muzyki. Postrzegano go jako jêzyk o w³asnych strukturach gramatycznych. Wilhelm Ostwald, laureat Nobla z chemii (1909), malarz i teoretyk koloru, odkrywa³ „prawa” harmonii kolorów, d±¿y³ do standaryzacji barw. Zaprezentowa³ np. koncepcjê szaro¶ci jako koloru i zawarto¶ci szaro¶ci w innych kolorach. Jego pogl±dy wp³ynê³y na holendersk± grupê De Stijl i Pieta Mondriana, a tak¿e na Bauhaus. Przyszed³ czas abstrakcji. John Gage analizuje malarstwo poszczególnych twórców i ich wypowiedzi teoretyczne, cytuje listy i szkicowniki artystów. Pokazuje, jak abstrakcjoni¶ci spierali siê o kolory, typy kontrastu i harmonii, o liczbê kolorów podstawowych, przedstawiali swoje teorie wywiedzione z obserwacji, praktyki malarskiej, z chemii barwników albo z równañ matematycznych.
System kolorów Ostwalda by³ dyskutowany w Bauhausie. Kandinsky szuka³ np. odpowiednio¶ci miêdzy kolorem i form±. Ustali³, ¿e czerwieñ to kwadrat, ¿ó³æ to trójk±t, a b³êkit to ko³o. Wielu nauczycieli Bauhausu zgodzi³o siê na ¿ó³ty trójk±t, choæ Klee dowcipnie zauwa¿y³, ¿e ¿ó³tko jajka jest okr±g³e. Co do b³êkitu i czerwieni nie by³o zgody. „Ja sam instynktownie malujê swoje ko³a na czerwono – pisa³ Oskar Schlemmer – a kwadraty na niebiesko”.
W abstrakcji amerykañskiej lat 60. podejmowano próby uwolnienia koloru od kszta³tu (Mark Rothko). Interesuj±c siê wy³±cznie kolorem, waszyngtoñski malarz Gene Davis malowa³ pasy. Uwa¿a³, ¿e s± one dobr± matryc± koloru. „Nigdy nie planujê koloru na wiêcej ni¿ piêæ pasków naprzód – pisa³ – i czêsto zmieniam decyzjê, zanim dojdê do trzeciego”.
Esej Johna Gage’a jest owocem jego 30−letniej pracy, dzie³em ¿ycia. To ksi±¿ka trudna i wymagaj±ca.
(fig)
Dziennik nieobyczajny Rajmunda Kalickiego – spisywany w latach 1992−93 – to niewielka ksi±¿eczka, która powsta³a w efekcie porz±dków pamiêci autora. Do³±cza do mno¿±cych siê na rynku wydawniczym zbiorków przepe³nionych leniwymi historiami, przywo³anymi wspomnieniami, niespiesznymi my¶lami, zas³yszanymi anegdotami, wyszukanymi komentarzami, fragmentami rozmów, transcendentnymi pytaniami i górnolotn± gadanin±. Ca³o¶æ mo¿na okre¶liæ mianem napuszonej filozofszczyzny.
Kalicki du¿o pisze o ¶rodowisku artystów; powo³uje siê na swoje znajomo¶ci, przyja¼nie, kontakty. Nieustannie powracaj± takie nazwiska, jak: Stachura, Stryjkowski, Zanussi, Nowosielski, Nikifor, Iwaszkiewicz, Lorenz, Gombrowicz, Panek i in. Kalicki zastanawia siê – niejako na marginesie rozwa¿añ o sztuce – nad upadkiem elit. „Pisarze przêd± dzi¶ cienko, wiêc pocieszaj± siê wzajemnie. Towarzysko¶æ jeszcze do niedawna pe³ni³a rolê sceny: ustala³a hierarchiê i porz±dek dziobania. Dzi¶ jest to sojusz w niedoli, sojusz do¶æ wzglêdny.”
Kalicki chêtnie i du¿o pisze o Nowosielskim – wielkim malarzu, ale przede wszystkim przyjacielu, którego ceni³, podziwia³, za którym têskni³ i wspomina³ z nostalgi±. Mówi równie¿ o sprawach oderwanych od sztuki. Dotycz± one zwyk³o¶ci, przeciêtno¶ci, ma³o uduchowionej codzienno¶ci. Jednak czyni to zawsze jakby niechc±cy, z lekkim zawstydzeniem i du¿ym dystansem. Nie mo¿na oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e ta (niby) zwyk³o¶æ jest u Kalickiego raczej poetyckim „uzwykleniem” – przemy¶lanym, celowym zabiegiem artystycznym, dziêki któremu autor podkre¶la tylko swoj± nieprzystawalno¶æ do szarej, chodnikowej rzeczywisto¶ci. Dla mnie to poza, dla innych – byæ mo¿e – ¶wiadectwo duchowej g³êbi i wra¿liwo¶ci.
Czego jeszcze dowiadujemy siê o autorze z Dziennika? A choæby tego, ¿e kreuje siê na mizantropa. O polityce mówi zawsze ze znu¿eniem. Zwyczajem Cortazara popija mate – dziwny napój, otoczony mnóstwem legend. Kobiety uznaje za mêski wyrzut sumienia, uosobienie mêskiej bezradno¶ci. A w rozdziale dotycz±cym feministycznej koncepcji Bogini zamiast Boga dodaje: „Gdyby przyj±æ ¶ci¶le mêski punkt widzenia, prawdziwe ucz³owieczenie kobiety jeszcze siê nie dokona³o; jest ona wci±¿ czym¶ po¶rednim miêdzy przedmiotem a podmiotem.”
Jeden tylko fragment Dziennika – po¶wiêcony Stachurze – czytam z zainteresowaniem, a nawet wzruszeniem. Kalicki opowiada w nim, jak pisarz spali³ ca³± swoj± korespondencjê, zdjêcia i czê¶æ niepublikowanych rêkopisów. Zosta³o wiêc niewiele, a jednak… zachowa³ siê ¿ywy, filmowy wizerunek Stachury. W Hawanie odnaleziono kilka minut nakrêconych na ta¶mie szesnastomilimetrowej w latach 60. w Warszawie. Stachurê sfilmowa³ Jorge Luis Herrero Dante, muzyk i pianista studiuj±cy w Polsce. Zdumiewaj±ce, ¿e nikt prawie o tym nie wie, i ¿e sta³o siê to za spraw± kogo¶, kto w swoim d³ugim nazwisku ma niezwyk³e s³owo Dante.
Ka¿dy wizjoner po wype³nieniu siê jego prognoz musi odczuwaæ wielk± satysfakcjê. José Ortega y Gasset, gdyby ¿y³, daleki by³by od takiego samozadowolenia. Proroctwa filozofa z Madrytu okaza³y siê gorzk± pigu³k±, nie tylko dla hiszpañskiego spo³eczeñstwa. A czytane dzisiaj, s± nam, Polakom, jako¶ dziwnie bliskie.
W jednym z esejów pisze Ortega o kryzysie inteligencji. Ludzie ulegaj± wielu modom, ale ta na my¶lenie ma najs³absz± si³ê przebicia. Chc±c mieæ w³asne zdanie, ju¿ nie trzeba podejmowaæ ¿adnego wysi³ku – wystarczy przyj±æ za swoje pogl±dy ogó³u spo³eczeñstwa. Ten mechanizm Ortega pocz±tkowo krytykuje – opinia publiczna jako taka nie istnieje, s± to bowiem sprzeczne ze sob± opinie prywatne – po czym znajduje w sobie dlañ zrozumienie: bez niej trudno wyobraziæ sobie politykê. Byæ mo¿e wynika to po czê¶ci z tego, ¿e my¶l hiszpañskiego filozofa nie ogranicza³a siê jedynie do czystej teorii, ale odwo³ywa³a siê, mo¿e nawet w wiêkszym stopniu, do praktyki ¿ycia. A ta przecie¿ pe³na jest sprzeczno¶ci. Takich niekonsekwencji mo¿na zreszt± w jego filozofii dostrzec znacznie wiêcej.
Zdaniem Ortegi, zdrowe spo³eczeñstwo opiera siê na podziale na bezrefleksyjne masy i elitê. Tylko ta druga grupa, ludzie czynu, ³±cz±cy rozwój swojego wnêtrza z dzia³aniami na rzecz reszty spo³eczeñstwa, jest w stanie zacofany kraj pchn±æ w kierunku rozwoju. Problem w tym – i tu ju¿ jest oznaka choroby – ¿e to ci przeciêtni narzucaj± pozosta³ym swój styl ¿ycia, pogl±dy, decyduj± o poziomie kultury. Co wiêcej, to masy tak naprawdê rz±dz±, bo to z ich, a nie elit, woli dokonuj± siê wybory.
Tymczasem politycy dochodz±cy do w³adzy, widz±c tak ³atwo sterowalne jednostki, pozwalaj± sobie na wiele. Ich s³owa s± puste niczym choinkowe bombki. Co wiêcej, zaczynaj± przejawiaæ naturaln± wrêcz sk³onno¶æ do k³amstwa. Jest ono wpisane w politykê, jak makaron we w³oskie menu. Imperium polityki to imperium k³amstwa – nie owija w bawe³nê Ortega. A to przecie¿ prawda jest misj± ka¿dego z nas. B±d¼ tym, kim jeste¶ – powtarza za Pindarem. Taka spontaniczno¶æ, autentyczno¶æ to podstawa wszelkich dzia³añ. Je¶li bowiem jednostka przyjmuje za swoje opinie innych, jej ¿ycie staje siê iluzj±.
Prawdê Ortega postrzega przez pryzmat perspektywy. Ka¿dy widzi co innego, ale przecie¿ nie mo¿na powiedzieæ, ¿e tylko jeden ma monopol na prawdê. Hiszpañski eseista ociera siê tu o relatywizm, ale go nie dotyka. Jest blisko subiektywizmu, ale nie przekracza jego granic. Przezwyciê¿a obie filozofie, gdy¿ z tego jednostkowego spojrzenia nie wy³±cza ogólnej rzeczywisto¶ci. Ba, czyni ¿ycie cz³owieka jedynie jej fragmentem.
Racjowitalizm, którego Ortega by³ prekursorem, sta³ siê niejako ³±cznikiem miêdzy rozumem a spontaniczn±, kreatywn± wol± ¿ycia. Hiszpañski filozof przekonuje, ¿e te dwie rozbie¿ne koncepcje daj± siê po³±czyæ. Teoria ma i¶æ w parze z ¿yciem, które jest swoist± carte blanche. Mamy j± zapisaæ dokonuj±c wyborów. W ten sposób kreujemy samych siebie. Bo samo istnienie to za ma³o. Trzeba prze¿yæ, poznaæ, zmieniæ. Trzeba po prostu napisaæ scenariusz swojego ¿ycia. Pamiêtaj±c, ¿e mo¿e to byæ bestseller, ale równie¿ i plagiat.