Spo³eczeñstwo i politycy nie zawsze u¶wiadamiaj± sobie, czym jest nauka, a czym wiedza. Zapominaj± te¿ o kulturotwórczej roli edukacji uniwersyteckiej i nauki, ich znaczeniu dla bytu narodu. Ju¿ nie pamiêtam, czy powy¿sze motto jest czyjego¶ autorstwa, czy te¿ jest echem moich przemy¶leñ. Czêsto je sobie przywo³ujê podczas rozwa¿añ nad aktualnym projektem reformy nauki.
Zapa¶æ nauki w Polsce ma swoje ¼ród³o w dzia³aniach polityków i ekip rz±dz±cych, nie bardzo przygotowanych do wielkich wyzwañ wspó³czesno¶ci. Zasadniczy sposób my¶lenia o nauce w ostatnich latach zosta³ ukszta³towany przez g³ównego ekonomistê polskiej „transformacji”, któremu uda³o siê przekonaæ polityków, ¿e lepiej kupowaæ zagraniczne licencje ni¿ finansowaæ w³asne badania. Wydaje siê, ¿e tu tkwi zasadniczy b³±d rozumowania. W ten sposób nigdy nie staniemy siê „konkurencyjn± gospodark± opart± na wiedzy”, a pozostaniemy wasalem m±drzejszych i konsumentem wiedzy produkowanej gdzie indziej.
W trakcie niekontrolowanej prywatyzacji wraz z obiektami przemys³owymi przehandlowano wiele zak³adów do¶wiadczalnych, rozproszono zespo³y badawcze, a czêsto oryginaln± my¶l techniczn± po prostu zniszczono. Teraz nawo³ujemy, by generowaæ wiedzê o charakterze aplikacyjnym, nie zwa¿aj±c, ¿e tak± wiedzê mog± tworzyæ tylko ludzie rozumiej±cy, czym jest nauka. Niestety, wspó³czesny ustrój ekonomiczny w Polsce rozwija siê bezrefleksyjnie, wed³ug g³ównych dogmatów „turbokapitalizmu”: bogaæcie siê, generujcie maksymalny zysk, prywatyzujcie, co jeszcze zosta³o do sprywatyzowania. St±d bierze siê pogl±d, ¿e naukê powinny finansowaæ g³ównie podmioty pozapañstwowe, a z wiedzy maj± korzystaæ g³ównie producenci dóbr konsumpcyjnych. I znów wydaje siê, ¿e nie têdy droga. Na przyk³adzie bowiem takich wiod±cych ¶wiatowych instytucji naukowych, jak Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH) w USA, Niemieckie Centrum Badañ nad Rakiem (DKFZ) czy francuskie: Narodowy Instytut Medycznych Badañ Naukowych (INSERM) i Narodowe Centrum Badañ Naukowych (CNRS), widaæ, ¿e g³ówny ciê¿ar utrzymania tych instytucji badawczych spoczywa na pañstwie, a wiêksza czê¶æ ¶rodków przeznaczana jest na dzia³alno¶æ statutow±. Tymczasem nasza reforma zak³ada kuriozalnie, ¿e tzw. finansowanie statutowe bêdzie zredukowane do minimum, jedynie dla utrzymania „gotowo¶ci jednostki naukowej do pracy badawczej”.
Mo¿na siê domy¶laæ, ¿e autorom projektu reformy przy¶wiecaj± wzorce amerykañskie, gdzie zarówno udzia³ instytucji prywatnych w finansowaniu nauki, jak i system konkursowy (grantowy) s± du¿o bardziej powszechne ni¿ w Europie, a mobilno¶æ kadry naukowej najwy¿sza na ¶wiecie. Jednak nawet tam nastêpuje powrót do bardziej stabilnych, tradycyjnych struktur. W 1995 roku External Advisory Committee, nadzorczy organ Narodowego Instytutu Raka (NCI) w USA, z³o¿ony z wybitnych naukowców i organizatorów nauki, zaleci³ dyrektorowi instytutu stworzenie takich warunków, aby pracownik o statusie badacza samodzielnego mia³ stabiln± pozycjê i móg³ rozporz±dzaæ okre¶lonym bud¿etem badawczym. Tego za¶ nie gwarantuje system oparty wy³±cznie na grantach.
Autorzy projektu reformy zapominaj± te¿ zapewne, ¿e do amerykañskich i europejskich instytucji badawczych przyci±ga m³odych, zdolnych naukowców z ca³ego ¶wiata atrakcyjna oferta finansowa. Takiej sytuacji w Polsce nie ma i s±dz±c z za³o¿eñ projektu, d³ugo jeszcze nie bêdzie. Pomys³odawcy reformy wierz± najwyra¼niej, ¿e samymi metodami administracyjnymi spowoduj± rewolucyjne zmiany i przeskok cywilizacyjny w polskiej nauce. Kontrakty czasowe pracowników nauki i wielkie granty maj± wymusiæ mobilno¶æ kadr. Cel jest niew±tpliwie s³uszny, jednak niewykonalny przy obecnej sytuacji mieszkaniowej w Polsce oraz sytuacji finansowej pracowników nauki (zw³aszcza m³odszych). Nie mo¿na marzyæ o mobilno¶ci kadr, gdy roczne oszczêdno¶ci z uposa¿enia naukowca z wieloletnim sta¿em i stopniami naukowymi wystarczaj± na zakup zaledwie kilku metrów kwadratowych mieszkania. Rodzi siê wiêc ryzyko, ¿e daj±c kij bez marchewki, czyli wymuszaj±c mobilno¶æ bez stworzenia odpowiednich mechanizmów motywuj±cych, skierujemy strumieñ m³odych pracowników nauki do zagranicznych instytucji badawczych. W ten sposób aktualna reforma wpisze siê w star± tradycjê, zgodnie z któr± rzesze wykszta³conych na koszt polskiego podatnika m³odych naukowców s³u¿± swoimi talentami, zaanga¿owaniem i prac± zagranicznym o¶rodkom badawczym. Nie nale¿y przy tym myliæ tego zjawiska z wymian± naukow±, gdy¿ na ich miejsce nikt w zamian nie przybywa, aby rozwijaæ naukê w Polsce.
Kolejn± s³abo¶ci± projektu reformy jest to, ¿e nie precyzuje on, jakie mechanizmy legislacyjne i regulacje ekonomiczne mog± wzmocniæ finansowanie nauki ze strony sektora pañstwowego i pozapañstwowego. Deklaracja premiera „zreformujcie siê – to damy pieni±dze” jest merytorycznie pusta. Na tej deklaracji ju¿ dzi¶ wzoruj± siê administratorzy nauki na ni¿szych szczeblach, wymuszaj±c pozorne zmiany szanta¿em: „zreorganizujcie siê, to dostaniecie etat lub dodatkowe fundusze”. Zmiany organizacyjne s± potrzebne na wielu obszarach, zw³aszcza w s³abych o¶rodkach naukowych. Nie powinni¶my jednak wylewaæ dziecka z k±piel± wymuszaj±c, w imiê reformy, pozorne reorganizacje w dobrze dzia³aj±cych instytucjach, których podstawowym problemem jest niedostateczne finansowanie, a nie z³a struktura. Mimo naszego ubóstwa, wiele polskich o¶rodków badawczych dzia³a sprawnie, rozwija badania, osi±ga warto¶ciowe wyniki, rozwija wspó³pracê (np. centra doskona³o¶ci tworz± postulowane sieci). Tym o¶rodkom brakuje tylko wsparcia finansowego i stabilno¶ci, czego z kolei nie mo¿e w pe³ni gwarantowaæ sam system grantowy. Czy do ¶wiadomo¶ci polityków nie dociera fakt, ¿e pañstwo polskie, w przeliczeniu na mieszkañca, wydaje na naukê oko³o 10 razy mniej ni¿ kraje Europy Zachodniej?
Odnosi siê wra¿enie, ¿e projekty reformy szkolnictwa wy¿szego i nauki wpisuj± siê w ciasny, utylitarny ogl±d naszego wspó³czesnego ¿ycia. Spo³eczeñstwo wpêdzone w wir codzienno¶ci nie ma czasu na nic innego poza prac± albo na w³asny rachunek, albo na rzecz pracodawcy. To jest spo³eczeñstwo typu „non stop”, jak to okre¶laj± socjologowie: wszystkie dzia³ania musz± przynosiæ korzy¶æ, korzy¶æ maksymaln±, wymiern± i widoczn±, konsumowan± bez zw³oki. A wiêc ¶cigaj siê, walcz z konkurencj±, nie ustawaj, bo zginiesz. W tej rzeczywisto¶ci brak miejsca na warto¶ci kultywowane w starych uniwersytetach, na refleksjê, dyskusje i dociekanie „prawd niepotrzebnych”.
W projekcie reformy przewija siê stale kwestia „urynkowienia” wiedzy – u¿yteczno¶æ nauki dla przemys³u, komercjalizacja, projekty innowacyjne, praktyczne zastosowania, badania „translacyjne”, patenty itd. Nie s± jednak opracowane propozycje mechanizmów, jakie musz± byæ stworzone, aby praktycznie realizowaæ has³o innowacyjno¶ci i transferu wiedzy. Rodzi siê tak¿e bardziej zasadnicze pytanie, czy mo¿na traktowaæ uniwersytety i instytuty badawcze jako „firmy” nastawione jedynie na generacjê zysku? Czy ciasny aplikacyjny i utylitarny cel nauki ma byæ teraz jej g³ówn± misj±? Ju¿ kilka lat temu entuzja¶ci nowego ³adu wyra¿ali opinie, ¿e nasze uniwersytety o starych tradycjach nie maj± racji bytu, bo s± ma³o „u¿yteczne”! W ka¿dym narodzie jest sta³e zapotrzebowanie spo³eczne na ludzi wykszta³conych, twórców i animatorów ¿ycia spo³ecznego. Nie ma w±tpliwo¶ci, ¿e troska o dziedzictwo kultury i jej rozwój, pomoc elitom intelektualnym w ich s³u¿bie dla narodu powinny byæ objête mecenatem pañstwa. O tym jednak twórcy projektu reformy nie wspominaj±.
Kolejnym, wysoce dyskusyjnym, pomys³em jest wprowadzenie takich samych zasad i algorytmów finansowania bud¿etowego dla uczelni publicznych i niepublicznych. Tych drugich jest obecnie w Polsce ponad dwie¶cie. W znakomitej wiêkszo¶ci powsta³y one z inicjatywy inwestorów, których celem zasadniczym jest zysk i perspektywa jego sta³ej generacji. Uczelnie te z regu³y nie obejmuj± nauk technicznych, ¶cis³ych, biologicznych, wymagaj±cych du¿ego zaplecza laboratoryjnego, kosztownej aparatury i innych kosztownych inwestycji. Niepubliczne szko³y wy¿sze z regu³y kszta³c± m³odych ludzi w zarz±dzaniu, administrowaniu, biznesie, handlu i podobnych, nieprodukcyjnych zawodach „biurowych”. Ze wzglêdu na poziom kadry i nauczania, jedynie parêdziesi±t tych szkó³ zas³uguje na miano wy¿szej uczelni.
W ramach reformy nale¿a³oby przede wszystkim cofn±æ akredytacjê tym uczelniom, które s± jedynie namiastk± szko³y wy¿szej. Szko³y zawodowe o profilach technicznych, rolniczych, rzemie¶lniczych, szko³y jêzyków obcych, hotelarstwa, turystyki itd. s± spo³ecznie potrzebne, ale nie ma ¿adnej potrzeby, aby nadawaæ im status szko³y wy¿szej. Podobn± weryfikacjê powinny przej¶æ tak¿e niektóre wy¿sze szko³y publiczne (pañstwowe), niektóre placówki PAN i instytuty resortowe (JBR). S³abe merytorycznie szko³y niepubliczne powinny pozostaæ przedsiêbiorstwami podlegaj±cymi wy³±cznie regu³om rynkowym – nie widzê ¿adnego interesu narodowego, aby ³o¿yæ na nie pieni±dze bud¿etowe i aktami prawnymi d¼wigaæ je do poziomu „wy¿szego”. Uzyska siê jedynie efekty pozorne: statystycznie wy¿szy odsetek szkó³ wy¿szych oraz absolwentów z tytu³em licencjata czy magistra. Czy jednak faktycznie powinno nam zale¿eæ na „produkowaniu” s³abych absolwentów przez prywatny biznes dofinansowywany przez pañstwo? Czy nie lepiej dofinansowaæ dobre instytucje pañstwowe?
Projekt reformy przewiduje tak¿e ustanowienie stopnia „doktora zawodowego” i „doktora certyfikowanego” oraz zniesienie stopnia doktora habilitowanego. Mo¿na siê domy¶laæ, ¿e dezyderat ten wywodzi siê równie¿ ze ¶rodowisk uczelni niepublicznych. Wbrew zapewnieniom pomys³odawców, ten zabieg administracyjny nie tyle przy¶pieszy awans akademicki m³odych, co w szybkim czasie doprowadzi do dewaluacji stopni uzyskiwanych znacznie wiêkszym wysi³kiem w dotychczasowym trybie. Uwa¿am te¿, ¿e w naszych realiach ze zniesieniem habilitacji nale¿y jeszcze poczekaæ i, co wiêcej, nale¿y przywróciæ mo¿liwo¶æ ¶ci¶lejszego nadzoru ze strony Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytu³ów. Procedury habilitacyjne nale¿y jednak zdecydowanie upro¶ciæ.
Warto siê natomiast zastanowiæ, czy w instytutach badawczych PAN, resortowych JBR i innych, gdzie nie ma sta³ego obowi±zku dydaktycznego, kariera naukowa nie powinna siê koñczyæ na stopniu doktora. My¶lê równie¿, ¿e studia medyczne powinny mieæ dwa rodzaje nauczania: kszta³cenie przysz³ych lekarzy praktyków i kszta³cenie z programem poszerzonym, obejmuj±cym biologiê molekularn±, biologiê ogóln±, statystykê itp., przygotowuj±ce lekarzy do pracy badawczej. Cz³onkowie tej drugiej grupy oprócz stopnia doktora medycyny mogliby siê ubiegaæ o stopieñ doktora nauk przyrodniczych (odpowiednik PhD). Ta grupa lekarzy by³aby dobrze przygotowana do rozwijania rzetelnych badañ „translacyjnych” i transferu wiedzy.
W odniesieniu do projektów reformy PAN: my¶lê, ¿e b³êdny jest postulat zredukowania siedmiu wydzia³ów Akademii do trzech. Zagubienie w tej propozycji nauk medycznych i wrzucenie ich do „Wydzia³u Nauk o ¿yciu i o Ziemi” jest wyrazem braku zrozumienia prostego faktu, ¿e zdrowie spo³eczeñstwa, a tak¿e dobra edukacja i sprawiedliwe prawo s± podstawowymi elementami dobrostanu narodu. Nale¿y pamiêtaæ, ¿e nauki medyczne w ostatnich dekadach najbardziej przyczyni³y siê do rozwoju wspó³czesnych nauk biologicznych. To w³a¶nie badania medyczne, oprócz generowania nowej wiedzy, maj± zdolno¶æ szybkiego prze³o¿enia wyników badañ naukowych na dzia³ania praktyczne w sposób najbardziej widoczny i spo³ecznie zrozumia³y. Medyczne instytuty PAN maj± ugruntowan± pozycjê naukow±. Projekt zlikwidowania wydzia³u medycznego PAN stoi wiêc w sprzeczno¶ci do tak silnie podkre¶lanej potrzeby badañ translacyjnych. My¶lê, ¿e badania biomedyczne powinny byæ postrzegane jako dziedzina szczególnej troski pañstwa, zarówno w sferze m±drej organizacji, jak i znacznie wy¿szego finansowania. S±dzê, ¿e podobnie nauki rolnicze i le¶ne gubi± siê gdzie¶ w tych zapêdach reformatorskich adresowanych do PAN. Nawiasem mówi±c, mam w±tpliwo¶ci, czy niektóre propozycje reformy nie wkraczaj± w obszar autonomii PAN i uniwersytetów?
W odniesieniu do jednostek badawczo−rozwojowych (JBR) podleg³ych resortom (gospodarki, zdrowia, rolnictwa itd.), projekt nie precyzuje dok³adniej, na czym reforma ma polegaæ. Nie wiadomo, co wyró¿nia „JBR+” od „PIB”? Je¶li nie ustali siê nowych, czytelnych regu³ dzia³ania tych jednostek, nie wprowadzi nowoczesnych form wewnêtrznej organizacji (kadencyjno¶æ dyrektorów, kolegialne cia³a doradczo−nadzorcze, mechanizmy konkursów, zakres dzia³ania rady naukowej, jawno¶æ rozliczeñ finansowych, uporz±dkowanie stopni/tytu³ów) i nie rozdzieli dwóch strumieni finansowania – „resortowego” (na zadania praktyczne) i finansowania zadañ naukowych przez MNiSW – to z góry mo¿na przewidzieæ, ¿e nauka w tych jednostkach, wbrew intencjom reformy, pozostanie nadal „nauk± resortow±”.
JBR maj± w za³o¿eniu rozwijaæ nowe, innowacyjne metody i wprowadzaæ je do praktyki. Wieloletnia dzia³alno¶æ JBR, np. w pionie resortu zdrowia, doprowadzi³a do wyra¼nego wyodrêbnienia czê¶ci klinicznej zapewniaj±cej us³ugi (ambulatoryjne, szpitalne) dla ludno¶ci, finansowane z ró¿nych ¼róde³ (Narodowy Fundusz Zdrowia, resort zdrowia) oraz dzia³ów badawczych finansowanych przez MNiSW, marginalizowanych przez resort i... ¿ycie. Dzi¶ pracownik naukowy w dziale badawczym ma uposa¿enie 2−3 razy ni¿sze ni¿ pracownik o analogicznym poziomie wykszta³cenia w dziale klinicznym. Bardzo podobna zapa¶æ p³acowa wystêpuje tak¿e w instytutach PAN. Resorty (np. zdrowia), obarczone wielkimi wyzwaniami spo³ecznymi, nie maj± chêci, narzêdzi ani ¶rodków na finansowanie nauki w swoich JBR.
Na koniec – projekt reformy nie wskazuje, jak zorganizowaæ w uczelniach i instytutach badawczych jednostki, które w sposób kompetentny i skuteczny pomaga³yby pozyskiwaæ i rozliczaæ fundusze europejskie. Fundusze te s± w praktyce niedostêpne dla pojedynczych o¶rodków, g³ównie wskutek niezwykle z³o¿onej procedury aplikacyjnej, a tak¿e wskutek unijnych preferencji dla wniosków konsorcyjnych, wiêc udzia³ polskich o¶rodków w finansowaniu przez instytucje europejskie jest absolutnie niezadowalaj±cy.